Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżniczy lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżniczy lifestyle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 maja 2017

Bułgaria. Swilengrad. A Ty ile razy zrobiłeś to, czego nie powinieneś?



Swilengrad to mała, bułgarska mieścina. Znaczyłaby pewnie niewiele, gdyby nie fakt, że leży na granicy z Turcją i Grecją i właśnie tam, w Swilengradzie, znajduje się ważne przejście graniczne. Swilengrad jest kluczowym miejscem, bo leży na trasie kolejowej łączącej Stambuł z Sofią, Bukaresztem i Budapesztem. Swilengrad był również dla mnie ważnym miejscem na trasie Ogóra. Od początku nie byliśmy do końca zgodni, czy powinniśmy wtedy wjeżdżać do Turcji, jakieś niecałe dwa tygodnie po próbie zamachu stanu w Ankarze. Ja byłam na nie. Plan był taki: w Swilengradzie się rozdzielamy, a potem łapiemy gdzieś dalej na trasie. Ale to przecież są Podróże bez planu

Spora część ekipy próbowała mnie przekonać, że jest bezpiecznie, że nie będzie żadnych problemów, wjeżdżamy. I widzicie, w czasie tak dalekiej podróży, jakiej wtedy doświadczyłam, dowiadujemy się więcej o sobie aniżeli o innych ludziach. Nawet jeśli podróż ma zgoła inny cel. Ja na przykład właśnie w drodze do Swilengradu zdałam sobie sprawę z takiej cechy charakteru, o której wcześniej nie miałam pojęcia, a mianowicie: gdy ktoś próbuje mnie bardzo mocno do czegoś przekonać, robię wszystko dokładnie na odwrót, a przynajmniej coś gdzieś tam w środku mnie się buntuje. Niektórzy nazywają to niezależnością, inni przekorą, jeszcze inni mówią "rebel style". Ja z trasy do Swilengradu pamiętam wiadomości, które wtedy dostawałam: "Nie wjeżdżajcie", "Ja na Twoim miejscu bym tam nie jechał", a przed rozpoczęciem podróży ogórkiem było nawet: "Błagam, wycofaj się, jeśli Ci życie miłe". Niektóre z tych wiadomości dostawałam od znajomych podróżników, inne od tych, którzy nie byli dalej niż u naszych sąsiadów. To nieważne. Powiem tak: zaryzykuję stwierdzenie, że w środowisku, w którym się obracam, nie ma prawie nikogo, kto zdecydowałby się na tak szaloną podróż, a na pewno nie zdecydowałby się na nią z tak irracjonalnych powodów, jakie wydawały mi się celem mojej podróży Statkiem Miłości.

Dotarliśmy więc do Swilengradu - miasta, które nie różni się specjalnie od jakiegoś polskiego małego miasteczka i w którym można naprawdę w niskiej cenie kupić kebaba, a ludzie są naprawdę mili - i trzeba było podjąć jakąś "męską" decyzję. Byłam pewna, że ja do Stambułu nie jadę i się w tym miejscu rozdzielimy. Ale w Swilengradzie dotarło do mnie, że z całej naszej piątki w zasadzie to ja najbardziej śledziłam doniesienia mediów, sprawdzałam komunikaty na stronie ministerstwa i pytałam znajomych, co sądzą o sytuacji w Turcji. Próbowałam kurczowo trzymać się resztek racjonalności, które we mnie zostały. To był błąd. Czasem trzeba pozwolić popłynąć razem ze swoimi emocjami. Ale dotarło do mnie coś jeszcze. To kilka refleksji z odkrywczej podróży w głąb siebie, którymi chciałabym się z Wami podzielić na łamach bloga:
  • Nigdy nie rób niczego dla kogoś. Wszystko, co robisz, rób dla siebie. Są ludzie (nawet ci, którzy wydają ci się bliscy), którzy będą cię oceniać. Nie dlatego, że chcą dla ciebie źle. Tylko dlatego, że cię nie rozumieją, bo mają inne doświadczenia i inną wrażliwość. Być może nigdy nikogo nie kochali, a być może zapomnieli, jak to jest kochać. Gdzieś kiedyś odpisałam komuś na Facebooku, że wjeżdżamy w imię miłości. Bo przecież to tak ładnie brzmi: peace, love, music  - pokażmy światu, jaką moc ma miłość i pozytyw. Tyle że to skrajny idealizm, któremu dałam się ponieść, bo to nie była żadna komedia romantyczna ani melodramat. Po prostu: jedziesz albo nie. Ryzykujesz albo nie. Wiecie, co w takich momentach jest najbardziej bolesne? Fakt, że to, czy faktycznie coś Ci się stanie i to, jak się czujesz, obchodzi naprawdę niewiele osób. Smutne jest to, że wielu ocenia, a niewielu próbuje zrozumieć. Empatia to jednak rzadki dar w zmakdonaldyzowanym społeczeństwie. Możesz mieć setkę znajomych na Facebooku, kilkudziesięciu obserwujących, ale martwić się o Ciebie będzie garstka osób. Twoi Rodzice, brat, jedna przyjaciółka. Można policzyć na palcach jednej ręki. 


In my shoes just to see
What it’s like to be me
I’ll be you, lets trade shoes
Just to see what it be like to
- Eminem -
  • Szanuj zdanie bliskich Ci osób, ale mimo wszystko idź swoją drogą. Mogłabym poprosić o radę kilkunastu znajomych podróżników, ale co z tego, skoro żaden z nich nie przejechał busem z lat 70. XX wieku dystansu 6600 km? Żaden z nich nie zna się na mechanice, a większość wybrałaby samolot albo Polskiego Busa. Mogłabym też poprosić o wskazówki koleżanki, tyle że żadna z nich nie zdecydowałaby się na - jak to wiele osób z mojego otoczenia określa - tak ekstremalną podróż
  • Naucz się ryzykować. Rok temu napisałabym Wam tutaj pewnie, że warto ryzykować, ale trzeba zachować umiar i zdrowy rozsądek. Po części dalej się z tym zgadzam, po części już nie. Gdyby chcieć zachowywać się zupełnie racjonalnie w czasie jakiejkolwiek wyprawy nikt nigdy nie dotarłby na Mount Everest. Bo przecież nie wie się, jak jest na szczycie, zanim się nie dotrze na szczyt. My też nie wiedzieliśmy, czy sytuacja w Turcji ustabilizuje się, czy przeciwnie - zaogni. W każdej chwili mogli zamknąć granice. Nie da się przewidzieć przyszłości. Ale jeśli nie ryzykujesz, to stoisz w miejscu. Tak w podróży, jak i w życiu.
Gdyby górę wziął zdrowy rozsądek i racjonalność, nie byłoby kolejnej notki o Stambule (a będzie!), a ja pewnie opisywałabym teraz zabytki Swilengradu, w którym kompletnie nic się nie działo. No chyba że by zatrzęsło (a podobno zdarzają się okresowe trzęsienia ziemi w Swilengradzie), Może zobaczylibyście tu zdjęcie Starego Mostu, bo to najważniejsza z atrakcji turystycznych (o ile nie jedyna). Nie napiszę Wam wiele o Swilengradzie - to naprawdę małe miasto, w którym zatrzymaliśmy się jedynie na kebaba. Ale czasem to właśnie w najdalszym zakątku świata, który wcale nie przypomina raju, można zacząć odkrywać siebie.

PS. Zastanawialiście się, ile razy zrobiliście coś, czego nie powinniście? Ile razy pójście za daleko okazało się najtrafniejszym możliwym wyborem? Fakt, ja teraz powinnam nanosić poprawki do pracy licencjackiej na temat autoterapeutycznej roli podróży w życiu bohaterów filmu "Vincent chce nad morze" i bohatera książki Christiana Krachta "Faserland". Zamiast tego dodaję wpis na blogu, bo podróże nauczyły mnie zdecydowanie więcej aniżeli filologiczne studia. Rozwój nie odbywa się na salach wykładowych, rozwijać się można przez podjęcie ryzyka i przełamanie własnych barier. 


Zdjęcie z trasy na Swilengrad (fot. Maciej Margielski). Nazwę miasta możecie zobaczyć na drogowskazie na zdjęciu. A tuż obok nieczynny przystanek - jeśli narzekacie na komunikację miejską we Wrocławiu, to warto przyjrzeć się takim obrazkom z tras w Bułgarii. W Polsce naprawdę nie jest źle! 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Droga do Odessy. Dlaczego podróż jest ważniejsza niż cel?





Jechaliśmy w piątkę jednym samochodem, mając do dyspozycji jakieś pięć metrów kwadratowych. Każdy z nas miał przed sobą tę samą trasę: Ukraina, Naddniestrze, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Macedonia, Kosowo, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Węgry, Słowacja. 6600 kilometrów. Fascynujące jest jednak to, że dla każdego z nas ta podróż oznaczała coś innego. Tak jak tylko dla mnie celem był Budapeszt. W rzeczywistości w czasie podróży to nie cel jest istotny, ale droga i ludzie, których na tej drodze spotykamy. 

Sławek (bo tak w tłumaczeniu na język polski brzmiałoby jego imię) dołączył do nas  na trasie z Kijowa do Odessy (zobacz też: Odessa. Budzimy się, a tam pełno turystów). Próbował złapać stopa, marząc o najpiękniejszym i najwygodniejszym samochodzie, jaki tylko można sobie wyobrazić. I właśnie wtedy zatrzymaliśmy się my - Volkswagen T2, rocznik 1975. Bez klimy, za to z lekko skrzywionym grymasem Boba Marleya i pacyfą. 

Sławek pochodzi z Doniecka - miasta ogarniętego konfliktem. Po niektórych domach został tam już tylko gruz. Wojna zmusiła wielu ludzi do opuszczenia miasta. Znalezienia sobie nowego miejsca na Ziemi albo pozostania w drodze. Sławek był w ciągłej podróży. To, co szczególnie mnie w nim uderzyło, to jego wdzięczność za wszystko, co go spotkało. 

Psychologowie twierdzą, że poczucie wdzięczności jest przepustką do szczęścia. Banał, ale strasznie trudny do zrealizowania. Bo zwykle jest tak, że kiedy wydaje Ci się, że tracisz wszystko, a grunt usuwa się spod nóg, to w pierwszej chwili czujesz niezgodę i bunt. Robisz wtedy wszystko, żeby odwrócić los i zmienić swoje życie tak, by wyglądało jak w bajce: i żyli długo i szczęśliwie. Sławek mógł mieć wiele powodów, by odczuwać frustrację i gniew. On tymczasem całym sobą wyrażał wdzięczność i akceptację. Jakby wiedział, że to, co wydaje nam się rozczarowujące i niesprawiedliwe, wydarza się nam po to, by mogło nas spotkać coś znacznie lepszego. 

