Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pokaż język. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pokaż język. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2017

Rumunia. Bukareszt. Gdzie pojechać, żeby już nigdy nie narzekać na komunikację miejską?


Jeżeli w dalszym ciągu nie masz prawa jazdy, jesteś skazany/skazana na komunikację miejską. We Wrocławiu mieszkańcom niejednokrotnie zdarza się narzekać na MPK. Na to, że motorniczy nas zignorował i zamknął drzwi przed nosem, na spóźniający się autobus, na to, że zlikwidowali kosze i nie ma gdzie wyrzucić gumy, a przecież nie wypada przykleić pod siedzeniem. Wreszcie na to, że niskopodłogowe wyglądają jak wysokopodłogowe. Dlaczego o tym piszę? Bo po wizycie w Bukareszcie już nigdy nie będę narzekać na wrocławską komunikację miejską. Przysięgam.

Bukareszt to nie Warszawa. W naszej stolicy, choć za nią nie przepadam, są przynajmniej dobre knajpy. Wpadasz na Krakowskie Przedmieście do Dwóch Takich, co podobno mieli ukraść księżyc, ale nie ukradli i teraz serwują w centrum Warszawy genialną jajecznicę i wiesz, że masz niebo w gębie. A po zaparkowaniu ogórka gdzieś w centrum Bukaresztu, pozostał nam jakiś spożywczy dyskont i samodzielne gotowanie (przygotowałam pyszny makaron, dało się zjeść i nie posypałam go cukrem pudrem - czuję, że moje zdolności kulinarne weszły na tzw. Level Hard). By uprzedzić hejterów, okej, kanjpy gdzieś pewnie są, ale przy sporym zmęczeniu, wysokiej temperaturze i o pustych żołądkach, jedzenie musieliśmy mieć na już. Ale nie o jedzeniu miało być w tej notce. Tym bardziej, że to nie było nic niezwykłego. Ot, zwykły makaron z warzywami. Żadne sushi czy krewetki.

Zegary za prawie milion euro i rumuński Mickiewicz

Bukareszt, stolica niedocenianego kraju, jakim jest Rumunia, ma w sobie dużo mniej blasku niż urokliwe miasteczko Bran (czytaj też: Rumunia. Zamek Bran. Śladami wampirów). To, na co warto jednak zwrócić uwagę, to architektura - z jednej strony perły, zdobienia, ornamenty, a z drugiej bieda, sypiące się kamienice i rury poprowadzone na zewnątrz budynków. Jedyne, co pozostało zarządcom tych ostatnich, to napis "De vanzare", czyli "Na sprzedaż".




Skupmy się może jednak na pozytywnych aspektach. A przynajmniej tych ładniejszych. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był niezwykły zegar. Wyróżniał się z szaroburego krajobrazu i w jakimś sensie mnie zaintrygował, dlatego po powrocie doszukiwałam się informacji o zegarze, a właściwie zegarach Bukaresztu. Okazuje się, że władze miasta postanowiły w 2009 roku postawić 10 takich zegarów po to, by... miasto wyglądało ładniej. Ten, który widzicie na poniższym zdjęciu, znajduje się w pobliżu budynku uniwersytetu, stąd napis Universitate. Na każdym z zegarów widać też rok - 1459. To w 1459 roku powstał Bukareszt.

Władze Bukaresztu wydały na postawienie tych zegarów 915 tys. euro. Według tamtejszych mieszkańców to pieniądze wyrzucone w błoto - można by je przeznaczyć chociażby na poprawienie stanu pojazdów komunikacji miejskiej. Ale o tym jeszcze za chwilę.



Z pewnością warto również zwrócić uwagę na pomnik Iona Heliade Rădulescu (1802-1872), rumuńskiego poety z epoki romantyzmu (taki rumuński Mickiewicz). Był też wykładowcą, eseistą, dziennikarzem i autorem książek z zakresu lingwistyki i historii. Kiedy przechodzi się tuż obok jego pomnika, zdaje się nam badawczo przyglądać (wystarczy. że zerkniecie na poniższe zdjęcie wykonane przez Margiela).

