piątek, 6 stycznia 2017

Mołdawia. Do Kiszyniowa do Maca

Podróż busem z roku 1975 wymaga pokory. Zanim w ogóle wyruszyliśmy, przeglądałam listę miejsc wartych zobaczenia. Teraz wiem, że było to bezcelowe. Bo podróż ogórkiem dla kogoś, kto na co dzień takiego busa nie posiada, to przede wszystkim cenne doświadczenie i możliwość zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest podróż na totalnym spontanie. Tu nie ma czasu na zwiedzanie, dłuższe przystanki czy sen. Celem samym w sobie jest podróż, a nie poszczególne miasta.

Do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, dojechaliśmy bardzo późno w nocy. Nocą Kiszyniów wygląda zwyczajnie, żeby nie powiedzieć: szału nie ma. Bieda, odrapane budynki, pomniki radzieckich socrealistów - tyle mogłam zapamiętać, bo wpadliśmy tam dosłownie na chwilę.

Niektórzy blogerzy są brutalniejsi w swoich opiniach i piszą, że Mołdawia to kraj, w którym nie ma absolutnie nic do zwiedzenia. Czy tak jest rzeczywiście? Trudno powiedzieć. By móc wydać taki surowy wyrok, trzeba byłoby spędzić tam co najmniej tydzień. A my zatrzymaliśmy się może zaledwie na godzinę. Zrobić jedną fotę w stylu "tu byliśmy" i wpaść do McDonalda, bo tylko McDonald może być czynny tak długo, właściwie to zdążyliśmy na kwadrans przed jego zamknięciem.

Przemknęliśmy przez Kiszyniów tak szybko, że z całego pobytu w tym miejscu pozostała jedynie fotografia, którą widzicie wyżej. I na której oprócz świateł Ogórka i flagi Mołdawii mało co widać. A wszystko dlatego, żeby na dłużej zatrzymać się w Rumunii. I właśnie o tym kolejnym naszym przystanku, a więc o wampirach, zamku Bran, Draculi i Bukareszcie, stolicy tego niedocenianego kraju będę mogła napisać dużo więcej. Do przeczytania!

zdjęcie: Maciej Margielski Photography

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Naddniestrze. Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, trzeba jechać pod prąd


Naddniestrze to państwo nieuznawane. Jego całkowita powierzchnia wynosi 4163 km kwadratowe. Ale kraj ma swoją walutę, stolicę w Tyraspolu, prezydenta, flagę, godło, a nawet hymn. W zasadzie żyje swoim życiem. Mało kto tam jeździ. W przewodnikach można je wyszukać pod hasłem: "odwiedź kraje, których nie ma". Naddniestrze rządzi się swoimi prawami. Do tego stopnia, że kiedy wjeżdżasz na teren republiki, przestaje działać nawigacja. A potem, kiedy naddniestrzański milicjant wręcza ci mandat, okazuje się, że jechałe(a)ś pod prąd. Dlatego krótko o specyfice Naddniestrza, a zdecydowanie dłużej o tym, dlaczego warto jechać pod prąd.

W tym miejscu powinno się znaleźć kilka cennych wskazówek dotyczących tego, jak podróżować po sowieckim skansenie czy tej małej Rosji, jak ją nazywają.  Być może powinno, ale jeżeli kilka minut po wjeździe do Naddniestrza siada nawigacja, z oddali słychać dzikie psy, a milicja od razu wlepia mandat i wokół prawie żadnej żywej dobrej duszy, to uwierzcie, nie tworzy to sprzyjającej atmosfery. Byle to Naddniestrze przejechać szybko i bezboleśnie. Najlepiej tak, żeby kierowca nie odczuł tego w portfelu.

Razem z ekipą Statku Miłości planowaliśmy tylko tranzyt przez Naddniestrze. Nie zatrzymujemy się na dłużej, nie zwiedzamy. Dostaliśmy więc wizę w postaci świstka papieru, która pozwalała na 24-godzinny pobyt w tej małej Rosji. I mieliśmy szczęście, bo przy drugim zatrzymaniu przez milicję można już było mieć obawy, na jak długo nas w Naddniestrzu zatrzymają. Miło nie było. Zabierają dokumenty i każą czekać w samochodzie. Tak długo, że razem z tymi, którzy towarzyszą ci w podróży zaczynacie się zastanawiać, czy dobrze zrozumieliście komunikat. Dobrze. Po długim oczekiwaniu dostajecie je z powrotem i możecie jechać dalej. Wydaje się, że z lekką ulgą przekraczaliśmy granicę z Mołdawią. Bądźmy szczerzy: Naddniestrze nie pozostawiło zbyt wielu dobrych wspomnień czy skojarzeń. Ja zapamiętałam je właśnie z tej naszej jazdy pod prąd.

Ale jedno z państw, których nie ma, odfajkowałam już na swojej podróżniczej liście.

Jedź pod prąd i rób to, co Cię przeraża. Podróżnicze podsumowanie roku 2016

Zbliża się koniec roku 2016 i chyba jestem Wam winna wyjaśnienie, dlaczego blog nie tętni życiem tak jak dawniej. Otóż poprzedni rok, jak również tegoroczna podróż Statkiem Miłości uświadomiły mi, że to, co wpływa na nasz rozwój, to właśnie wspomniana jazda pod prąd. Jeżeli ludzie mówią ci, że coś powinnaś/powinieneś, nie rób tego tylko dlatego, że oni tak twierdzą. Być może nie rób tego wcale. Być może zrób coś zupełnie odwrotnego. Jeżeli czegoś nie czujesz, pozwól sobie na bunt. Spełnianie czyichś oczekiwań tylko po to, żeby ktoś cię zaakceptował, jest tożsame z brakiem autentyczności. Jeżeli pozwolisz sobie na autentyczność, to automatycznie zaczniesz przyciągać do siebie ludzi o podobnych poglądach, sposobie postrzegania świata i pasjach.