Podróże są fascynujące nie ze względu na miejsca, które oglądamy, lecz ze względu na ludzi, których spotykamy po drodze, bo to dzięki nim zyskujemy inne spojrzenie na rzeczywistość. To im powinniśmy szczerze podziękować (ja dziękuję Sławkowi). Bo to oni sprawiają, że przestajemy mieć klapki na oczach i zaczynamy widzieć świat w różowych, a nie czarnych barwach.  



Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu 

Marcel Proust





zdjęcie główne:  Maciej Margielski Photography

czwartek, 15 września 2016

Ukraina. Lwów. Stare łady i włoska pizza




Przez wiele lat broniłam się rękami i nogami przed podróżowaniem na wschód. Bo Zachód był lepszy, bogatszy, bardziej znany, prestiżowy. Bo jeśli kiedyś obserwowałeś sąsiadkę, której regularnie nie starczało do końca miesiąca, to przynajmniej przez jakiś czas wydawało ci się, że czterogwiazdkowy hotel jest lepszy niż podróż na stopa. Głupie i żałosne, ale prawdziwe. Nawet ludzie, którzy chodzą na castingi do seriali paradokumentalnych, idą tam po to, żeby pojechać na Gran Canaria. Gran Canaria, Fuertaventura, Calabria - ładnie brzmi, prawda? Prawda. Nazwy Lviv i Kiev na nikim prawie nie robią wrażenia. A szkoda. Czas to zmienić. 

Na Ukrainie byliśmy zaledwie jakieś trzy dni. To oczywiście za krótko, by móc poznać kulturę, spróbować tamtejszych potraw i złapać tego słowiańskiego bakcyla - takiego żywcem wziętego z teledysku do piosenki "My Slowianie". Natomiast cóż, jeżeli masz przed sobą prawie 7 tysięcy kilometrów, a po drodze 16 różnych państw, to próbujesz chociaż uchwycić odrobinę tego miejsca. Liznąć tego, co najciekawsze, by zorientować się, gdzie chcesz jeszcze wrócić.




Niestety, najkrócej byliśmy chyba właśnie we Lwowie - miasteczko jakże polskie, żydowskie, niemieckie i ukraińskie zarazem. Miasteczko - ba, to największe miasto zachodniej Ukrainy, chociaż idąc jego ulicami późną nocą, kiedy wszystkie knajpy z tradycyjną ukraińską kuchnią są już pozamykane, zupełnie się tego nie odczuwa. Wspominam w tym miejscu o tej tradycyjnej kuchni, ponieważ zachęcona przez kolegów, którzy regularnie odwiedzają Ukrainę, chciałam koniecznie od razu spróbować czegoś typowo słowiańskiego. We Lwowie się to nie udało - ostatecznie wylądowaliśmy we włoskiej pizzerii Da Vinci, która na Trip Advisorze zyskała sobie 3,5 gwiazdki. Pizzeria znajduje się w pobliżu budynku opery i - co w naszym przypadku okazało się bardzo ważne - była czynna przez 24 godziny. I tak, powinnam właściwie rozpisać się w tym miejscu o tym, jak cudna jest ta opera, ale to nie była objazdowa wycieczka z przewodnikiem. Po nieprzespanej nocy w Łodzi, skąd rozpoczęliśmy naszą wspólną podróż, marzyłam tylko o tym, żeby coś zjeść i móc położyć się wreszcie spać. Dlatego szczerze muszę się Wam przyznać, że bardziej niż budynek opery zapamiętałam tamtą pizzerię. Ach, no i stare łady, które widoczne były na każdej lwowskiej ulicy.

Ciekawostką jest to, że jeżeli jedziesz w podróż z fanami motoryzacji, to w każdym mieście bardziej niż na napisy w obcym języku zwracasz uwagę na samochody - i to takie, których się w Polsce nie spotyka. Na Ukrainie standardem były właśnie łady - pojazdy, których produkcja ruszyła w 1970 roku, a więc czterdzieści sześć lat temu. Ogór świetnie wpasowywał się w lwowski klimat, bo był zaledwie pięć lat młodszy (rok produkcji Volkswagena T2, którym miałam okazję podróżować razem z Margielem, Mariem, Zuzą i Jabolem to 1975).

Zobacz też: Ogór. Motoryzacyjne dziecko hipisowskich czasów

I tak, za krótko byliśmy we Lwowie, bym mogła napisać coś więcej o samym mieście. Bardziej niż lwowską starówkę zapamiętałam smak włoskiej pizzy, pierwsze śniadanie na trawie przy Ogórze, mocną kawę, która postawiła mnie na nogi i lwa przy wyjeździe z jednej z ukraińskich stacji benzynowych. Tamten lew przypominał mi trochę dom, bo łatwo go skojarzyć z Pomnikiem Walki i Zwycięstwa we Wrocławiu. Widząc go, momentalnie wpadłam na pomysł, byśmy zrobili sobie przy nim wspólne zdjęcie. Tak, jestem specjalistką od wdrapywania się tam, gdzie nie wolno i robienia sobie zaskakująco dziwnych zdjęć. Na jednej z wystaw dizajnu koniecznie chciałam zrobić sobie zdjęcie w czymś, co w założeniu projektanta miało być chyba krzesłem, ale mi przypominało tunel, do którego można włożyć głowę.

Początki podróży zawsze są łatwe, bo - tak jak w pierwszej fazie związku - pojawia się wiele emocji i czujesz, że odkrywasz coś nowego. Śniadanie i kawa nie jest zwykłym śniadaniem. Jest posiłkiem, który spożywany na łonie natury, daje ci olbrzymie poczucie wolności. Nagle zdajesz sobie sprawę, jak niewiele potrzeba do chwili szczęścia. Z czasem, kiedy musisz zmierzyć się ze zmęczeniem i z samym sobą, a przede wszystkim ze swoimi ograniczeniami, które dobrze znasz i rozumiesz tylko Ty, zaczyna być trochę trudniej. Zachwyt staje się rutyną, by po powrocie zapisać się jako miłe wspomnienie i fotografia w ramce powieszonej na ścianie w Twoim trzydziestokilkumetrowym apartamencie.

Peace, love, music! 



Statek Miłości 2016. Nasza trasa


Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)

Naddniestrze
Kiszyniów (Mołdawia)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Shengjin (Albania)

Kotor (Czarnogóra)
Dubrownik (Chorwacja)
Wodospady Kravica, Mostar (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Słowację
Wrocław (Polska)

Tczew (Polska)
Wejherowo (Polska)




czwartek, 18 sierpnia 2016

Wróciliśmy. Teraz wracamy do rzeczywistości


5 niezwykłych osób, 5 metrów kwadratowych powierzchni samochodu, 6600 kilometrów, 16 krajów - licząc Republikę Naddniestrza i Słowację, przez które tylko przejeżdżaliśmy - to tyle, jeśli chodzi o wyprawę Statkiem Miłości w liczbach. Cofnij: by być precyzyjnym, należałoby jeszcze dodać: tylko 2 awarie i 3 mandaty. Ale nie statystyki są tu najważniejsze. Choć to może właśnie liczby robią na naszych znajomych największe wrażenie. Nie wiem.

Minął już ponad tydzień, odkąd przyjechaliśmy do Polski. Ale powrót do rzeczywistości trwał dłużej. Wyobraź sobie, że nagle pięć metrów kwadratowych w Volkswagenie T2 z 1975 roku zamieniasz na ponadtrzydziestometrową kawalerkę - to przecież już niemal apartament pierwszej klasy! Wyobraź sobie również, że spanie pod gołym niebem, na hamaku, zamieniasz na swoje miękkie łóżko, na którym możesz spokojnie i bez przeszkód praktykować sleep & travel (to określenie mojego sposobu spania w Ogórku - te pięć metrów kwadratowych na dole jest moje, inaczej będę kopać innych przez sen w piszczele). Widok po obudzeniu po powrocie do domu? Zwykły sufit. Gdzie te gwiazdy, przy których zasypiałam i gdzie to słońce, które mnie budziło? Ten powrót do rzeczywistości to jak zderzenie z zupełnie innym światem. Do tego wszystkiego dodajmy szarą codzienność w pierwszych dniach: trzeba iść do serwisu z laptopem, odzyskać plik z dziennikiem z podróży, złożyć wniosek o nowy dowód, pójść na zakupy, bo lodówka świeci pustkami. Innymi słowy: masz do zrobienia to, to i to. Zrób checklistę - inaczej na pewno o czymś zapomnisz. Uwaga: Informujemy, że etap, w którym myślenie sprowadzało się głównie do trzech pytań: gdzie jest bankomat? gdzie jest kantor? gdzie jest kebab? właśnie się zakończył. 

W tym miejscu nasuwa się pytanie, dlaczego nie regionalna kuchnia, lecz zwykły kebab? Powód jest banalny: mieliśmy do przejechania dziennie od 250 do 800 kilometrów, więc po dotarciu na miejsce, czyli do jednego z miast na trasie, byliśmy już głodni i zmęczeni. A czasem było naprawdę bardzo późno, tak jak wtedy, gdy dojechaliśmy do Lwowa czy Kiszyniowa, zatem kebab albo McDonald to była jedyna słuszna opcja na tamten czas. Oczywiście, zdarzyło nam się spróbować także lokalnej kuchni: kosowskiego gulaszu w Albanii, ukraińskiej solyanki (rodzaj zupy) i barszczu (o dziwo na Ukrainie!) oraz tureckiego lahmacun (to rodzaj tamtejszej pizzy) w Macedonii.


Lahmacun, coś w rodzaju pizzy (nie jestem specjalistką w robieniu zdjęć jedzenia, więc wybaczcie, że nie wygląda jak wyjęte z książki kucharskiej, ale zapewniam Was, że było pyszne!)