Rădulescu urodził się w Târgovişte, ale jego ojciec kupił dom na przedmieściach Bukaresztu. Nauczycielem Heliadego był Gheorghe Lazăr (1779 - 1823), po którym poeta dostał schedę w postaci szkoły Saint Sava. W ponownie otwartej przez Heliadego szkole stał się głównym nauczycielem i skupiał wokół siebie wielu intelektualistów. Nie mogłabym w tym miejscu nie wspomnieć o jego wpływie na rozwój języka. To Rădulescu jest odpowiedzialny za rozwój współczesnego języka rumuńskiego, choć w jednej z faz swojej naukowej działalności przekonywał, że rumuński i włoski są pokrewnymi językami, a właściwie dialektami, które wzięły swój początek z łaciny.

Pomnik, który widzicie na zdjęciu obok, został wyrzeźbiony przez włoskiego artystę. Ten artysta nazywał się... Ettore Ferrari (1848 - 1929). Nie, tym razem nie chodzi o samochody. Ten Ferrari był tylko i po prostu artystą, a na swoim koncie ma także choćby rzeźbę przedstawiającą Giordano Bruno, stojącą na Campo de Fiori w Rzymie. Pomnik Rădulescu znajduje się dokładnie naprzeciwko budynku uniwersytetu w centrum Bukaresztu.

Budynek Uniwersytetu w Bukareszcie, fot. Kinga Czernichowska

 Sypiące się autobusy i tramwaje

Nie da się długo wytrzymać badawczego spojrzenia Rădulescu, dlatego warto odwrócić się i przyjrzeć się budynkowi uniwersytetu (zdjęcie powyżej). Jest to największy, a do tego jeden z najstarszych uniwersytetów w Rumunii (powstał w 1864 roku). To licząca się uczelnia, współpracuje z około 50 uniwersytetami w 40 różnych krajach, m.in. z Uniwersytetem Warszawskim w Polsce.

Trudno zrobić w tym miejscu dobre zdjęcie, bo panuje tam duży ruch. A szanse na dobre kadry przecinają takie oto pojazdy:


Tak wygląda jeden z pojazdów tamtejszej komunikacji miejskiej. Wydaje mi się, że po Wrocławiu na początku lat 90. jeździły lepsze. To jeszcze jednak nic w porównaniu do tramwajów w Bukareszcie.




Ale nawet w najbiedniejszym kraju i najbardziej sypiącym się kraju nie może zabraknąć dwóch rzeczy: Coca Coli i McDonalda. Przepraszam, trzech. Zapomniałam o kebabach. Kebaby są wszędzie. Makdonaldyzacja społeczeństwa (fenomen, który w latach 60. XX wieku opisał George Ritzer, do dziś mam jego książkę w ostatkach swoich socjologicznych zasobów naukowych) - ot, jedyne skojarzenie z poniższym zdjęciem.



To jednak nieprawda, że nie ma knajp. Na sam koniec zwiedzania znaleźliśmy i sklepy z pamiątkami, i knajpy. Było nawet coś dla fanów Harley-Davidsona.





Wieczorem Bukareszt wygląda już jakby piękniej, ale w przypadku dużych miast to raczej standard - ciemność i światła neonów dodają im uroku. Do tej pory nie mam bladego pojęcia, za co Bukareszt zyskał sobie w okresie międzywojennym tytuł małego Paryża! To nie jest miasto, które każe do siebie wracać. No chyba że chce się jeszcze raz zmierzyć ze spojrzeniem Rădulescu. Do Paryża warto wracać, chociaż - jak mówią wielcy - tylko za pierwszym razem robi imponujące wrażenie.

To pierwszy wpis na temat Bukaresztu. W kolejnym więcej o rumuńskiej tożsamości narodowej oraz o tym, dlaczego w Bukareszcie może wydawać nam się, że to Rzym...

piątek, 20 stycznia 2017

Rumunia. Zamek Bran. Śladami wampirów


Rumunia nigdy nie była na mojej liście "must travel". O słynnym zamku Bran jedni mówili z zachwytem, inni twierdzili, że jest przereklamowany. Mnie w Rumunii - przynajmniej na początku - urzekła jej dzikość. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał. I uwaga - nie ma tam wampirów.

Prawdopodobnie pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy w  Rumunii, był pomnik generała Traiana Moşoiu'a. W Internecie nie znajdziecie zbyt wiele informacji o nim. Ale na Ukrainie, w Mołdawii i w Rumunii jest bardzo wiele pomników osób, które zasłużyły się - mniej lub bardziej, dobrze lub źle - w historii wojska.