Bloga Podróże bez planu założyłam w lipcu 2015 roku. Wtedy był dla mnie odskocznią. Lipiec to taki czas, kiedy wszyscy się cieszą, jadą na wakacje i imprezują na festiwalach muzycznych. Ja nie bardzo potrafiłam się wtedy cieszyć. Starałam się więc szukać pozytywu w małych rzeczach, choćby w pierwszych czereśniach tamtego lata. Ale kiedy przestajesz czuć smak czereśni, to wracasz do punktu wyjścia: do nieprzespanych nocy i do tego, że przez cały dzień zjadłaś tylko jedną bułkę, bo brak ci apetytu. I kiedy nie mogłam zasnąć, pisałam. Tworzenie jak mało co działa oczyszczająco i pozwala na ucieczkę od niechcianych myśli. Ponoć najciekawsze książki i najpiękniejsze piosenki powstały właśnie w nocy.

Dziś wiele osób zarzuca mi, że na moich kanałach społecznościowych jest mnóstwo pozytywu, a przecież to niemożliwe, żeby wszystko było idealnie. Oczywiście, nie ma nic, co byłoby idealne. Ludzie są niedoskonali, świat jest niedoskonały. Ale chodzi o to, jak ten brak perfekcji we wszystkim, co Cię otacza, przyjmujesz na klatę. Ja nauczyłam się wtedy, zupełnie przez przypadek, doceniać to, co się ma "tu i teraz". I jestem wdzięczna za to, co mam, nawet jeśli niektóre marzenia wciąż pozostają niespełnione (przecież marzenia są po to, żeby je spełniać, mamy na to czas!). Niestety, chcąc nie chcąc, blog, który był dla mnie wtedy odskocznią, stał się pewnego rodzaju obciążeniem, ale i... częścią mnie. Dziś wielu ludzi, składając mi życzenia, życzy mi na przykład "podróży bez planu". I wcale nie mam im tego za złe, bo to właśnie te podróże bez planu pozwoliły mi odkryć siebie.

Tyle, że skoro już to odkryłam, to nie chcę powrotów do przeszłości. Był nawet moment, kiedy zastanawiałam się, czy bloga nie zamknąć. Bo teraz jestem szczęśliwa, bo mam wokół siebie ludzi, którzy nie narzucają mi, co mam robić, a wręcz przeciwnie - często dzielą te same pasje. Oni nie oczekują, że będę kimś innym niż jestem. Co więcej - akceptują również to, że się zmieniłam. A zmieniła mnie przede wszystkim jazda pod prąd. I choć biłam się z myślami, to bloga będę prowadzić dalej - w końcu w pewnym sensie tamte podróże stały się częścią mnie. W przyszłym roku będzie najprawdopodobniej mniej wpisów związanych z rozwojem osobistym (w tym stylu dokończę jedynie relacjonowanie podróży ogórkiem, bo podróż Statkiem Miłości była dla mnie rodzajem życiowego road-movie).


Czego Wam życzę w 2017 roku? Tego, żebyście przełamali w sobie strach przed nieznanym. "Rób to, czego się boisz" - usłyszałam kiedyś. To najbardziej genialny sposób na to, żeby pozwolić sobie na "bycie sobą".

Czego życzę sobie? Kolejnych podróży bez planu, ale już nie takich do wnętrza siebie, lecz takich na spontanie i z ludźmi, z którymi dzielę swoje pasje. Z takimi ludźmi, z którymi można patrzeć w tym samym kierunku i widzieć świat w kolorowych barwach.






Zdjęcie wykonane w klubie Music & Motion Centrum Tańca i Fitness we Wrocławiu






poniedziałek, 21 listopada 2016

Droga do Odessy. Dlaczego podróż jest ważniejsza niż cel?





Jechaliśmy w piątkę jednym samochodem, mając do dyspozycji jakieś pięć metrów kwadratowych. Każdy z nas miał przed sobą tę samą trasę: Ukraina, Naddniestrze, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Macedonia, Kosowo, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Węgry, Słowacja. 6600 kilometrów. Fascynujące jest jednak to, że dla każdego z nas ta podróż oznaczała coś innego. Tak jak tylko dla mnie celem był Budapeszt. W rzeczywistości w czasie podróży to nie cel jest istotny, ale droga i ludzie, których na tej drodze spotykamy. 

Sławek (bo tak w tłumaczeniu na język polski brzmiałoby jego imię) dołączył do nas  na trasie z Kijowa do Odessy (zobacz też: Odessa. Budzimy się, a tam pełno turystów). Próbował złapać stopa, marząc o najpiękniejszym i najwygodniejszym samochodzie, jaki tylko można sobie wyobrazić. I właśnie wtedy zatrzymaliśmy się my - Volkswagen T2, rocznik 1975. Bez klimy, za to z lekko skrzywionym grymasem Boba Marleya i pacyfą. 

Sławek pochodzi z Doniecka - miasta ogarniętego konfliktem. Po niektórych domach został tam już tylko gruz. Wojna zmusiła wielu ludzi do opuszczenia miasta. Znalezienia sobie nowego miejsca na Ziemi albo pozostania w drodze. Sławek był w ciągłej podróży. To, co szczególnie mnie w nim uderzyło, to jego wdzięczność za wszystko, co go spotkało. 