Nie można też nie wspomnieć o tym, co piliśmy. I choć bus zaaranżowany w stylu hipisowskim na to nie wskazuje, uwierzcie - nie zawsze były to tylko i wyłącznie napoje wysokoprocentowe. W Salonikach, dzięki mojemu przyjacielowi Athanasiosowi, miałam okazję spróbować kawy freddo - to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto kocha Grecję. W takich krajach, jak Grecja czy Albania, kawa na zimno to standard. Na plaży w Albanii na przykład serwowano frappe - zdarzyło się nawet, że wypiłam cztery takie kawy dziennie. Rekordu nie pobiłam, siedmiu kaw podczas ubiegłorocznego Przystanku Woodstock przebić się nie da.


Jeśli chodzi o picie,  nie można też nie wspomnieć o niezwykłej herbacie, którą poczęstował nas Ibrahim na Gran Bazar w Istambule.

Gran Bazar to jeden z największych bazarów w Turcji. Jest tam masa różnych stoisk, sklepików, butików, czego tylko dusza zapragnie. Każdy zachęca do kupna tego, czym akurat handluje. Z Zuzą zatrzymałyśmy się przy herbaciarni, która miała nieco inny klimat niż pozostałe. Mogłyśmy usiąść, porozmawiać z Ibrahimem i mieć poczucie, że to nie jest tylko transakcja typu kupno-sprzedaż, lecz rozmowa, bycie tu i teraz, przeżywanie tej konkretnej chwili. Zostawiłyśmy też tam swój ślad (podpisy na ścianie herbaciarni Ibrahima), ale o wrażeniach z Turcji napiszę jeszcze w osobnym poście. Każdemu z państw chciałabym na łamach bloga Podróże bez planu poświęcić trochę miejsca, bo każde z tych miejsc wnosiło coś innego.

Jedną z zalet takiej wymagającej objazdówki jest to, że w ciągu tych trzech tygodni masz szansę obserwować, jak zmieniają się zwyczaje, krajobrazy, drogi. Zrobiliśmy całą trasę (prawie 7 tysięcy kilometrów), pominęliśmy jedynie Tiranę - zamiast zwiedzania stolicy Albanii wybraliśmy plażowanie w Shengjin. I nie dlatego, że nie dalibyśmy rady, lecz dlatego, że chcieliśmy trochę odpocząć.

Podczas takiej podróży na trasie spotykasz różnych ludzi i każdy - rozmową, słowem, gestem - daje Ci coś innego. Nie, tu nie chodzi o nic materialnego. Chodzi raczej o refleksje, które pozostają po tych spotkaniach.Tak jak po spotkaniu Viacheslava z Doniecka, który wyruszył w podróż z powodu toczącej się wojny, a mimo to wciąż z optymizmem spogląda w przyszłość, będąc wdzięcznym za wszystko, co go spotkało.

-  Life is a journey  -

Takich spotkań było wiele, a najbardziej niezwykłe jest to, że na swojej drodze spotykaliśmy wyłącznie pozytywnych i życzliwych nam ludzi. Na przykład Martę i Cezara. Wracamy do samochodu po zwiedzaniu centrum Kijowa, a tam za wycieraczką czeka nas taka niespodzianka:


I tym sposobem noc w Kijowie spędziliśmy nie w samochodzie, a w mieszkaniu naszych rodaków. Polska gościnność rządzi nawet za granicą.

Co jeszcze - oprócz pamiętnych spotkań - daje taka intensywna i niestandardowa podróż? To, że sprawdzasz, czy możesz przekroczyć granice swojej strefy komfortu. I czasem przekraczasz te granice, choć wiesz, że nie jest to ani logiczne, ani racjonalne. Przekraczasz je dlatego, że podróż takim busem daje poczucie beztroski i wolności. Przez szybę miga ci świat i zastanawiasz się: czego właściwie się boisz i dlaczego.

 To takie mierzenie się trochę z samym sobą, walka ze swoimi słabościami. Bo to nie jest tak, że szukaliśmy wyłącznie przygód, chcąc przeżyć wakacje życia. Tak można by sądzić i tak myśleli o nas czasem celnicy na granicach - pytali na przykład, czy jesteśmy studentami. A my mieliśmy naprawdę szeroki przekrój wiekowy - najmłodsza Zuza ma 19 lat, Jabol - najstarszy z całej naszej ekipy - 38. I tak wciąż wygląda na studenta. Jesteśmy grupą ludzi, stawiających przed sobą wyzwania. Nie tylko podróżnicze, lecz także te emocjonalne, ukryte gdzieś w głębi uwięzionych dusz.

A propos mierzenia się z samym sobą: gdy przebywasz 24 godziny na dobę z tymi samymi ludźmi, z czego sporą część tego czasu spędzacie w aucie na kilku metrach kwadratowych powierzchni, dowiadujesz się wiele nie tylko o swoich kompanach, lecz także o samym sobie. O tym, jak  ogromną masz potrzebę poczucia niezależności, że twój głos przechodzi w pisk, kiedy się denerwujesz, nawet jeśli tego nie zauważasz, czy o tym, że jak pijesz, to wyglądasz jak sfazowany żółw czekający na sałatę (tak mi się spodobało to porównanie, że nie zawaham się go użyć, choć - jak możecie się domyślić - nie ja jestem jego autorem). Co ciekawe, uczysz się też bycia sam ze sobą. To bardzo przydatna umiejętność - zwłaszcza, jeżeli spora część Twojego ja przychyla się do ekstrawertyzmu. Podczas takiej podróży odkrywasz również tę swoją introwertyczną część. Na przykład wtedy, kiedy idziesz z notesem w środku nocy na plażę, by patrząc na fale, szukać odpowiednich słów i przelewać to co czujesz, na papier.

Sprawdziliśmy się - jako kompani, towarzysze doli i niedoli oraz ludzie, na których można polegać. Tak przynajmniej mi się wydaje. Ze swojej strony - pisałam już o tym na fanpejdżu bloga, ale ponieważ jest to pierwszy post po naszej wyprawie, to powtórzę tu na tych łamach - dziękuję Mariuszowi za zaufanie, wspólne torturowanie się na zamku Draculi, genialną jajecznicę i cierpliwość, Jabolowi za życiowe dywagacje, Hackenbuscha i najgłupsze foty ever (poza tym Mario, Arturo - jesteście mistrzami kierownicy i driftingu, dzięki za to wszystko). Gorące dzięki i uściski dla Zuzy za wsparcie, nocne rozmowy, pyszną carbonarę, wspólnie wypalone papierosy i wypity alkohol w walce z demonami przeszłości, a także dla Margiela za zrozumienie, empatię, opanowanie i doskonałe zdjęcia. Część z nich wywołam i powieszę na ścianie. To były najpiękniejsze, najbardziej inspirujące wakacje. Mam wrażenie, jakbym teraz była Alicją w Krainie Czarów i właśnie otworzyła drzwi do zupełnie innej, pięknej krainy. Nie wiem, czy lepszej, ale na pewno pięknej, bo - cytując Boba Marleya -  każda rzecz, nawet najmniejsza, doprowadziła mnie do tego, kim jestem teraz. Rzeczy piękne nauczyły mnie kochać życie. Rzeczy złe nauczyły mnie jak żyć. O miastach, które zmieniają perspektywę, i o ludziach, którzy pokazują Ci inny świat, przeczytacie wkrótce u mnie na blogu. 

Peace, love, music!

Statek Miłości 2016. Nasza trasa

Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)

Naddniestrze
Kiszyniów (Mołdawia)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Shengjin (Albania)

Kotor (Czarnogóra)
Dubrownik (Chorwacja)
Wodospady Kravica, Mostar (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Słowację
Wrocław (Polska)

Tczew (Polska)
Wejherowo (Polska)


Zaprzyjaźnieni:
Statek Miłości - bus w podróży 
Maciej Margielski Photography 


niedziela, 26 czerwca 2016

Lektura do Ogóra! Jakie książki zabrać na wakacje?

Co trzeba zabrać na pokład Statku Miłości oprócz pasty do zębów, stroju kąpielowego i eyelinera? Oczywiście książki. Powstał jednak pewien problem. Ze względu na trudności z pakowaniem i niewielką ilość miejsca ruszamy z akcją "Lektura do Ogóra", czyli czekamy na Wasze propozycje książek, które powinniśmy zabrać ze sobą do Volkswagena T2. W końcu przed nami siedem tysięcy kilometrów w trasie.

Pod uwagę trzeba wziąć trzy kryteria.

1. Nie czytamy kiczu. Zwłaszcza jeśli jest przereklamowany. Innymi słowy "Grey" odpada. Nie udało mi się przebrnąć przez fragment o tym, jak zielony samochodzik wjechał między nogi matki Christiana (dla niezorientowanych to pierwsza strona tej powieści). Tak jak wymiękłam na pierwszym odcinku "House of Cards" po tym, jak Frank zabił psa.

2. Musi być chude. Nie dlatego, że nie jesteśmy w stanie przeczytać czegoś, co ma więcej niż 200 stron. Pozostaje jednak kwestia miejsca w torbie. Rozważałam spakowanie książki pt. "Stambuł był baśnią", tym bardziej że Stambuł znajduje się na naszej trasie. Książka Leviego to jednak prawdziwa cegła - 854 strony to co najmniej jedna para szortów i ręcznik. Odpada.

3. Szukamy rzeczy tematycznych - czegoś, co związane będzie ze Statkiem Miłości. Może być to książka o jakimś muzyku  czy zespole z gatunku reggae, książka podróżnicza o miejscach, do których jedziemy lub też fabuła, której akcja toczy się właśnie w jednym z krajów na naszej trasie.

Moje propozycje? Na pewno "Antydepresanty" Marty Kosakowskiej, a to dlatego, że muzyka Mariki towarzyszyła mi przez prawie cały czas powstawania tego bloga. Żałuję, że książka ukazała się tak późno. Była mi potrzebna na co najmniej pół roku przed premierą. Ważne, że już jest. A na Statku Miłości będziemy Was - tak jak Marika - zarażać optymizmem i pozytywem.

Macie dla nas jakieś propozycje ciekawych książek, jakie powinniśmy zabrać do Ogóra? Podzielcie się nimi w komentarzach albo napiszcie do nas: podrozebezplanu@gmail.com.

Zachęcamy też do szerzenia informacji o wyprawie Statkiem Miłości (zobacz też: Ogór 2016. Lepiej niż woodstock, gorzej niż Big Brother [UCZESTNICY WYPRAWY]).