Moşoiu urodził się na terenie dawnych Austrowęgier, w wiosce Újtohán/Tohanul Nou. Studiował na uczelniach wojskowych - najpierw w Budapeszcie, potem w Wiedniu. W 1891 przeprowadził się do Rumunii i zasilił szeregi rumuńskich wojsk. Podczas I wojny światowej pełnił funkcję generała, a w gabinecie Alexandru Vaida-Voevoda był także ministrem wojny.

Tuż obok tego pomnika powiewa rumuńska flaga - tak, to już Rumunia. Czas poszukać jakiegoś postoju przed dotarciem do Bran...




Gdzieś w Rumunii...

Jedziemy, jedziemy, a tu ani parkingu, ani stacji benzynowej. Życie z dala od cywilizacji. Ani jednej  żywej duszy. Nie mieliśmy wyboru - zaparkowaliśmy ogórka w szczerym polu. T2 to nie ferrari, nie rzuca się aż tak bardzo w oczy w takim krajobrazie. 

Świtało. Całą noc spędziliśmy w trasie, więc czekało nas kilka godzin odespania. Tak, by po południu dotrzeć już pod zamek Bran.

Myślę, że najbardziej urzekł mnie właśnie tamten poranek. Rumuńskie pejzaże, w czasie podróży, wyglądają tak naturalnie i dziko (zobaczcie zdjęcie obok), że aż przestaje się myśleć o goniącym nas czasie i kilometrach do zrobienia. A tych było jeszcze trochę. Zamek Bran, który był jednym z naszych "must see" na całej trasie, znajduje się w centralnej Rumunii. Trzeba było dojechać do Braszowa, a stamtąd do Bran pozostało już tylko 30 kilometrów.



Noroc!

Kiedy dojechaliśmy do Bran, był już późny wieczór. Zwiedzanie zamku trzeba było odłożyć na kolejny dzień. Wieczorem poznawaliśmy więc uroki i smaki tego miasteczka, które żyje własnym życiem. I ma w sobie jakąś magiczną atmosferę. Tak jakby skrywało jakąś tajemnicę. Cisza, spokój, czego chcieć więcej...

O ile w Polsce wciąż pokutuje przekonanie "uważajcie, bo tam kradną", o tyle my spotykaliśmy na swojej drodze jedynie przyjaźnie nastawionych ludzi. Choćby Hiszpana mieszkającego w Rumunii, który próbował nas nauczyć podstaw języka rumuńskiego. A że to był akurat wieczór, w którym próbowaliśmy rumuńskiego wina, to podstawowym zwrotem, który zapamiętaliśmy i który pewnie potrafilibyśmy powiedzieć obudzeniu o trzeciej w nocy było "noroc" (po rumuńsku: Zdrowie! W ten sposób można jednak nie tylko wznosić toasty, ale również życzyć drugiej osobie szczęścia). Nasz znajomy rumuński Hiszpan (rozmawialiśmy z nim trochę po włosku, trochę po hiszpańsku, a trochę na migi, bo angielski w Rumunii jest językiem stanowczo niepopularnym) powtórzył nam je tamtej nocy kilkadziesiąt razy. Nie wiemy, czy dotarł do domu o własnych siłach czy ze wsparciem towarzyszących mu kolegów.

Bran było również kolejnym miejscem, w którym spotkaliśmy Polaków - tym razem byli to jednak nie Polacy na wschodniej emigracji, lecz ci, którzy przyjechali tu na kilka dni swojej podróży służbowej.

Zamek Bran

Jeżeli jedziecie do zamku Bran po to, żeby szukać śladów wampirów, możecie się rozczarować równie mocno jak po obejrzeniu pierwszej części "Zmierzchu". Bo zamek Bran to wcale nie jest zamek Draculi, tak jak "Zmierzch" nie jest prawdziwym filmem o wampirach, lecz raczej melodramatem (chcecie obejrzeć dobry film o wampirach, to włączcie sobie "Underworld" lub "Tylko kochankowie przeżyją" - w tym ostatnim jest dobra ścieżka muzyczna). Aczkolwiek lubię w "Zmierzchu" scenę, w której Edward ratuje Bellę przed wypadkiem samochodowym. Dziś narażanie życia dla drugiej osoby najczęściej zdarza się chyba tylko w filmach. Są jeszcze ludzie zdolni do poświęceń?