Psychologowie twierdzą, że poczucie wdzięczności jest przepustką do szczęścia. Banał, ale strasznie trudny do zrealizowania. Bo zwykle jest tak, że kiedy wydaje Ci się, że tracisz wszystko, a grunt usuwa się spod nóg, to w pierwszej chwili czujesz niezgodę i bunt. Robisz wtedy wszystko, żeby odwrócić los i zmienić swoje życie tak, by wyglądało jak w bajce: i żyli długo i szczęśliwie. Sławek mógł mieć wiele powodów, by odczuwać frustrację i gniew. On tymczasem całym sobą wyrażał wdzięczność i akceptację. Jakby wiedział, że to, co wydaje nam się rozczarowujące i niesprawiedliwe, wydarza się nam po to, by mogło nas spotkać coś znacznie lepszego. 

Podróże są fascynujące nie ze względu na miejsca, które oglądamy, lecz ze względu na ludzi, których spotykamy po drodze, bo to dzięki nim zyskujemy inne spojrzenie na rzeczywistość. To im powinniśmy szczerze podziękować (ja dziękuję Sławkowi). Bo to oni sprawiają, że przestajemy mieć klapki na oczach i zaczynamy widzieć świat w różowych, a nie czarnych barwach.  



Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu 

Marcel Proust





zdjęcie główne:  Maciej Margielski Photography

piątek, 28 października 2016

Ukraina. Odessa. "Budzimy się, a tam pełno turystów"

 
Prawdopodobnie jest na świecie bardzo niewiele miejsc, o których można powiedzieć, że czujesz się w nich jak w domu. I o ile wiesz, co to prawdziwa miłość, to łatwiej zaśpiewać za Taylor Swift "your eyes look like coming home" niż znaleźć nowe miejsce, w którym samemu dla siebie będziesz się czuć dobrze. Dla mnie na całej trasie naszej podróży ogórkiem Odessa była właśnie tym miastem, które przypominało mi dom.



Miasta mają dusze. Oczywiście nie dosłownie, ale w przenośni. I oczywiście nie wszystkie. Warszawa na przykład jest dla mnie bezduszna. I choć kilkukrotnie, również na łamach tego bloga, próbowałam sobie wmówić, że to przecież nieprawda, że to właśnie tam można spełniać marzenia (i cytując Karolinę Czarnecką: będzie hajs, i love, i sława), to i tak zawsze wracałam do punktu wyjścia przy Alejach Jerozolimskich, gdzie oczy szkliły się od łez. Może nawet nie macie pojęcia, ile radości i szczęścia może dać zwykła codzienność w miejscu, które nazywasz domem. Dla mnie tym domem jest Wrocław, a Odessa przypominała mi go z kilku powodów.

W Odessie tętni życie - w czasie, gdy my tam byliśmy, organizowane były pokazy stuntu i fitness na świeżym powietrzu. Oprócz tego można było podziwiać artystów ulicznych - i to nie byli zwykli grajkowie, ale ludzie, którzy faktycznie mieli jakiś talent, pasję. Jednocześnie w Odessie są też miejsca, alejki, w których możesz się wyciszyć. Zostać sam na sam ze sobą. Nawet jeśli otaczają Cię tłumy turystów. Albo poczuć się jak podczas Bożego Narodzenia, bo Odessa jest też uroczo rozświetlonym miastem (zobacz film poniżej - końcówka, bo to ujęcia nie tylko z Odessy, lecz także z Kijowa), a tym samym zaryzykowałabym stwierdzenie, że mogłaby uchodzić za dużo bardziej romantyczną niż oklepany już dla wielu Paryż. Bardzo żałuję, że nie ma takiego zdjęcia, które mogłoby zilustrować tamtą atmosferę.

Mamy za to dużo zdjęć ilustrujących nasz chillout na plaży w Odessie. I szkoda trochę, że nie znam się lepiej na fotografii, bo do tej pory zachodzę w głowę, czy rzeczywiście mam takie długie nogi, czy po prostu fotograf zrobił zdjęcie z odpowiedniej perspektywy. Ale nie bądźmy aż tak narcystyczni. Plaża w Odessie to nie tylko piękne kobiety, długie nogi i słońce, lecz przede wszystkim "tłumy turystów" - jak by to określił nasz kolega o pseudonimie Jabol. Dla mnie w Odessie było jeszcze za wcześnie, by spać pod gołym niebem, choć w kolejnych państwach na trasie ubóstwiałam możliwość nocowania w hamaku, ale męska część naszej załogi nie odmówiła sobie przyjemności spędzenia nocy na plaży. Potem kilkukrotnie słuchałyśmy opowieści, jak to jest "obudzić się na plaży, popatrzeć, a tam wokół tłumy turystów".




Jest coś takiego, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, żeby je zrozumieć i móc spojrzeć na to, co za nami, z zupełnie innej perspektywy. Odessa na przykład wygląda zupełnie inaczej u stóp Schodów Potiomkinowskich (podobno najsłynniejszych w Europie), a inaczej, kiedy się jest już na szczycie, po przejściu 192 stopni. I kiedy stoisz na samym dole, wydaje Ci się, że schody są gigantyczne, że tak wiele jest do przejścia. Po drodze Twój wzrok przyciągają ludzie i zwierzęta, a serce nie pozwala oderwać spojrzenia od cierpiącego bezdomnego psa. Chcesz go przygarnąć, ale nagle zderzasz się z murem, jakim jest biurokracja i wymóg, by na kolejnych granicach pokazać, że pies ma swój paszport (międzynarodowe adopcje zwierząt to kosmos trudny do przebrnięcia). Pies pozostaje w Odessie, a Ty musisz ruszyć dalej, znów przed siebie. Kolejne stopnie do pokonania. W końcu znajdujesz się na szczycie schodów, które pewnie znacie choćby z filmu Sergiusza Eisensteina „Pancernik Potiomkin”.I wydaje ci się, że sam jesteś bohaterem jakiegoś filmu, bo Twoim oczom ukazuje się widok nie do opisania. Możliwe, że długo na ten widok czekałeś i naprawdę trudno było pokonywać kolejne stopnie, ale prawdziwe piękno warte jest cierpliwości. I tego, żeby zaczekać.