Nasze hashtagi:
#odferraridoogora 
#podrozebezplanu 
#ogor2016 
#statekmilosci
#peacelovemusic

Statek Miłości. Nasza trasa

Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Tirana (Albania)
Dubrownik (Chorwacja)
Sarajewo (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Czechy i Słowację
Wrocław (Polska)
Wejherowo (Polska)


niedziela, 8 maja 2016

Ogór 2016. Woodstock na kółkach i słów kilka o autentyczności


Mówią, że to niebezpieczne. Odważne. Szalone. Dzikie. Zbyt dzikie, by dało się przeżyć. Mówią, że ryzykuję. Mówią też: jak tak można bez klimatyzacji?

To o naszej wyprawie Ogórem. Tak mówią. Niektórzy dziwią się też, jak można z własnej, nieprzymuszonej woli rezygnować z cywilizowanego prysznica (choć przecież będziemy mieć prysznic polowy, do tego bierzemy specjalne wiaderko na pranie, a żeńska część ekipy nie zapomni o kosmetykach). Mimo wszystko mówią, że to warunki ekstremalne.

Czytaj również: Ogór. Motoryzacyjne dziecko hipisowskich czasów

Ci, którzy tak twierdzą, prawdopodobnie nie wiedzą, czym jest Woodstock. Bo gdybym  miała porównać naszą wyprawę do jakiegokolwiek festiwalu muzycznego, to Przystanek Woodstock jest w tym miejscu pierwszym możliwym skojarzeniem. Bo Ogór wydaje się być takim Woodstockiem na kółkach. Dobra muza, fajni ludzie, spontan, szczere uśmiechy, tyle że kolejki do pryszniców będą zdecydowanie mniejsze. I nie trzeba wstawać o szóstej rano, żeby się umyć o dziesiątej. Cóż więcej potrzeba nam do szczęścia?

Zmęczyły mnie wyjazdy zorganizowane. Chcę przeżyć przygodę życia, mieć niesamowite wspomnienia, doświadczać, odczuwać silnie i prawdziwie. A w wycieczkach typu all-inclusive jest według mnie coś sztucznego. Niby zwiedzasz, niby poznajesz jakichś ludzi, ale to trochę tak, jakby dotykać czegoś w rękawiczkach. Bo trudno o prawdziwe przeżywanie i poznawanie kultury wtedy, gdy masz na głowie przewodnika, który organizuje Twój czas i kolację, na którą trzeba zdążyć,  przecież czeka na Ciebie taka fajna wyżerka. Nie twierdzę, że żałuję tych zorganizowanych wyjazdów. Przeciwnie, jestem wdzięczna, że będąc jeszcze dzieckiem, dzięki Rodzicom mogłam tak wiele zobaczyć. Od jakiegoś jednak czasu szukam czegoś innego. Autentyczności w podróżowaniu. W życiu też - szkoda, że w życiu o nią o wiele trudniej.

Niejednokrotnie to właśnie autentyczność zaprowadziła mnie w tzw. kozi róg. Zwłaszcza wtedy, gdy przyszło się zderzyć z kłamstwem, fałszem, obłudą i hipokryzją ze strony ludzi, którzy mieli być tym tzw. number one. W gruncie rzeczy tym number one zawsze okazują się przyjaciele oraz ci znajomi, po których się zupełnie tego nie spodziewasz. A wystarczy naprawdę niewiele: odrobina chęci, jeden telefon z pytaniem "Jak sobie radzisz?", czasem nawet dwa słowa, by kogoś wesprzeć czy zmotywować.

Nie próbuję siebie zmieniać, w dalszym ciągu, mimo różnych doświadczeń, stawiam na autentyczność i bycie w zgodzie z samym sobą. Dlatego właśnie wybieram ryzyko, polowy prysznic i ten cały Woodstock na kółkach, bo - kolejny raz to na blogu Podróże bez planu zaznaczę - liczą się ludzie, z którymi jedziesz, a nie komfort tej jazdy.

Oglądaliście "Fast and Furious"? Jeśli tak, to wiecie, że:




W nawiązaniu do innej nazwy Ogóra (Statek Miłości) kontynuujemy serię autentycznych historii miłosnych. Takich absurdalnych, ale z życia wziętych. Jeśli cokolwiek jest Wam bliskie lub chcielibyście więcej dowiedzieć się o naszej wyprawie, to zapraszamy do komentowania.

Ogór Love Story


Eks dziewczyna 1: Też opowiadał Ci takie bajki?
Eks dziewczyna 2: Chyba tak.
Eks dziewczyna 1: Nie sprawdzałaś mu telefonu?
Eks dziewczyna 2: Nie, nigdy. Jak jesteś z kimś w związku, to masz do niego zaufanie.
Eks dziewczyna 1: Ja sprawdzałam. Wtedy po raz pierwszy się dowiedziałam, jaka naprawdę jest ta jego "tylko-przyjaciółka" Sara. To nie jest normalne, kiedy przyjaciółka Twojego chłopaka pisze do niego "kocham Cię, mój *******"
Eks dziewczyna 2: Nie jest. Ale ja mu nie sprawdzałam telefonu. Nie wiem, jak było.
Eks dziewczyna 1:  Ani to, że on kupuje jej biżuterię. Mnie kupił tylko buty. Ani to, że ona ma multum jego zdjęć w komputerze. Pewnie ci powiedział, że nigdy z nią nic nie było. I że z nią nie spał. A to gówno prawda.
Eks dziewczyna 2: Mnie kupił tylko jakiś drobiazg w Pradze.
Eks dziewczyna 1: Ostatnio pojechał z nią, "tylko-przyjaciółką" Sarą, do Pragi właśnie, wiesz?
Eks dziewczyna 2: Do Pragi? Ze mną tam był po raz pierwszy... (kilka sekund ciszy, zbieranie myśli) Jest chociaż z nią szczęśliwy?
Eks dziewczyna 1: Tego nie wiem. Ty musiałaś go naprawdę kochać. Może nadal kochasz. Wiem, że boli, ale musisz o nim zapomnieć. Jego słowa nie były nigdy nic warte. Przepraszam, że ci to mówię.
Eks dziewczyna 2: (kilkusekundowa cisza) Wiesz, co boli mnie najbardziej? Nie to, że to się skończyło. Nawet nie to, że sypiał z tą głupią pizdą Sarą. Boli mnie to, że gdybym zmierzyła lotem wieżowiec, on by tylko wzruszył ramionami. Mogłabym nie żyć, a on by się nawet tym nie przejął.
Eks dziewczyna 1: Sara. Co to w ogóle za imię jest? Psom się takich imion nawet nie daje...
Eks dziewczyna 2: Za ten fałsz i kłamstwa powinno się płacić. Albo chociaż zwracać koszty wizyt u psychoterapeuty. Nie ma gorszego bólu niż ten, gdy kochało się kogoś, dla kogo nic nie znaczyłaś.
Eks dziewczyna 1: Podobno jest jeszcze coś takiego jak karma. Karma zrobi swoje i wyreguluje rachunki.

Chcesz podzielić się swoją historią? Napisz: podrozebezplanu@gmail.com
Propagujemy idee peace, love, music. Leczymy złamane serca i uszczęśliwiamy w duchu Boba Marleya!



piątek, 6 maja 2016

Statek miłości. Przewartościować swój świat


fot. Okładka płyty "Nevermind" zespołu Nirvana
Jest taki moment w życiu każdego człowieka, kiedy trzeba przewartościować swój świat. I najczęściej ten moment przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. Nierzadko wtedy, gdy ma się skończone 27 lat. Znacie takie pojęcie Klub27? Nie, nie Blog27, lecz Klub 27. 

Klub27 to termin, który zwykło się stosować wobec najważniejszych postaci w kulturze masowej, które to właśnie w wieku 27 lat złapały doła, sięgnęły po narkotyki i albo przedawkowały, albo po prostu postanowiły skończyć z życiem. Życiem, w którym przyszło im tworzyć smutne piosenki o nieszczęśliwej miłości.

Do Klubu27 mieli więc należeć: Jimi Hendrix, Janis Joplin i Kurt Cobain. To właśnie po śmierci Cobaina zaczęto mówić o Klubie27. Ale na nim się nie skończyło. Do tej grupy dołączyła m.in. Amy Winehouse.


Ostatnio na jednym z portali o tematyce związanej z rozwojem osobistym natrafiłam na tekst, opisujący ludzi wysoce wrażliwych. Do tej grupy bardzo często zaliczają się pisarze, artyści, muzycy. Tacy ludzie przechodzą przez emocjonalne sinusoidy, od stanu, który raper Zeus nazywa hipotermią, a można go po prostu nazwać głęboką depresją albo emocjonalnym dołem po stan ekstatycznej radości. Wiąże się to również z ogromną kreatywnością, jaką charakteryzują się pisarze czy muzycy, o czym pisałam już w innym poście - czytaj również: Przepraszam, że tak pędzę. 10 rzeczy, które zrozumieją tylko ludzie kreatywni). Odnosząc się jeszcze do tamtej notki mogę powiedzieć, że misja "ZWOLNIJ" jest wciąż aktualna. Nadal nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że doba nie ma 48 godzin.

Problem polega na tym, że ludzie o wysokiej wrażliwości we wszystko, co robią, oraz we wszystkie relacje z ludźmi wkładają całych siebie. W języku angielskim jest takie słówko "wholeheartedly". U nas mówi się po prostu, że ktoś kocha lub robi coś całym sercem. I jeżeli angażujesz się w cokolwiek (pracę, związek itp.), to ryzykujesz, że ich utrata będzie boleć. I to nie będzie taki ból, jak wtedy gdy kostką zahaczysz się o próg. To będzie ból, który z czasem minie, ale odciśnie na Tobie jakiś ślad. I kiedy już doświadczysz tej utraty, to jednocześnie zrozumiesz, czym jest pokonanie strachu. Nagle zaczniesz mieć totalnie inne podejście do wielu spraw. Po prostu nie będziesz obawiać się ryzyka. Bo skoro życie podsuwa tak wiele przeszkód, skoro można stracić wszystko, to jaki jest sens bać się ryzyka?

Zainteresowanych tematem specyficznego toku myślenia ludzi wysoce wrażliwych, odsyłam do tego artykułu: Why sensitive people are stronger than you realize? 