Swoją sławę zamek Bran zawdzięcza Draculi, choć ten - o ile w ogóle się na nim pojawił - był tam tylko parę chwil. Ale pisarz, Bram Stoker, za siedzibę Draculi uznał właśnie ten zamek, choć dużo bardziej mroczne i tajemnicze zamki znajdują się w Szkocji (jednym z moich ulubionych jest zamek Dunvegan na wyspie Skye). Dzisiaj w Rumunii Dracula jest jedynie symbolem, a mieszkańcy próbują popularyzować zamek jako miejsce, w którym drzemie historia. Zresztą z historycznego punktu widzenia rzeczywiście jest to ciekawe miejsce. Powstał w roku 1382 (wtedy ukończono budowę), jego historia sięga więc już średniowiecza. Przez kilka stuleci był ważną twierdzą obronną, a od 1920 roku rezydowała w nim latem królowa Rumunii, Maria. Apartamenty na zamku Bran urządziła w stylu włoskim i niemieckim.




Ślady wampirów napotkacie w Bran jedynie na stoiskach dla turystów, znajdujących się tuż przed zamkiem - możecie tam kupić kubki wampira, magnesy z wampirem, koszulki, torby, co tylko chcecie. Jakby ktoś chciał, można tam wydać fortunę. Na terenie zamku jest jedna tablica, na której znajdziecie taką oto wzmiankę o wampirach:

Wampiry, w mitologicznym i ludowym kontekście, są powtórnie ożywionymi zwłokami, karmiącymi się krwią - czytamy. - Według legend wampiry nie tolerują światła dziennego, ich skóra jest ekstremalnie biała, kształt ich źrenic jest ostry, mogą być myleni ze zwykłymi ludźmi. Pod wpływem nastroju ich oczy mogą stawać się fluorescencyjne. Odkąd zaczną pić krew, nie mogą przestać się nią żywić i zwykle bawią się swoją ofiarą przed zjedzeniem. W ciągu ostatniego tysiąclecia legendy o wampirach były rozpowszechniane przez tych, którzy mieli swój udział w tworzeniu kultur Wschodniej Europy. Legenda Draculi na przykład stała się inspiracją w rumuńskim folklorze. Twarz wampira, jak wiemy dzisiaj, została zaprojektowana przez Brama Stokera - tego, który w 1897 roku napisał słynną powieść "Dracula". Ta stała się później punktem wyjścia dla wielu filmów i książek.

Poza tą jedną tablicą, żadnych pomników Draculi czy podobizn wampirów. Ci, którzy chcą z zamku wyjść naprawdę przerażeni, mogą jeszcze zajrzeć do muzeum tortur. Wybierając się na zamek, są dwie opcje biletu: bilet tylko na zamek lub bilet na zamek i muzeum tortur. My wzięliśmy ten drugi, aczkolwiek muzeum wcale nas nie przeraziło. Przeraża jedynie fakt, że to, co dziś w nim oglądamy, naprawdę było wykorzystywane do tortur w czasach średniowiecza.


Żyjemy w innych czasach. Dzisiaj torturujemy się własnymi myślami, błędnymi przekonaniami, tęsknotą za przeszłością lub myśleniem o przyszłości. Możliwe, że niektóre z tych rzeczy bolą bardziej niż nakłuwanie na pal... Tylko kochankowie przeżyją.




zdjęcia: Margielski Fotografia



wtorek, 23 lutego 2016

Włosi? Już nie Ferrari, tylko Lamborghini

Ci, którzy regularnie zaglądają na Podróże bez planu, wiedzą, że mam słabość do włoskiej kultury. Zaczęło się zupełnie niewinnie, od wakacji spędzonych na Sycylii. Od rajskiego krajobrazu, jaki można dostrzec ze wzgórz Etny. Od unikalnego smaku sycylijskich gelato. Już wtedy miałam ogromną chęć i zapał do nauki tego języka. Języka, którego dwa lata później wolałam unikać jak ognia. Niestety lub stety - bezskutecznie. Jestem skazana na włoską kulturę i tak już chyba zostanie. Tyle że teraz już nie uciekam, bo przed czym? Przed sobą, przed własną historią, lekcjami wyniesionymi z życia? 