czwartek, 15 września 2016

Ukraina. Kijów. Domówka zamiast imprezy nad Dnieprem


Wyobraź sobie, że widzisz faceta, który wygląda co najmniej jak Ragnar z "Vikings". W swojej wyobraźni już planujesz swój ślub. Tak, suknia będzie długa i powłóczysta, za Tobą rząd druhen. Kwiatki, cud miód, maliny. Podróż poślubna na Karaibach. I wtedy właśnie okazuje się, że Ragnar jest już w najlepszym wypadku zajęty, w najgorszym - okazał się tchórzem i facetem bez jaj (tak, jeśli chodzi o serial "Vikings", to przyznaję: nie lubię Ragnara, wolę Rollo). Twój plan runął w gruzach, los podsuwa Ci coś zupełnie innego. I zwykle to "inne" jest najlepszą rzeczą, jaka mogła Ci się przytrafić. Niekoniecznie i nie zawsze chodzi o miłość. To "inne" właśnie dało się odczuć w Kijowie. 

Zacznijmy od tego, że Kijów to duże miasto, w którym mieszka prawie 3 mln osób. W źródłach historycznych znane jest ono pod takimi nazwami, jak Kuar (VI-VII wiek), Kaenuogardia (według sag normańskich) czy Kildare (tu z kolei według źródeł arabskich, datowanych na przełom IX i XX wieku). Dzisiaj najbardziej uniwersalną nazwą wydają się być Kiev lub Kyiv. Ta pierwsza to także nazwa aparatów fotograficznych. Kijów to stolica Ukrainy, a ja dodałabym, że również stolica pole dance. To właśnie w Kijowie ma swoje studio Anastasia Sokolova, znana z ukraińskiego "Mam Talent", a dziś podziwiana na całym świecie. Sokolova była jedną z tych, którzy przyczyniając się do promocji tego sportu, udowodnili, że pole dance to akrobatyka, a nie kluby go go. Jeśli jednak mi nie wierzycie, możecie obejrzeć poniższe wideo (dla niecierpliwych od 1:08): 





Nie bez powodu wspominam o pole dance. Ale po kolei.

Przyjechaliśmy do Kijowa i zaparkowaliśmy ogórkiem tuż przy ulicy, na której swoje sklepy miały takie marki, jak Gucci czy Louis Vitton. Nie muszę dodawać, że pasowaliśmy tam jak kwiatek do kożucha. Ale "ochroniarze" byli mili i obiecali, że zerkną przyjaznym okiem na samochód (zresztą kto by chciał kraść starego Volkswagena T2 z ulicy, na której jest Gucci?). Ze spokojnym sercem mogliśmy zobaczyć plac Niepodległości w Kijowie.


 Wolność: kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem! 

Podczas protestów na Majdanie mogło zginąć co najmniej kilkadziesiąt osób. Na placu do dziś można zobaczyć fotografie ofiar. Wśród tych, którzy zginęli, było wielu młodych ludzi, mających przed sobą całe życie. Zginęli w obronie wolności. Bo kiedy wolność i podstawowe prawa są zagrożone, ludzie nie boją się wyjść na ulice. To samo zresztą - dygresja - udowodniły dziesiątki tysięcy kobiet w Polsce, które uczestniczyły 3 października w Czarnym Proteście, walcząc o wolność wyboru. To, że teraz próbuje się wypaczać ideę, która w tamtym dniu towarzyszyła Polkom, to już zupełnie odrębna historia.

Nie zatrzymujmy się jednak na dłużej na naszym polskim podwórku, wróćmy do Kijowa. Zatrzymałam się na placu Niepodległości przed wspomnianymi już fotografiami i coś mnie tknęło - każdy z tych ludzi miał jakąś swoją historię, bliskich i problemy. A my widzimy tylko fotografie.


 
I wielu mija je prawie obojętnie, w pośpiechu do pracy lub w miłosnym amoku. Na tym samym placu widzieliśmy przecież zakochane pary, nie widzące świata poza sobą. W 2014 roku doszło do tragedii, po której pozostały te zdjęcia. A dziś, jak gdyby nigdy nic, na Ukrainie życie toczy się dalej. I nie ma w tym absolutnie nic złego.

Przy okazji: zastanawialiście się kiedyś, jak trudno odciąć się od przeszłości? Powiem Wam: cholernie trudno. Ludzie mają to do siebie, że się przywiązują: do rzeczy, miejsc, ulubionych ciuchów, samochodów, innych ludzi. A potem próbują iść naprzód, ciągle patrząc w tył. I dziwią się, że się nie udaje.



Czas na ukraińską kuchnię!

Na plac Niepodległości dotarliśmy głodni. A jak Polak głodny, to zły. W moim wykonaniu powinno się dodać jeszcze: jak niewyspany, to wkurzony. Nie chcąc się pozabijać zaraz na początku podróży, trzeba było znaleźć jakąś knajpę. W takiej podróży jak nasza szukasz jakiejkolwiek: byle było jedzenie i WiFi. A my trafiliśmy na krymską restaurację w Kijowie - dość oryginalną, bo przed rozpoczęciem uczty, trzeba było zdjąć buty. Za to Kijów był jedynym miejscem na Ukrainie, gdzie mieliśmy okazję skosztować prawdziwych ukraińskich zup, m.in. solyanki i barszczu. W Odessie poprzestaliśmy już tylko na kebabie.