Dlaczego o tym piszę? Nie martwcie się - 27. urodziny już za mną, spędziłam je z przyjaciółmi na Festiwalu Kolorów we Wrocławiu. Nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby mierzyć lotem wieżowiec, bo za dużo we mnie życia, energii. Dzisiaj jednak dużo bardziej doceniam znaczenie przyjaźni. Mam wrażenie, że ta prawdziwa trwa wiecznie, potrafi pokonać każdą odległość. W odróżnieniu od miłości - tu zaczynają się schody, bo ludzie kiedyś bardzo bliscy w ciągu sekundy potrafią stać się sobie zupełnie obcy. Ludzi niegdyś bardzo bliskich dzielą nie kilometry, lecz obojętność.

Piszę więc o tym ze względu na fakt, że do ekipy Statku Miłości dołączyłam m.in. chcąc przełamać w sobie pewne bariery związane właśnie ze zrobieniem tego pierwszego kroku, umożliwiającego podjęcie ryzyka (i to się już udało), a trochę po to, by podług tej nazwy nawrócić się na miłość i wiarę w to, że ona istnieje i że jednak warto ufać, dawać kolejne szanse, po raz kolejny otwierać się przed innymi całym sercem. Mam przeczucie, że Bob Marley na głośnikach pozwoli mi spojrzeć na pewne rzeczy z dystansu.  

Niedawno podczas Global Week we Wrocławiu miałam okazję przedstawić prezentację na temat podejmowania ryzyka studentom. Większość z nich nie przekroczyła jeszcze magicznej bariery 27 lat. Tymczasem często, a przynajmniej w moim przypadku tak było, te 27. urodziny stają się okazją do zmiany sposobu myślenia i przewartościowania pewnych rzeczy. Kiedy masz 23-24 lata, wydaje Ci się, że najważniejsze jest to, by wspinać się po szczeblach kariery i mieć pieniądze na ładną sukienkę, perfumy od Diora i loty w kosmos (lub przynajmniej na drugi koniec świata) albo - w przypadku facetów - na luksusowy samochód. Na przykład Ferrari (czytaj również:  Od Ferrari do Ogóra, czyli dlaczego chcę wejść na pokład Statku Miłości?). Kiedy kończysz 27 lat, zaczynasz zdawać sobie sprawę, że to jest g**** warte. Bo nie liczy się marka perfum czy samochodu, bo ważniejsze wtedy zaczynają być relacje z ludźmi. I jestem pewna, że każdy z Was chciałby w tym wieku otaczać się ludźmi autentycznymi, szczerymi. Bo fałsz boli bardziej niż trudna i bolesna prawda. Ja tę autentyczność widzę w ekipie Statku Miłości - chociaż Zuzę i Mariusza na żywo, face to face, widziałam tylko raz. To widać, kiedy ktoś coś robi z pasji i zamiłowania, a nie dla fejmu czy pieniędzy.

Nawiązując do nazwy "Statek miłości", w tym i kolejnych wpisach będę Wam prezentować także tzw. "Ogór Love Story" - dialogi o miłości, krótkie opowieści, które kiedyś się komuś przytrafiły. Jeżeli te historie są Wam w jakimś stopniu bliskie, to zapraszam do komentowania.


Ogór Love Story


- Nie wiem, po co to zrobiłam. To było głupie i nieracjonalne, jak zresztą większość rzeczy.

- Zadzwoniłaś, i co?
- Rozłączył się. Najpierw nie mogłam słowa wydusić, a gdy już wydukałam "cześć", on zapytał: "kto mówi". Myślę, że wiedział, bo czuć było, że jest zdenerwowany. No więc się przedstawiłam. I wtedy się rozłączył.
- Ale gdyby się nie rozłączył i jednak byście się spotkali, to wiesz, co by się stało?
- Co?
- Zrozumiałabyś, że kochasz tylko swoje wyobrażenie o nim. Może on nie jest taki, jak naprawdę o nim myślisz.
-  Tylko wiesz co? Ja zawsze dostrzegam w ludziach to, co dobre. Widzę w nich te lepsze strony. A potem cierpię. Na tym polega mój problem.



wtorek, 2 lutego 2016

Dlaczego dzisiaj trudno o prawdziwe uczucia?

fot. freeimages.com
Pomarszczeni, naznaczeni czasem wsiadają do tramwaju i zajmują miejsca naprzeciwko mnie. Oboje mają prawie po siedemdziesiąt lat, może więcej. Nie narzekają. W ich oczach tli się radość. Wracam z powrotem do lektury książki "Trzynaście powodów", ale zaraz potem staruszkowie rozpoczynają konwersację. Odrywam wzrok i o ile oczom wciąż wierzę, to uszom już nie. 

Starsza pani trenuje taniec. Prawdopodobnie tango argentyńskie albo taniec klasyczny, bo wątpię, by chodziło o taniec z elementami akrobatyki. Za parę dni ma występ. I prosi starszego pana, by to sfilmował, bo chce mieć pamiątkę. Ten po prostu się zgadza. Bez wymówek, bez pustego hasła: "nie mam czasu". Konwersacja ciągnie się dalej. Rozmawiają tak, jakby poznali się przed paroma dniami, chociaż znają się od kilku dekad. W ich wzajemnych spojrzeniach widać szacunek, zrozumienie i empatię dla drugiego człowieka. Ani na chwilę nie milkną.

Tramwaj powoli dojeżdża do mojego przystanku. Wstaję. Zbliżam się do drzwi. W rogu siedzi tleniona blondynka. Trzy paznokcie różowe, dwa limonkowe. Druga dłoń to samo. Tipsy. W ręku trzyma telefon. Przyciskam STOP, tramwaj zaczyna hamować. I wtedy zauważam nick na ekranie wyświetlacza. Blondynka rozmawia na Messengerze z użytkownikiem pod tytułem Łysy Łysy. Być może właśnie do niego jedzie. Być może Łysy Łysy przeleci ją jeszcze dziś. Być może ona będzie krzyczeć: "O kurwa". Po trzech miesiącach się rozstaną. Ona pomyśli o nim "skurwiel", on nazwie ją suką. Bo puściła się z innym. Albo on miał inną na boku.

Dlaczego dzisiaj trudno o realizm uczuć? Bo dzisiaj jesteś tylko Łysym Łysym albo Kotkiem69. A człowiek to ktoś więcej niż jego profil na Facebooku. Dzisiaj masz problem, bo jeśli chcesz realizmu, musisz posiadać odpowiednie zasoby - głównie zdrowie, pieniądze i czas. Jeżeli masz choć jedno z wyżej wymienionych, możesz uważać się za szczęściarza. Niestety prawdopodobnie jak każdy młody człowiek, który spędza przed ekranem monitora więcej czasu niż wyciskając siódme poty na siłowni, nie masz ani zdrowia, ani pieniędzy, ani czasu. I balansujesz na krawędzi, bo myślisz, że wszystkie kobiety są takie jak te puste lalki z Instagrama. Podświadomie pragniesz tego samego, czego pragnął Twój ojciec i dziadek: zrozumienia. Ale go nie dostajesz, bo swoje relacje spłycasz do tego, co znajdujesz w sieci. Bo w sieci na wyciągnięcie ręki masz piękne, nagie modelki. Tyle, że one nie rozumieją Twoich problemów. Nie mają czasu, bo są zbyt zajęte zakupami od włoskich projektantów. Są idealne, ale tylko przez pryzmat monitora LCD. Na co dzień wolałbyś taką z niedoskonałościami, ale taką, z którą można pogadać. O jej ostatnim treningu czy filmie, który razem widzieliście, o życiu. Wtedy zacząłbyś wierzyć, że za kilka dekad bylibyście razem jak ci staruszkowie - dobrzy kumple z iskrą miłości w oczach.

Zobacz też: Tego nie wiecie o mężczyznach, czyli 8 cech nieidealnej księżniczki

Nie bez powodu piszę o miłości. Jest coś takiego jak Statek Miłości i uwaga - nie chodzi wcale o serial na Romance TV. Chodzi o Mariusza i Zuzę - dwójkę młodych ludzi, którzy podróżują czterdziestoletnim ogórkiem. Cudowna inicjatywa, która zachwyciła mnie momentalnie. I mam nadzieję, że choć raz będę mogła do nich dołączyć i poczuć na sobie niesamowitą atmosferę, którą tworzą w swoich wyprawach ogórkiem. A teraz zapraszam Was na pokład Statku Miłości - zajrzyjcie na ich Facebooka i bloga.




piątek, 11 grudnia 2015

WrocLove. To tu jest najpiękniejszy jarmark bożonarodzeniowy

fot. freeimages.com
Był taki czas, kiedy włóczyłam się ulicami Wrocławia i wszystko wyglądało inaczej, bo piękniej. Kwiaty na placu Solnym, Ratuszowy zegar. Taka zwykła, szara codzienność zaczęła nabierać kolorów. Pewnie też przechodzisz codziennie koło tych samych miejsc, ale nie zwracasz na nie uwagi. Bo w gruncie rzeczy to po prostu codzienna droga na uczelnię czy do pracy. Problem polega na tym, że to nie jest nic zwykłego. Tyle tylko że Ty nie dostrzegasz tego, co niezwykłe.


BO TO, CO MASZ, DOCENIASZ DOPIERO WTEDY, GDY TO TRACISZ. ALBO... GDY ISTNIEJE RYZYKO, ŻE TO STRACISZ...


Pewnie wyda Wam się to śmieszne, ale nigdy wcześniej nie cieszył mnie fakt, że sprzątam we własnym mieszkaniu. Teraz cieszą mnie drobne rzeczy. Niestety dostrzegłam je dopiero w dniu, kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nie ma nic pewnego i że nie da się niczego zaplanować. Po prostu się nie da. I kiedy w lipcu zakładałam bloga Podróże bez planu miałam wrażenie, że to wiem. W końcu chodziło o podróże bez planu. Wiecie - Przystanek Woodstock, wypad do Berlina, regularne wyjazdy do stolicy itd. Ale była to tylko iluzja. Ludzie mają tendencję do wmawiania sobie, że panują nad wszystkim, nawet gdy sytuacja wymyka im się spod kontroli. Po prostu przenoszą punkt zaczepienia zamiast ten punkt zaczepienia odkryć w sobie.

Jakiś czas temu czytałam o słynnym jarmarku w Dreźnie. Chciałam pojechać do Drezna, zobaczyć ten tradycyjny Weihnachtsmarkt. Chętnie napiszę Wam o nim kiedyś na blogu. Ale nie dzisiaj, nie w tym roku. Bo nie to jest moim priorytetem. Dzisiaj przechadzam się pośród stoisk wrocławskiego jarmarku bożonarodzeniowego i cieszę się, że zamiast krakowskich obwarzanków i Lajkonika  mam oscypki, konfitury z malin i widok na pomnik Aleksandra Fredry.