Przed przeszłością uciekać nie warto, bo to lekcje i wspomnienia, które odciskają trwałe piętno na osobowości (czytaj też: Nie bój się przeszłości. Zderzysz się z nią w podróży) . Jedną z nielicznych stałych w życiu jest zmiana. Bo wszystko się zmienia: przy tych odrapanych blokach, w których kiedyś mieszkałaś, wybudowano stadion. Na scenie grał George Michael, ale jeszcze dwie dekady temu nie było tam nawet Biedronki. I Ty też się zmieniasz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jeśli wolisz powiedzieć: "Taka już jestem", dodaj słowo "teraz". Bo za rok będziesz już kimś innym. Kimś mniej naiwnym, bardziej sarkastycznym, ostrożniejszym w dawaniu i braniu, za to milion razy bardziej nieracjonalnym. Czasem, oglądając się wstecz, uśmiecham się z ironią, ten uśmiech podobno rozkłada na łopatki jak Mollo Zimnocha.

Możliwe, że przez te kilka miesięcy będziesz unikać tego, co miało cieszyć, a sprawiło Ci ból. I zanim się zorientujesz, że to bez sensu, będziesz stać przed dylematem odinstalowania wszystkich węgierskich i włoskich lekcji, spalenia włoskich fiszek i podarcia węgierskich podręczników.

I kiedy absolutnie nie chciałam już mieć nic wspólnego ani z włoską, ani z węgierską kulturą, przyszło mi się spotkać z węgierskim aktorem i ponownie rozpocząć naukę włoskiego. Nawet w mojej ulubionej cukierni sprzedają bezy włoskie obok węgierskich ciastek. Kilka razy próbowałam się zapisać na hiszpański - jak na złość nijak nie dało się ich zmieścić w grafiku. Za to włoski? Godziny zajęć pasowały idealnie. To nie przypadek, nie wierzę w przypadki. To Twoja walka i musisz udowodnić, że nie jesteś Zimnochem, że się nie poddajesz, że nie ulegasz uprzedzeniom, że w dalszym ciągu jesteś dobrym człowiekiem, chcącym dawać szczerość, dobro i miłość. Nawet jeśli przez te kilka miesięcy bylo cholernie ciężko.

 Oczywiście, będą chwile, kiedy znowu zaboli. Jak ta, w której prowadząca zajęcia włoskiego zapyta o nazwę czerwonego samochodu z otwieranym dachem, a Ty bez zastanowienia odpowiesz: Ferrari, zastanawiając się, czy popisać się znajomością modeli Berlinetta, Enzo, LaFerrari i Spider, czy też nie.

Prowadząca uśmiecha się. Widać, że jest doprawdy rozbawiona. - Nie, w Ferrari nie ma żadnych trudnych zgłosek. Lamborghini. Niektórzy mylnie czytają Lambordżini. "Gh" wymawiamy jak "g" - mówi, a ja znów zderzam się z własnymi wspomnieniami. Przecież wiem, jak się wymawia Lamborghini.

Wróciłam do nauki włoskiego. Tym razem robię to już tylko dla siebie. Podręczniki z węgierskiego wyrzuciłam, choć prawdopodobnie będę na Węgrzech jeszcze w tym roku. Z własnego wyboru. Zbudzona o trzeciej w nocy w dalszym ciągu wiem, co znaczy "mindjart talalkozunk", "jó napot kívánok", "szazat velem" i "viszontlátásra". Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. W świecie wirtualnym to jest takie proste: delete, escape, cofnij, zablokuj. W realu to tak nie działa. Ale to nie ma już dla mnie znaczenia. Nie zacieram wspomnień, nie uciekam od przeszłości, akceptuję rzeczywistość. A pewnym rozdziałom w swoim życiu już 31 grudnia 2015 roku powiedziałam: "Addio". A Wam chcę powiedzieć: nie uciekajcie, nie uprzedzajcie się w żadnym razie. I jak zwykł mawiać jeden z moich przyjaciół: "Nie ma obcokrajowców, są ludzie".


nie uciekaj dłużej bo to tylko Ty
nie uciekam dłużej bo to tylko ja 


Marika



czwartek, 29 października 2015

O tych miastach pisze się piosenki. TOP 10


fot. screen za: youtube.pl
Są takie miasta, z powodu których trudno zmrużyć oczy. Są takie, które po prostu nie śpią. Czasem szukam na pustych ulicach znaków, odpowiedzi na pytania, na które nie istnieje gotowa odpowiedź. Nauczyłam się żyć i podróżować bez planu. Nie wiem, gdzie los rzuci mnie jutro.