Uwielbiam doświadczać i próbować regionalnej kuchni, dlatego i tym razem nie może zabraknąć opisu zup. O barszczu może nie będę się rozpisywać, bo przecież każdy Polak wie, czym jest barszcz ukraiński i pierogi ruskie, które tak naprawdę nie są ruskie. Za to solyanka to coś, czego naprawdę na Ukrainie warto spróbować. To taka gęsta zupa ugotowana na rybnym rosole z dodatkiem ziół (przepisy z łatwością znajdziecie w Internecie). Może kiedyś stworzę na swoim blogu dział z przepisami na potrawy różnych kuchni świata, ale odkąd przypadkowo posypałam cukrem pudrem rybę, to - przynajmniej na razie - gotuję rzadziej. Choć moi przyjaciele wciąż uważają, że robię to dobrze.

Dlaczego domówki są lepsze niż dyskoteki?

Kiedy już w krymskiej atmosferze spróbowaliśmy solyanki i barszczu, to dalej, zgodnie z planem, udaliśmy się nad Dniepr. Było już ciemno, a kiedy panują egipskie ciemności i nic kompletnie nie widać, to wszystko wokół jest piękniejsze i przez moment przeszło mi nawet przez myśl, że most Parkowy, którym się przechadzaliśmy, przypomina most Karola w Pradze. O tym, że go nie przypomina, przekonałam się dopiero kilkanaście godzin później, w dziennym świetle.



Most Parkowy to taki most, który prowadzi na wyspę Truchanów, gdzie toczy się nocne życie tego miasta - czytaj: są kebaby i dyskoteki. No i można było wreszcie rozkręcić kijową imprezę, jak to mieliśmy w planie. Ale plan na szczęście upadł, bo trzeba było wrócić się po samochód, a kiedy już dotarliśmy z powrotem do dzielnicy z Guccim, to za wycieraczką znaleźliśmy taki oto list:



Zamiast rozkręcać kijową imprezę w rytmach disco polo (bo wiadomo, że jak polska impreza, to tylko przy czymś na maksa żenującym) w samym centrum nocnego życia Kijowa poszliśmy więc do domu Marty i Cezara. Byli prawdopodobnie pierwszymi, którzy podczas podróży Statkiem Miłości okazali nam tyle życzliwości. Tyle polskiej gościnności za wschodnią granicą!

Zanurzyć nogi w Dnieprze


Kijów jest tak położony, że znajduje się na obu brzegach Dniepru - rzeki, którą zachwycał się w starożytności Herodot. Rzeki, która przepływa przez trzy państwa: Rosję, Białoruś i właśnie Ukrainę. W końcu rzeki, o której pisał nawet Henryk Sienkiewicz.

Grzechem byłoby więc nie zanurzyć stóp w Dnieprze. A niespodzianki czekały nas już na brzegu, bo tam, na dalekiej i ponoć "niecywilizowanej" Ukrainie reklamuje się jedna z firm produkujących chipsy. Dlatego na samym brzegu, tuż przy Dnieprze, można było wykonywać takie akrobacje jak na treningu pole dance (zobaczcie zdjęcie obok).


Pole dance wielu osobom wciąż kojarzy się źle - niestety zwykle wynika to z niewiedzy lub posiadania klapek na oczach (myślenia typu "ja mam rację i nikt inny nie będzie mi mówił, że jest inaczej"). Bo jeśli dziewczyna trenuje pole dance, to pewnie zmienia facetów jak rękawiczki albo tańczy w klubach go go. Nie będę nikogo przekonywać na siłę, że zupełnie nie o to chodzi. Warto jednak podkreślać, że jest to sport jak każdy inny. Dyscyplina, która już na dobre zawitała do klubów fitness. Dla kogoś, kto na liście swoich wad może zapisać "brak cierpliwości" idealna, by pracować nad sobą i swoim charakterem. Dla najwytrwalszych pole dance to dopiero początek. Z czasem chcesz pokonywać kolejne bariery i tam rozpoczyna się Twoja przygoda z aerial dance (taniec w powietrzu). Raz pole, raz szarfy, raz koła.

Kiedy już uskuteczniłam akrobatykę na okularach będących reklamą chipsów, okazało się, że nad Dnieprem jest jeszcze jedna ekstremalna atrakcja - tyrolka. Dniepr można pokonać nie wpław, a w powietrzu, będąc przyczepionym do liny (zobaczcie filmik poniżej)  - ponoć jedzie się (leci się?) z prędkością 60 km/h. I właśnie z powodu tego "ponoć" do Kijowa muszę jeszcze wrócić. Mieliśmy przed sobą jeszcze Odessę i trzeba było przyoszczędzić, koszt takiego przejazdu to 150 hrywien (ja na cały pobyt na Ukrainie wzięłam ze sobą tylko 600 - jak się okazało jednak za mało, ale cóż, teraz mam motywację, żeby do Kijowa wrócić). Tak, choćby tylko po to, żeby przejechać się tyrolką...