Doceniajcie każdą chwile, łapcie zen zamiast czekać, aż sinusoida pójdzie w górę. Tego Wam życzę na święta i cały kolejny rok. Carpe diem.



Wiem, co ogranicza mnie. Nikt inny, tylko ja. [...] Wszystko to, co przegapione, odnajdę w sobie

Girls in Motion 



niedziela, 15 listopada 2015

Pokój dla Paryża, pokój dla świata. Bądźmy solidarni, ale nie tylko na Facebooku

fot. freeimages.com
Nie zmieniłam zdjęcia profilowego na Facebooku. Nie napisałam na swojej facebookowej ścianie niczego, co świadczyłoby o tym, że solidaryzuję się z mieszkańcami Paryża. W social media pewnie powinnam zostać uznana za wyzutą z uczuć. Chociaż tak nie jest. 

Jeżeli jednak nasza solidarność z paryżanami ma się sprowadzać do zmiany zdjęcia profilowego, to jestem na nie. Bo to nie zdjęcia profilowe świadczą o wsparciu i poczuciu solidarności. W końcu obserwując strumień facebookowych postów, zauważyłam, że ci, którzy zdjęć profilowych nie zmieniają, z jakiegoś dziwnego powodu zaczynają się tłumaczyć, dlaczego tego nie robią. To jakiś przymus, żeby napędzać biznes Zuckerberga?

Jeden z dziennikarzy muzycznych, tłumacząc się właśnie, trafnie napisał, że Facebook nie proponuje nam tego, kiedy giną ludzie w Kenii czy w Rosji. Tak jak nie proponował nam tego, kiedy ginęli ludzie w Beirucie, Bagdadzie, kiedy w Libii walczono o wolność.

Karolina z bloga Podróże Dziewczyny Spłukanej mieszka we Francji i pisze tak: "Terroryzm jest problemem XXI wieku. Nikt się w tej sprawie nie wykłóca. Ale terroryści to nie są zdrowi na umyśle ludzie. To nie są uchodźcy uciekający w kierunku obietnicy lepszego życia. To NIE SĄ wszyscy muzułmanie. A Francuzi nie są ślepi i głupi."

Problem imigrantów jest mi bliski z różnych powodów. Nie o wszystkich tu napiszę. Przez jakieś dwa lata mieszkałam w kraju, w którym językiem urzędowym jest język arabski, a 97 proc. osób to muzułmanie. I wśród nich są także lekarze, którzy na co dzień ratują życie innym ludziom.

Zobacz też: Libia. Mój ogród Eden

Nie będę zmieniać zdjęcia profilowego na Facebooku ani wrzucać hejterskich i agresywnych komentarzy o tym, że islam to całe zło tego świata, bo to nie tak. 

Pozwolę sobie zacytować słowa przyjaciela z Japonii - Yujiego, który na co dzień propaguje ideę szerzenia pokoju na świecie.

 Not only for Paris, but we need to pray for this world.
Not only Paris, but nowadays many places so many innocent people
suffer from this world situation.

What we need to do is not to hate each other,
but we need to know that we can love each other.
Love is the only way to make world a better place.

As we love family, sister & brother, we can love the others.
As we thank family, sister & brother, we can thank the other.
As we show family, sister & brother our kindness, we can show the others our kindness.
As we show family, sister & brother forgiveness, we can show the others our forgiveness.
As we show family, sister & brother apology, we can show the other our apology.
As we show family, sister & brother compassion, we can show the other our compassion.

All religions teach us how to make a world a better place, how to make a world a peaceful place from our behavior.
Don't hate anybody because of the differences of religious believes.
Don't hate anybody because of the differences of skin color.
Don't hate anybody because of the differences of way of thinking.

We all have same humanity in our heart, nothing different.
We are all same, I love everybody, I thank everybody, I respect all differences.

Jestem przekonana, że niosąc idee pokoju i miłości, możemy zrobić więcej aniżeli zmieniając zdjęcie profilowe na Facebooku. 

Łączę się w bólu z Paryżem.



czwartek, 29 października 2015

O tych miastach pisze się piosenki. TOP 10


fot. screen za: youtube.pl
Są takie miasta, z powodu których trudno zmrużyć oczy. Są takie, które po prostu nie śpią. Czasem szukam na pustych ulicach znaków, odpowiedzi na pytania, na które nie istnieje gotowa odpowiedź. Nauczyłam się żyć i podróżować bez planu. Nie wiem, gdzie los rzuci mnie jutro.

Kraków, Warszawa, a może San Francisco? Dla mnie liczy się przede wszystkim to, by było to miejsce z charakterem. Miasto z klimatem. Miejsce, które wciąż żyje, ale również takie, w którym można na chwilę się zatrzymać, przystanąć i spojrzeć w niebo.

Jakie miasto ma według Was najciekawszą atmosferę? Do którego warto się wybrać?
 
1. Wrocław, Polska

L.U.C., "Kosmostumostów"

I tak tysiące lat okręty wbijały się w Biskupin i Ostrów
kawałki konstruk-cji przerobiono na kładki po prostu
działo się wiele dziwnych rzeczy jak w VI serii lostów
Henio Pobożny niczym kostuch
poparty ufo bił Tatarów na raz po stu
kosmici ubóstwiali słowianki jak na gastrofazie
student worek tostów
i vice versa - w związku z tym
łączyli się w miłości
pomimo różnych postur
Tak powstał Wroclove- ponad nurtowe miasto stu mostów

(Chorus)
Miasto stu mostów domy ma z ufo
własny gwiazdozbiór- wiele za rufą
Miasto stu mostów domy ma z ufo
roztwór tłoczy ponad nurtowe serducho





2. Londyn, Anglia

Benjamin Clementine, "London"

London London London is calling you
What are you waiting for, what you searching for?
London London London is all in you
Why are you denying the truth
I might I might I might be boring you, he said
Although its not clear as the morning due
When my prefered ways are not happening i won't underestimate
who i am capable of becoming






3. Kraków, Polska


a w Krakowie na Brackiej pada deszcz
gdy konieczność istnienia trudna jest do zniesienia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez





4. Paryż, Francja

Zaz, "Paris Sera Toujours Paris"


A Paris, quand un amour fleurit
Ça fait pendant des semaines
Deux cœurs qui se sourient
Tour ça parce qu'is s'aiment, à Paris



5. San Francisco, Stany Zjednoczone

Scott McKenzie, "San Francisco"

If you're going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you're going to San Francisco
You're gonna meet some gentle people there




6. Warszawa, Polska

Karolina Czarnecka, "Stolica" 

Pod Pałacem busiki,
Wysiadają z nich "słoiki",
Jaka piękna ta Warszawa,
Będzie hajs, i love, i sława,
Szczęście na raty,
Na Hali Mirowskiej kwiaty,
Nowe Wspaniałe Światy,

Mamo, chociaż tempo życia mnie zabija,
Zakochałam się w tym mieście i to mi nie mija,
Palma, Tęcza, Plac Defilad – trochę kasy mi się przyda,
- Uważaj kochana – pisze SMSa mama -
Martwię się o ciebie czy nie jesteś tam sama.
Patrzaj w serce i serce miej,
A gdy cierpisz to się śmiej,
Patrzaj w serce i serce miej,
A gdy cierpisz to się śmiej.




7. Nowy Jork, Stany Zjednoczone

Paloma Faith, "New York"

He took my hand one day and told me
He was leaving
Me disbelieving
And I I I I I I I I
Had to let him go

Chorus
Her name was New York, New York
And she took his heart away oh my
Her name was New York, New York
She had poisoned his sweet mind






8. Budapeszt, Węgry

 Geeorge Ezra, "Budapest"

My house in Budapest
My hidden treasure chest,
Golden grand piano
My beautiful castillo



9. Madryt, Hiszpania


Shakira, "Te dejo Madrid"

Ay me voy otra vez
Ahí te dejo Madrid
Tus rutinas de piel
Y tus ganas de huir
Yo no quiero cobardes
Que me hagan sufrir
Mejor le digo adiós
A tu boca de anís

Si ya es hora de limpiar
Las manchas de miel
Sobre el mantel
Yo nunca supe actuar
Y mis labios se ven
Muertos de sed





10. Pekin, Chiny

Tricky, "Beijing to Berlin"

I just
Just a little bit
Chinese stars are not so delicate
She’s sleazy
Said she’s for Beijing
She star to talk
And you must face it
She’s the one
And she knows it!


czwartek, 1 października 2015

Challenge #1. Siła radości, czyli Światowy Dzień Uśmiechu

2 października obchodzimy Światowy Dzień Uśmiechu. W Polsce uśmiechamy się stanowczo za mało. Czas to zmienić. Mam dla Was wyzwanie. 

Nowojorski Uniwersytet Columbia przeprowadził badania, z których wynika, że najszczęśliwsze narody to: Duńczycy, Norwegowie, Szwajcarzy, Holendrzy i Szwedzi. Ale jako absolwentka socjologii mogę śmiało stwierdzić, że zawsze gdzieś jest jeszcze błąd statystyczny.

Gdzie szukać szczęścia?

Bo co myślisz, kiedy widzisz taki ranking, w którym pierwsze pięć miejsc zajmują najbogatsze państwa Europy? Co - że liczy się pieniądz i dobra opieka społeczna?  Prawdopodobnie tak właśnie pomyślałeś. Dalej zapewnie niesłusznie wnioskujesz, że najwięcej szczęścia czeka Cię tam, gdzie istnieje cywilizacja, czyli w Europie. I tu popełniasz zasadniczy błąd. Bo nasza europejska mentalność jest spaczona przez konsumpcjonizm.

Okej, może większość Duńczyków jeździ rowerem. To samo w Holandii. Ale kiedy przeniesiemy się na nasze polskie podwórko, to zorientujesz się, że dla wielu szczytem marzeń jest dobry samochód. Chcielibyśmy być tak jak Niemcy, bo BMW i porsche to przecież dobre auta, a do włoskich ferrari i lamborghini nam trochę za daleko. I wielu ginie w wyścigu szczurów, marząc całe życie o kupie stali, która potem i tak trafi na złom. A jeśli nie masz prawa jazdy, to i tak wpadasz w europejską machinę konsumpcjonizmu, bo a nuż za chwilę wypuszczą nowego iPhone'a.