Kraków, Warszawa, a może San Francisco? Dla mnie liczy się przede wszystkim to, by było to miejsce z charakterem. Miasto z klimatem. Miejsce, które wciąż żyje, ale również takie, w którym można na chwilę się zatrzymać, przystanąć i spojrzeć w niebo.

Jakie miasto ma według Was najciekawszą atmosferę? Do którego warto się wybrać?
 
1. Wrocław, Polska

L.U.C., "Kosmostumostów"

I tak tysiące lat okręty wbijały się w Biskupin i Ostrów
kawałki konstruk-cji przerobiono na kładki po prostu
działo się wiele dziwnych rzeczy jak w VI serii lostów
Henio Pobożny niczym kostuch
poparty ufo bił Tatarów na raz po stu
kosmici ubóstwiali słowianki jak na gastrofazie
student worek tostów
i vice versa - w związku z tym
łączyli się w miłości
pomimo różnych postur
Tak powstał Wroclove- ponad nurtowe miasto stu mostów

(Chorus)
Miasto stu mostów domy ma z ufo
własny gwiazdozbiór- wiele za rufą
Miasto stu mostów domy ma z ufo
roztwór tłoczy ponad nurtowe serducho





2. Londyn, Anglia

Benjamin Clementine, "London"

London London London is calling you
What are you waiting for, what you searching for?
London London London is all in you
Why are you denying the truth
I might I might I might be boring you, he said
Although its not clear as the morning due
When my prefered ways are not happening i won't underestimate
who i am capable of becoming






3. Kraków, Polska


a w Krakowie na Brackiej pada deszcz
gdy konieczność istnienia trudna jest do zniesienia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez





4. Paryż, Francja

Zaz, "Paris Sera Toujours Paris"


A Paris, quand un amour fleurit
Ça fait pendant des semaines
Deux cœurs qui se sourient
Tour ça parce qu'is s'aiment, à Paris



5. San Francisco, Stany Zjednoczone

Scott McKenzie, "San Francisco"

If you're going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you're going to San Francisco
You're gonna meet some gentle people there




6. Warszawa, Polska

Karolina Czarnecka, "Stolica" 

Pod Pałacem busiki,
Wysiadają z nich "słoiki",
Jaka piękna ta Warszawa,
Będzie hajs, i love, i sława,
Szczęście na raty,
Na Hali Mirowskiej kwiaty,
Nowe Wspaniałe Światy,

Mamo, chociaż tempo życia mnie zabija,
Zakochałam się w tym mieście i to mi nie mija,
Palma, Tęcza, Plac Defilad – trochę kasy mi się przyda,
- Uważaj kochana – pisze SMSa mama -
Martwię się o ciebie czy nie jesteś tam sama.
Patrzaj w serce i serce miej,
A gdy cierpisz to się śmiej,
Patrzaj w serce i serce miej,
A gdy cierpisz to się śmiej.




7. Nowy Jork, Stany Zjednoczone

Paloma Faith, "New York"

He took my hand one day and told me
He was leaving
Me disbelieving
And I I I I I I I I
Had to let him go

Chorus
Her name was New York, New York
And she took his heart away oh my
Her name was New York, New York
She had poisoned his sweet mind






8. Budapeszt, Węgry

 Geeorge Ezra, "Budapest"

My house in Budapest
My hidden treasure chest,
Golden grand piano
My beautiful castillo



9. Madryt, Hiszpania


Shakira, "Te dejo Madrid"

Ay me voy otra vez
Ahí te dejo Madrid
Tus rutinas de piel
Y tus ganas de huir
Yo no quiero cobardes
Que me hagan sufrir
Mejor le digo adiós
A tu boca de anís

Si ya es hora de limpiar
Las manchas de miel
Sobre el mantel
Yo nunca supe actuar
Y mis labios se ven
Muertos de sed