Ukraina. Lwów. Stare łady i włoska pizza




Przez wiele lat broniłam się rękami i nogami przed podróżowaniem na wschód. Bo Zachód był lepszy, bogatszy, bardziej znany, prestiżowy. Bo jeśli kiedyś obserwowałeś sąsiadkę, której regularnie nie starczało do końca miesiąca, to przynajmniej przez jakiś czas wydawało ci się, że czterogwiazdkowy hotel jest lepszy niż podróż na stopa. Głupie i żałosne, ale prawdziwe. Nawet ludzie, którzy chodzą na castingi do seriali paradokumentalnych, idą tam po to, żeby pojechać na Gran Canaria. Gran Canaria, Fuertaventura, Calabria - ładnie brzmi, prawda? Prawda. Nazwy Lviv i Kiev na nikim prawie nie robią wrażenia. A szkoda. Czas to zmienić. 

Na Ukrainie byliśmy zaledwie jakieś trzy dni. To oczywiście za krótko, by móc poznać kulturę, spróbować tamtejszych potraw i złapać tego słowiańskiego bakcyla - takiego żywcem wziętego z teledysku do piosenki "My Slowianie". Natomiast cóż, jeżeli masz przed sobą prawie 7 tysięcy kilometrów, a po drodze 16 różnych państw, to próbujesz chociaż uchwycić odrobinę tego miejsca. Liznąć tego, co najciekawsze, by zorientować się, gdzie chcesz jeszcze wrócić.




Niestety, najkrócej byliśmy chyba właśnie we Lwowie - miasteczko jakże polskie, żydowskie, niemieckie i ukraińskie zarazem. Miasteczko - ba, to największe miasto zachodniej Ukrainy, chociaż idąc jego ulicami późną nocą, kiedy wszystkie knajpy z tradycyjną ukraińską kuchnią są już pozamykane, zupełnie się tego nie odczuwa. Wspominam w tym miejscu o tej tradycyjnej kuchni, ponieważ zachęcona przez kolegów, którzy regularnie odwiedzają Ukrainę, chciałam koniecznie od razu spróbować czegoś typowo słowiańskiego. We Lwowie się to nie udało - ostatecznie wylądowaliśmy we włoskiej pizzerii Da Vinci, która na Trip Advisorze zyskała sobie 3,5 gwiazdki. Pizzeria znajduje się w pobliżu budynku opery i - co w naszym przypadku okazało się bardzo ważne - była czynna przez 24 godziny. I tak, powinnam właściwie rozpisać się w tym miejscu o tym, jak cudna jest ta opera, ale to nie była objazdowa wycieczka z przewodnikiem. Po nieprzespanej nocy w Łodzi, skąd rozpoczęliśmy naszą wspólną podróż, marzyłam tylko o tym, żeby coś zjeść i móc położyć się wreszcie spać. Dlatego szczerze muszę się Wam przyznać, że bardziej niż budynek opery zapamiętałam tamtą pizzerię. Ach, no i stare łady, które widoczne były na każdej lwowskiej ulicy.

Ciekawostką jest to, że jeżeli jedziesz w podróż z fanami motoryzacji, to w każdym mieście bardziej niż na napisy w obcym języku zwracasz uwagę na samochody - i to takie, których się w Polsce nie spotyka. Na Ukrainie standardem były właśnie łady - pojazdy, których produkcja ruszyła w 1970 roku, a więc czterdzieści sześć lat temu. Ogór świetnie wpasowywał się w lwowski klimat, bo był zaledwie pięć lat młodszy (rok produkcji Volkswagena T2, którym miałam okazję podróżować razem z Margielem, Mariem, Zuzą i Jabolem to 1975).

Zobacz też: Ogór. Motoryzacyjne dziecko hipisowskich czasów

I tak, za krótko byliśmy we Lwowie, bym mogła napisać coś więcej o samym mieście. Bardziej niż lwowską starówkę zapamiętałam smak włoskiej pizzy, pierwsze śniadanie na trawie przy Ogórze, mocną kawę, która postawiła mnie na nogi i lwa przy wyjeździe z jednej z ukraińskich stacji benzynowych. Tamten lew przypominał mi trochę dom, bo łatwo go skojarzyć z Pomnikiem Walki i Zwycięstwa we Wrocławiu. Widząc go, momentalnie wpadłam na pomysł, byśmy zrobili sobie przy nim wspólne zdjęcie. Tak, jestem specjalistką od wdrapywania się tam, gdzie nie wolno i robienia sobie zaskakująco dziwnych zdjęć. Na jednej z wystaw dizajnu koniecznie chciałam zrobić sobie zdjęcie w czymś, co w założeniu projektanta miało być chyba krzesłem, ale mi przypominało tunel, do którego można włożyć głowę.

Początki podróży zawsze są łatwe, bo - tak jak w pierwszej fazie związku - pojawia się wiele emocji i czujesz, że odkrywasz coś nowego. Śniadanie i kawa nie jest zwykłym śniadaniem. Jest posiłkiem, który spożywany na łonie natury, daje ci olbrzymie poczucie wolności. Nagle zdajesz sobie sprawę, jak niewiele potrzeba do chwili szczęścia. Z czasem, kiedy musisz zmierzyć się ze zmęczeniem i z samym sobą, a przede wszystkim ze swoimi ograniczeniami, które dobrze znasz i rozumiesz tylko Ty, zaczyna być trochę trudniej. Zachwyt staje się rutyną, by po powrocie zapisać się jako miłe wspomnienie i fotografia w ramce powieszonej na ścianie w Twoim trzydziestokilkumetrowym apartamencie.

Peace, love, music! 