Wiecie, dlaczego ludzie w Afryce lub w Indiach są szczęśliwsi od Europejczyków? Dlatego, że nie mają tylu potrzeb. My tutaj, w Europie, bazujemy na oczekiwaniach. Robimy jakieś założenia, plany typu "zbuduj dom, posadź drzewo i kup psa". Oni nie mają oczekiwań. Żyją chwilą, cieszą się tym, co mają tam i teraz. Może te lepianki nie przypominają apartamentów Hiltona, ale to nie ma znaczenia. Liczy się to, że w danej chwili wszyscy są zdrowi i żyją. W Europie takie wartości, jak zdrowie i życie doceni się dopiero wtedy, jak zaczyna być blisko do ich utraty. Smutne, prawda?

Do czego zmierzam: Jeżeli sądzisz, że wyjedziesz do Danii i poczujesz się szczęśliwy, to się mylisz. Ostatnio usłyszałam bardzo słuszne moim zdaniem stwierdzenie: To nie miejsca tworzą ludzi, lecz ludzie tworzą miejsca. Wniosek jest taki, że jeśli nosisz szczęście w sobie, to będziesz czuł się szczęśliwy w każdym miejscu na Ziemi.

Challenge #1. Poślij uśmiech pięciu osobom

Wiecie, że śmiech jest najbardziej zaraźliwą czynnością po drapaniu się i ziewaniu? Jest na to masa dowodów, a najlepszym z nich jest chyba metro w Berlinie. Widzieliście już kiedyś poniższy film? Po jego obejrzeniu nie będziecie mogli zaprzeczyć stwierdzeniu, że śmiech jest zaraźliwy.




Niestety, kiedy ja byłam w Berlinie, to nie trafiłam do tak roześmianego metra (zobacz też relację z mojego wypadu do Berlina: Berlin. To miasto żyje sztuką). Trafiłam za to na kilka artystycznych dusz, dla których ważna była harmonia z naturą.

Nie, nie proszę Was o to, żebyście zaczęli uprawiać jogę i medytować, chociaż podobno to bardzo pomaga w osiągnięciu wewnętrznego spokoju. Wyzwanie polega na czym innym - na rozdaniu uśmiechów pięciu zupełnie obcym i pięciu znanym Wam osobom. Łącznie dziesięć uśmiechów.

To nie jest łatwe, bo może uciekł Wam tramwaj i poza tym wszystko irytuje Was do tego stopnia, że macie ochotę tylko trzasnąć drzwiami i wyjść. Ale przełamcie się. Trzaskanie nie pomaga, a pozytywne wibracje i owszem.




W filmie "Król życia" (film m.in. w repertuarze sieci Multikino i niektórych kin studyjnych) główny bohater twierdzi, że szczęście jest zaraźliwe na odległość 800 metrów, na co jego przyjaciel (w tej roli Bartek Topa) odpowiada: "To za rondem znów mają przesrane!"

Nie pozwólcie, żeby za rondem znów mieli przesrane. Podejmijcie wyzwanie i dajcie potem znać, jak minął Wam Światowy Dzień Uśmiechu :). Smile! :)




sobota, 19 września 2015

Libia. Mój ogród Eden


W 1942 roku 120 tys. polskich uchodźców ze Związku Radzieckiego dotarło do Iranu, gdzie tworzyły się oddziały II Korpusu Polskiego. W tym czasie w Libanie zamieszkało ponad 6 tys. naszych rodaków, spokrewnionych z żołnierzami. Szacuje się, że w latach 70. i 80. XX wieku do krajów, takich jak Irak i Libia przyjeżdżało 30 tys. Polaków rocznie. Na początku lat 90. było podobnie. Wiem, bo w roku 1994 mieszkałam w Trypolisie.

19 września 2015 roku. Setki Polaków, którzy nigdy na oczy nie widzieli kobiety w czadorze, wychodzą na ulice protestować przeciwko islamizacji. Prawdopodobnie 70 proc. z nich nie wie w ogóle, czym jest czador i nie ma bladego pojęcia o arabskiej kulturze. Szlag mnie trafia, kiedy widzę tych nadętych ekspertów w zakresie ekonomii, gospodarki i religii. Co w Was drzemie: patriotyzm czy nacjonalizm? Widzieliście kiedykolwiek modlących się muzułmanów? Jakim prawem twierdzicie, że Arabowie źle traktują swoje kobiety? Czy kiedykolwiek rozmawialiście chociaż z jedną z nich? Nie, nie potrafilibyście nawet powiedzieć "dziękuję" w tym języku. I nie wiecie, że tysiące Waszych rodaków korzystało z arabskiej gościnności jakieś dwie, trzy dekady temu - wtedy, kiedy Polska dopiero stawała na nogi po trudnym okresie PRL-u. W Libii mieszkałam przez ponad rok. W 1993 i 1994 r. Trypolis był moim ogrodem Eden. Takiego ogrodu poszukują teraz uchodźcy z Afryki.

***

- Jest szansa, że pojedziemy do północnej Afryki, do Libii, czujesz to? Masz pojęcie?

Nie czułam tego, w końcu miałam wtedy tylko pięć lat, ale głos mojego brata wyraźnie zdradzał podekscytowanie. - Trzeba przekonać rodziców. Musimy tam pojechać! Idź i powiedz Mamie, że to wielka szansa, żeby zobaczyć jedne z najbardziej niepowtarzalnych miejsc na tej planecie!

- Ale dlaczego ja? - zapytałam, choć sądząc z tonu, wiedziałam już, że szykuje się coś dużego.

- Bo jesteś młodsza. Idź, jak zaczniesz ich przekonywać, to może ciebie posłuchają.

Wątpię, czy argument "bo jesteś młodsza" do mnie trafił. Ale starsze rodzeństwo to autorytet, a pięcioletnia dziewczynka potrafi być wpatrzona w starszego brata bardziej niż w święty obrazek i lalkę Barbie razem wziąwszy. Skoro starszy Brat mówi, że to coś niepowtarzalnego, to pewnie tak jest. Trzeba to Rodzicom uświadomić. Serio, potem jeszcze przez parę dobrych lat myślałam, że podróż do Libii to moja zasługa. W końcu przecież udało się, ma się ten dar przekonywania w wieku lat pięciu.

Dzisiaj niejednokrotnie pytają mnie, czy cokolwiek z tej podróży pamiętam. A ja pamiętam wszystko. Każdy kąt naszego mieszkania w Trypolisie. Pamiętam też palmy, pod którymi się bawiłam. Pamiętam żółwie i wielbłądy. Już wtedy wiedziałam, czym różni się baktrian od dromadera. Pamiętam też, jak poszliśmy na plażę i pierwszy raz w życiu zobaczyłam windsurferów. Na początku lat 90. w Polsce prawdopodobnie można było tylko marzyć o tym, by oglądać coś tak pięknego, nie mówiąc już o tym, że nikogo raczej nie byłoby stać na sprzęt do windsurfingu. I kiedy wróciliśmy z libijskiej plaży, byłam tak zachwycona tą dyscypliną sportu, że jakiekolwiek zabawy w dom odeszły w odstawkę. Następnego dnia bawiłam się w windsurfing, stojąc na podstawce lampy, której pomarańczowy klosz pełnił funkcję żagla, a kabel - linki do trymowania. I tak codziennie, parę godzin treningu na lampie.

- Mamo, patrz, surfuję!
- Wspaniale, Kingusiu!



Ten film nie został nagrany w Libii, ale to chyba najciekawszy film, prezentujący piękno tego sportu


To nie było zwykłe dzieciństwo. W tamtym czasie dziewczynki w Polsce mogły tylko pomarzyć o lalkach Barbie. Na podwórku pod blokowiskiem miały do dyspozycji dwie zardzewiałe huśtawki i piaskownicę. Ja miałam palmy, windsurferów i dwa żółwie na podwórku.

Zakupy robiliśmy w arabskim supermarkecie lub na arabskim targu, na którym można było znaleźć multum błyskotek, przemawiających do natury dziecka. Raz wpadłam na dramatycznie głupi pomysł (choć wtedy wydawało mi się to genialne), że taki targ to idealne miejsce do zabawy w chowanego. Zabawa miała być tym bardziej przednia, że to ja postanowiłam się schować, ale jednocześnie nie miałam zamiaru nikogo informować, że ktoś tu w ogóle chce się bawić. Sytuację miałam pod kontrolą, bo ukryta pod stertą arabskich dywanów wszystko widziałam i podekscytowana tylko czekałam, aż ktoś mnie zacznie szukać. Możecie sobie wyobrazić przerażenie na twarzach rodziców. Równie przerażony był arabski sprzedawca, który zaraz po tym, jak wyskoczyłam spod stołu z dywanami z okrzykiem "Tu jestem", dał nam solniczkę w kształcie kota i parę innych rzeczy. Zabawa w chowanego okazała się prawdopodobnie najlepszą metodą dobijania targu, ale nigdy więcej tego nie próbowałam. Dostałam szlaban na zabawy w chowanego w takich miejscach.

W wieku pięciu lat jadłam shoarmę, liczyłam po arabsku i widziałam kobiety w burkach. Nawet w najgorszym upale, wchodziły do morza w pełnym stroju. Czasem obserwowałam je z balkonu. Trudno było mi wtedy zrozumieć, dlaczego nie możemy im zrobić zdjęcia. Dzisiaj już wiem, dlaczego. Uczono mnie, jak powiedzieć "dzień dobry" i "dziękuję" w języku arabskim. Dostawałam tamtejsze bajki i nawet jeśli nie znałam dobrze arabskiego, to chociaż oglądałam obrazki. Bo po polsku bajek nie było. Były za to te, które czytało się od prawej do lewej. Czekajcie. Zapomniałam o "Starej Baśni", z którą mój brat męczył się w szkole dla dzieci polskich imigrantów. Była tak nudna, że czytał mi na głos, a ja do dziś pamiętam fragment, w którym bohaterowie upijali się miodem.