10. Pekin, Chiny

Tricky, "Beijing to Berlin"

I just
Just a little bit
Chinese stars are not so delicate
She’s sleazy
Said she’s for Beijing
She star to talk
And you must face it
She’s the one
And she knows it!


sobota, 17 października 2015

Pokaż język! Japoński #1: Trzy alfabety w Kraju Kwitnącej Wiśni

fot. Edwin Pijpe, freeimages.com
Chciałam napisać, że wszystko zaczęło się w liceum, ale to nie będzie prawda. Zaczęło się dużo, dużo wcześniej, a konkretnie wtedy, kiedy mając kilka lat maniakalnie oglądałam "Kapitana Tsubasę". 

Pamiętacie Tsubasę? Jeśli nie, to dla przypomnienia: Tsubasa to główny bohater anime "Kapitan Tsubasa". Chłopiec jest zawodnikiem drużyny Nankatsu FC. Potem przyszła moda na mangi, ale nie miałam cierpliwości do kolekcjonowania trzydziestu tomów jednej opowieści i poprzestałam tylko na jednej, czterotomowej, zatytułowanej "Wish". Kilkudziesięciotomowe mangi nie zniechęciły mnie jednak do nauki języka japońskiego. Po roku musiałam przerwać naukę, a dziś mam okazję do tego wrócić. Zachęcam Was do tego, byście też spróbowali.



Japonia jest na liście krajów, które koniecznie trzeba zwiedzić. Ale zanim to się stanie możliwe, trzeba nauczyć się języka. Przypomnieć sobie wszystkie trzy alfabety: katakanę, hiraganę i kanji. Nauczyć się podstawowych zwrotów, umieć się porozumieć na poziomie podstawowym.

To jest do zrobienia. Ja zapisałam się na bezpłatne zajęcia japońskiego - we Wrocławiu takie bezpłatne lekcje języków obcych organizowane są często w Mediatece na placu Teatralnym. Nie jesteś z Wrocławia? Uwierz mi, to nie wymówka. Ostatnio na e-learningowej platformie Coursera natrafiłam na bezpłatny kurs chińskiego. Można? Można. Tylko trzeba chcieć.

W ramach cyklu "Pokaż język!" będę dzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami, związanymi z nauką języków obcych. Zaczynamy od języka japońskiego.


Jestem zdania, że najlepiej języków uczyć się przy pomocy piosenek i bajek, adresowanych do dzieci. Węgierskiego uczyłam się na przykład, oglądając "Krainę lodu" z węgierskim dubbingiem. Trochę bolało, bo węgierski bałwanek Olaf to nie to samo co mistrzowski Czesław Mozil. Zresztą sami porównajcie:





Wspominam o węgierskim, bo niektórzy twierdzą, że pod względem trudności powinien trafić na tę samą półkę co japoński. Czy to prawda? Nie chcę na to pytanie odpowiadać. Na razie skoncentrujemy się na japońskim.

Trzy alfabety, 50 tysięcy znaków

Pierwsza rzecz, jaką musicie opanować, to alfabety. Na początek wystarczy katakana i hiragana. Kanji składa się z 50 000 znaków, z czego najczęściej używa się 2136 (to te oficjalnie uznane przez przedstawicieli japońskiej administracji). Dwa tysiące to jednak i tak dużo, dlatego na poziomie początkującym trzeba przyswoić przede wszystkim katakanę i hiraganę.

I tu znowu sięga się po animacje. Nie ma się jednak czego wstydzić. Język bajek adresowanych do maluchów nie jest skomplikowany, a dzięki tak prostym formom można wiele zapamiętać. Ta metoda działa i często jest stosowana przez nauczycieli, nawet jeśli kurs języka jest dedykowany dorosłym.

Nasz sensei (nauczyciel - przyp.red.) zaprezentował nam na przykład piosenkę, którą dobrze znają dzieci z Japonii. Dzięki animacji łatwiej zapamiętać znaki, zresztą sami zobaczcie:




W kolejnym wpisie z cyklu "Pokaż język" będzie o zmaganiach z hiraganą oraz o tym, dlaczego Japonia jest cool. Podejmiecie wyzwanie? Pouczymy się razem japońskiego? Mam nadzieję, że tak. Do zobaczenia!

Polub na Facebooku