Statek Miłości 2016. Nasza trasa


Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)

Naddniestrze
Kiszyniów (Mołdawia)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Shengjin (Albania)

Kotor (Czarnogóra)
Dubrownik (Chorwacja)
Wodospady Kravica, Mostar (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Słowację
Wrocław (Polska)

Tczew (Polska)
Wejherowo (Polska)




czwartek, 18 sierpnia 2016

Wróciliśmy. Teraz wracamy do rzeczywistości


5 niezwykłych osób, 5 metrów kwadratowych powierzchni samochodu, 6600 kilometrów, 16 krajów - licząc Republikę Naddniestrza i Słowację, przez które tylko przejeżdżaliśmy - to tyle, jeśli chodzi o wyprawę Statkiem Miłości w liczbach. Cofnij: by być precyzyjnym, należałoby jeszcze dodać: tylko 2 awarie i 3 mandaty. Ale nie statystyki są tu najważniejsze. Choć to może właśnie liczby robią na naszych znajomych największe wrażenie. Nie wiem.

Minął już ponad tydzień, odkąd przyjechaliśmy do Polski. Ale powrót do rzeczywistości trwał dłużej. Wyobraź sobie, że nagle pięć metrów kwadratowych w Volkswagenie T2 z 1975 roku zamieniasz na ponadtrzydziestometrową kawalerkę - to przecież już niemal apartament pierwszej klasy! Wyobraź sobie również, że spanie pod gołym niebem, na hamaku, zamieniasz na swoje miękkie łóżko, na którym możesz spokojnie i bez przeszkód praktykować sleep & travel (to określenie mojego sposobu spania w Ogórku - te pięć metrów kwadratowych na dole jest moje, inaczej będę kopać innych przez sen w piszczele). Widok po obudzeniu po powrocie do domu? Zwykły sufit. Gdzie te gwiazdy, przy których zasypiałam i gdzie to słońce, które mnie budziło? Ten powrót do rzeczywistości to jak zderzenie z zupełnie innym światem. Do tego wszystkiego dodajmy szarą codzienność w pierwszych dniach: trzeba iść do serwisu z laptopem, odzyskać plik z dziennikiem z podróży, złożyć wniosek o nowy dowód, pójść na zakupy, bo lodówka świeci pustkami. Innymi słowy: masz do zrobienia to, to i to. Zrób checklistę - inaczej na pewno o czymś zapomnisz. Uwaga: Informujemy, że etap, w którym myślenie sprowadzało się głównie do trzech pytań: gdzie jest bankomat? gdzie jest kantor? gdzie jest kebab? właśnie się zakończył. 

W tym miejscu nasuwa się pytanie, dlaczego nie regionalna kuchnia, lecz zwykły kebab? Powód jest banalny: mieliśmy do przejechania dziennie od 250 do 800 kilometrów, więc po dotarciu na miejsce, czyli do jednego z miast na trasie, byliśmy już głodni i zmęczeni. A czasem było naprawdę bardzo późno, tak jak wtedy, gdy dojechaliśmy do Lwowa czy Kiszyniowa, zatem kebab albo McDonald to była jedyna słuszna opcja na tamten czas. Oczywiście, zdarzyło nam się spróbować także lokalnej kuchni: kosowskiego gulaszu w Albanii, ukraińskiej solyanki (rodzaj zupy) i barszczu (o dziwo na Ukrainie!) oraz tureckiego lahmacun (to rodzaj tamtejszej pizzy) w Macedonii.


Lahmacun, coś w rodzaju pizzy (nie jestem specjalistką w robieniu zdjęć jedzenia, więc wybaczcie, że nie wygląda jak wyjęte z książki kucharskiej, ale zapewniam Was, że było pyszne!)


Nie można też nie wspomnieć o tym, co piliśmy. I choć bus zaaranżowany w stylu hipisowskim na to nie wskazuje, uwierzcie - nie zawsze były to tylko i wyłącznie napoje wysokoprocentowe. W Salonikach, dzięki mojemu przyjacielowi Athanasiosowi, miałam okazję spróbować kawy freddo - to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto kocha Grecję. W takich krajach, jak Grecja czy Albania, kawa na zimno to standard. Na plaży w Albanii na przykład serwowano frappe - zdarzyło się nawet, że wypiłam cztery takie kawy dziennie. Rekordu nie pobiłam, siedmiu kaw podczas ubiegłorocznego Przystanku Woodstock przebić się nie da.


Jeśli chodzi o picie,  nie można też nie wspomnieć o niezwykłej herbacie, którą poczęstował nas Ibrahim na Gran Bazar w Istambule.

Gran Bazar to jeden z największych bazarów w Turcji. Jest tam masa różnych stoisk, sklepików, butików, czego tylko dusza zapragnie. Każdy zachęca do kupna tego, czym akurat handluje. Z Zuzą zatrzymałyśmy się przy herbaciarni, która miała nieco inny klimat niż pozostałe. Mogłyśmy usiąść, porozmawiać z Ibrahimem i mieć poczucie, że to nie jest tylko transakcja typu kupno-sprzedaż, lecz rozmowa, bycie tu i teraz, przeżywanie tej konkretnej chwili. Zostawiłyśmy też tam swój ślad (podpisy na ścianie herbaciarni Ibrahima), ale o wrażeniach z Turcji napiszę jeszcze w osobnym poście. Każdemu z państw chciałabym na łamach bloga Podróże bez planu poświęcić trochę miejsca, bo każde z tych miejsc wnosiło coś innego.

Jedną z zalet takiej wymagającej objazdówki jest to, że w ciągu tych trzech tygodni masz szansę obserwować, jak zmieniają się zwyczaje, krajobrazy, drogi. Zrobiliśmy całą trasę (prawie 7 tysięcy kilometrów), pominęliśmy jedynie Tiranę - zamiast zwiedzania stolicy Albanii wybraliśmy plażowanie w Shengjin. I nie dlatego, że nie dalibyśmy rady, lecz dlatego, że chcieliśmy trochę odpocząć.

Podczas takiej podróży na trasie spotykasz różnych ludzi i każdy - rozmową, słowem, gestem - daje Ci coś innego. Nie, tu nie chodzi o nic materialnego. Chodzi raczej o refleksje, które pozostają po tych spotkaniach.Tak jak po spotkaniu Viacheslava z Doniecka, który wyruszył w podróż z powodu toczącej się wojny, a mimo to wciąż z optymizmem spogląda w przyszłość, będąc wdzięcznym za wszystko, co go spotkało.

-  Life is a journey  -

Takich spotkań było wiele, a najbardziej niezwykłe jest to, że na swojej drodze spotykaliśmy wyłącznie pozytywnych i życzliwych nam ludzi. Na przykład Martę i Cezara. Wracamy do samochodu po zwiedzaniu centrum Kijowa, a tam za wycieraczką czeka nas taka niespodzianka:


I tym sposobem noc w Kijowie spędziliśmy nie w samochodzie, a w mieszkaniu naszych rodaków. Polska gościnność rządzi nawet za granicą.

Co jeszcze - oprócz pamiętnych spotkań - daje taka intensywna i niestandardowa podróż? To, że sprawdzasz, czy możesz przekroczyć granice swojej strefy komfortu. I czasem przekraczasz te granice, choć wiesz, że nie jest to ani logiczne, ani racjonalne. Przekraczasz je dlatego, że podróż takim busem daje poczucie beztroski i wolności. Przez szybę miga ci świat i zastanawiasz się: czego właściwie się boisz i dlaczego.

 To takie mierzenie się trochę z samym sobą, walka ze swoimi słabościami. Bo to nie jest tak, że szukaliśmy wyłącznie przygód, chcąc przeżyć wakacje życia. Tak można by sądzić i tak myśleli o nas czasem celnicy na granicach - pytali na przykład, czy jesteśmy studentami. A my mieliśmy naprawdę szeroki przekrój wiekowy - najmłodsza Zuza ma 19 lat, Jabol - najstarszy z całej naszej ekipy - 38. I tak wciąż wygląda na studenta. Jesteśmy grupą ludzi, stawiających przed sobą wyzwania. Nie tylko podróżnicze, lecz także te emocjonalne, ukryte gdzieś w głębi uwięzionych dusz.

A propos mierzenia się z samym sobą: gdy przebywasz 24 godziny na dobę z tymi samymi ludźmi, z czego sporą część tego czasu spędzacie w aucie na kilku metrach kwadratowych powierzchni, dowiadujesz się wiele nie tylko o swoich kompanach, lecz także o samym sobie. O tym, jak  ogromną masz potrzebę poczucia niezależności, że twój głos przechodzi w pisk, kiedy się denerwujesz, nawet jeśli tego nie zauważasz, czy o tym, że jak pijesz, to wyglądasz jak sfazowany żółw czekający na sałatę (tak mi się spodobało to porównanie, że nie zawaham się go użyć, choć - jak możecie się domyślić - nie ja jestem jego autorem). Co ciekawe, uczysz się też bycia sam ze sobą. To bardzo przydatna umiejętność - zwłaszcza, jeżeli spora część Twojego ja przychyla się do ekstrawertyzmu. Podczas takiej podróży odkrywasz również tę swoją introwertyczną część. Na przykład wtedy, kiedy idziesz z notesem w środku nocy na plażę, by patrząc na fale, szukać odpowiednich słów i przelewać to co czujesz, na papier.

Sprawdziliśmy się - jako kompani, towarzysze doli i niedoli oraz ludzie, na których można polegać. Tak przynajmniej mi się wydaje. Ze swojej strony - pisałam już o tym na fanpejdżu bloga, ale ponieważ jest to pierwszy post po naszej wyprawie, to powtórzę tu na tych łamach - dziękuję Mariuszowi za zaufanie, wspólne torturowanie się na zamku Draculi, genialną jajecznicę i cierpliwość, Jabolowi za życiowe dywagacje, Hackenbuscha i najgłupsze foty ever (poza tym Mario, Arturo - jesteście mistrzami kierownicy i driftingu, dzięki za to wszystko). Gorące dzięki i uściski dla Zuzy za wsparcie, nocne rozmowy, pyszną carbonarę, wspólnie wypalone papierosy i wypity alkohol w walce z demonami przeszłości, a także dla Margiela za zrozumienie, empatię, opanowanie i doskonałe zdjęcia. Część z nich wywołam i powieszę na ścianie. To były najpiękniejsze, najbardziej inspirujące wakacje. Mam wrażenie, jakbym teraz była Alicją w Krainie Czarów i właśnie otworzyła drzwi do zupełnie innej, pięknej krainy. Nie wiem, czy lepszej, ale na pewno pięknej, bo - cytując Boba Marleya -  każda rzecz, nawet najmniejsza, doprowadziła mnie do tego, kim jestem teraz. Rzeczy piękne nauczyły mnie kochać życie. Rzeczy złe nauczyły mnie jak żyć. O miastach, które zmieniają perspektywę, i o ludziach, którzy pokazują Ci inny świat, przeczytacie wkrótce u mnie na blogu. 

Peace, love, music!

Statek Miłości 2016. Nasza trasa

Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)

Naddniestrze
Kiszyniów (Mołdawia)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Shengjin (Albania)

Kotor (Czarnogóra)
Dubrownik (Chorwacja)
Wodospady Kravica, Mostar (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Słowację
Wrocław (Polska)

Tczew (Polska)
Wejherowo (Polska)


Zaprzyjaźnieni:
Statek Miłości - bus w podróży 
Maciej Margielski Photography 


Polub na Facebooku