W Libii pod rządami Kaddafiego nie było łatwo. Kraj trawiła korupcja, Arabowie mieli swoje problemy. Ale nie pamiętam jakichkolwiek agresywnych gestów ze strony tamtejszych mieszkańców. Pamiętam za to zwykłych, życzliwych ludzi, gotowych do niesienia pomocy w trudnych sytuacjach. Pamiętam arabskich lekarzy, do których jeździliśmy. Trypolis przez ponad rok był moim domem. Budziliśmy się o świcie, bo słyszeliśmy muezina, nawołującego wiernych z minaretu pobliskiego meczetu. Ale szanowaliśmy arabską kulturę, tak odmienną od naszej. Dzisiaj wstyd jest mi za rodaków, którzy stosują mowę nienawiści wobec osób szukających nowego domu w Europie. Jest mi zwyczajnie, po ludzku, po prostu wstyd.

W roku 1993 miałam tylko pięć lat. Mieszkałam na innym kontynencie, w zupełnie obcej kulturze. I czułam się beztrosko. Wtedy byłam dzieckiem z milionem szalonych pomysłów i okularami przeciwsłonecznymi w żółtych oprawkach. Dzisiaj jestem kobietą z milionem szalonych pomysłów, tylko okulary noszę już inne.





piątek, 18 września 2015

Film "Everest". Podróżników nie da się zatrzymać

Egoizm czy pasja? Wyzwanie czy hazard? Lans, potrzeba wiecznej chwały, a może po prostu miłość do gór?  Zdecydowanie to ostatnie, a nie żaden pusty snobizm.

fot. materiały prasowe

 "Czuję się tak, jakbym był jakimś młodym gitarzystą z początkującego zespołu i zagrał razem z Mickiem Jaggerem i Rolling Stonesami na pełnym stadionie Wembley" - pisał Tomasz Kowalski 16 stycznia 2013 roku na swoim blogu. Pisał też o tym, że zawsze ma plan B i wierzy w szczęśliwe zakończenia. Ale tym razem nie było happy endu. Trzy dni po zdobyciu Broad Peak, 8 marca, Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka, zostali uznani za zmarłych.

Dlaczego wspominam o tym właśnie po obejrzeniu "Everestu"? Bo pamiętam, jak śledziłam relacje z wyprawy na Broad Peak. W nocy, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o problemach polskich himalaistów, przejrzałam chyba wszystkie możliwe portale, trafiłam też na blog Tomka.

W górach rozgrywają się największe życiowe dramaty. Tragedie, o których wielu internautów ma blade pojęcia albo nie ma go wcale. Komuś, kto siedzi przed monitorem i jego największym hobby jest zbieranie znaczków, łatwo jest powiedzieć: "Egoista. Zostawił bliskich i poszedł w góry po odrobinę chwały. Co za snobizm". Jeszcze łatwiej im komentować to, dlaczego pozostali dwaj nie wrócili po tych, którzy zostali w tyle. Hejting w najbardziej subtelnej wersji, bo tej mowy nienawiści w kierunku polskich himalaistów po Broad Peaku było niewyobrażalnie dużo. I przykro było na to patrzeć. Bo autorów tych wszystkich nienawistnych wypowiedzi tam, na miejscu, nie było.

"To nie jest wjazd na Gubałówkę czy gra w badmintona. Każdy, kto chce zmierzyć się z górami, musi się liczyć z tym, że może tam go spotkać najgorsze. To jest rodzaj uzależnienia. Nie znam osób, które by zrezygnowały ze wspinania. Człowiek czasami wraca myślami do dramatów, ale trzeba zrozumieć, że góry to sposób na życie" - powiedział mi Krzysztof Wielicki w wywiadzie, jaki przeprowadzałam dla MM Wrocław. W innej rozmowie powiedział jeszcze coś: "To jest pasja. Z pasją się umiera".

I kiedy będziecie oglądać film "Everest", zobaczycie nie tylko zmagania wspinaczy, zobaczycie
fot. materiały prasowe
przede wszystkim ludzkie dramaty. Mężczyznę, którego media uznały za zmarłego, a który cudem przeżył, ale i mężczyznę, który nigdy nie pozna swojego dziecka. Kobietę, która z niepokojem czeka na telefon z bazy i kobietę, która poświęci wszystko, by ściągnąć cudem ocalałego męża na dół.

Jeden z bohaterów filmu na pytanie, dlaczego się wspina, odpowiada "Bo jest". Tak, Everest istnieje. Skoro taki cud istnieje, to dlaczego go nie zdobyć? Skoro istnieją na Ziemi tak piękne miejsca, to dlaczego ich nie zobaczyć? To sposób myślenia prawie każdego podróżnika. Chcemy doświadczać, chwytać momenty, cieszyć się daną chwilą. To pewien styl życia, który wyzwala potrzebę ciągłego odkrywania. I nawet jeśli cieszą Cię powroty do domu, to z czasem znowu gdzieś Cię gna.

Everest mnie przeraża. Nie dlatego, że nie mam tak jak Beck z filmu Baltasara Kormákura 65 tys. dolarów. Po prostu nie mam obecnie ambicji, by ryzykować do tego stopnia. Mimo to skrywam wiele podróżniczych marzeń. Również drogich, choć może nie aż tak, i również dalekich.

I gdybym na swojej drodze spotkała nagle kogoś, kto powiedziałby mi, że chce się wspiąć na Everest, nie próbowałabym go zatrzymać. Nie wyzywałabym od egoistów. Starałabym się raczej docenić pasję, zaangażowanie i determinację, bo bez tych rzeczy nie da się wspiąć na żaden szczyt. Ani osiągnąć żadnego sukcesu.

Dlaczego tak bardzo przemawia do mnie zdanie "z pasją się umiera"? Bo tego się nie da zatrzymać. Problem polega na tym, że wspinanie się na ośmiotysięczniki generuje znacznie większe ryzyko. Ryzyko zagrożenia życia. Nazwijmy to wprost: ryzyko śmierci. I dlatego właśnie padają te okrutne, niesłuszne zarzuty o egoizm. Bo to nie jest egoizm, tylko pasja.

Ponadto góry dają poczucie zbliżenia się do natury. Zbliżenia się do czegoś, czego na co dzień mamy coraz mniej. Ile godzin dziennie spędzacie przed monitorem? A kiedy ostatni raz byliście na spacerze? Zadajcie sobie te pytania. Wniosek okaże się prosty: góry to wolność. I podkreślmy to raz jeszcze: pasja.

Moją pasją jest pisanie, to już wiecie. Ale nie pracuję w roli korespondentki wojennej, więc nikt o egoizm mnie raczej nie oskarży. Media to też adrenalina, ale nie aż taka jak wtedy, kiedy stoisz nad przepaścią. Mimo to wiem już niestety, jak bardzo boli, kiedy ktoś próbuje Cię zniechęcić do czegoś, co Cię nakręca. Jak boli fakt, że ktoś chce Cię zatrzymać, a Ty wiesz, że po prostu nie potrafisz, bo multi level marketing to nie kolejny wywiad. Spotkacie na swojej drodze różnych ludzi. Tyle że jedni rozumieją i akceptują pasję (oni będą przy Was zawsze), a inni po prostu wezmą Was za wariatów. Albo za egoistów. I trzeba się z tym pogodzić.



poniedziałek, 14 września 2015

Co warto kupować podczas podróży i jak nie marnować pieniędzy?

Podobno zodiakalne Panny są praktyczne, oszczędne i dobrze zorganizowane. Do mnie pasuje tylko pierwsza z tych cech. M.in. dlatego nie wierzę w horoskopy. I nie znoszę pełni księżyca. Ale nie o horoskopach dzisiaj. Ani nie o samospełniających się przepowiedniach. Dzisiaj będzie właśnie o... praktycznych zakupach podczas podróży. 


"Weź więcej pieniędzy, najwyżej nie wydasz" - tak, tak, na milion procent wydam, powinnam mieć odliczone tak, by ledwo starczyło na bilet. Rezerwa finansowa w podróży dla kobiety takiej jak ja to utrapienie. Nie, nie jestem konsumpcjonistką. Raczej idealistką, która lubi napawać się widokiem zachodu słońca nad morzem, źrebaków na wsi i promieni odbijających się w zbożu. Ale nie zmienia to faktu, że wciąż jestem kobietą. A kobiety uwielbiają zakupy.



Zamiłowanie do odkrywania nowych miejsc wpoili mi Rodzice. W dzieciństwie z każdego nowego zakątka świata przywoziłam a to kamyczek z kopenhaską syrenką, a to wieżę Eiffle'a z Paryża, a to jakiś gadżet z nadmorskiego straganu w Świnoujściu. W końcu zrobiło się tego tyle, że po przeprowadzce części z tych pamiątek po prostu byłam zmuszona się pozbyć, nawet mimo tego, że mają dla mnie olbrzymią wartość sentymentalną. I dzisiaj, kiedy gdzieś jadę, ograniczam tego typu zakupy. Kupuję za to rzeczy, które są dużo bardziej praktyczne i których zadaniem jest coś więcej niż stanie na półce.

Co warto kupować podczas podróży? 

1. Książki

Książki to jedna z rzeczy, które kupuję rzadko, bo uwielbiam czytać do tego stopnia, że czasem naprawdę tonę w literaturze. Ale pokusa kupienia książki nieraz okazywała się silniejsza ode mnie. I tak na przykład ze Szkocji przywiozłam opowieści o duchach, a z Berlina książkę o modzie. Tytuł ("Why fashion matters?") zaintrygował mnie do tego stopnia, że nie zdążyłam się nawet zorientować, jak to się stało, że znalazłam się przy kasie. A każdy dziennikarz wie, że dobry tytuł to połowa sukcesu.




Szkocja słynie z przepięknych zamków. Każdy, kto tam był, powinien o tym wiedzieć. Jeden z najbardziej znanych znajduje się w Edynburgu, choć mnie szczególnie przypadł do gustu Dunvegan Castle i Duntulm Castle. W Duntulm na pewno straszy, bo według legendy z okna tego zamku wypadło niemowlę. Ogromne wrażenie robią także ruiny zamków Girnigoe (XV wiek) i Sinclair (XVII wiek). Nie mogłabym też nie wspomnieć Wam o Carbisdale Castle. Pobyt w zamku Carbisdale był czymś niesamowitym, bo w tym zamku można przenocować. Spanie na zamku dla nastolatki, a miałam wtedy naście lat, jest niezwykłym przeżyciem. I sami powiedzcie, jak po takiej podróży nie kupić książki z opowieściami o duchach?





2. Obrazy, fotografie, reprodukcje

Czyli słowem wszystko, co możecie powiesić na ścianie. Kiedyś totalnie nie zwracałam na takie rzeczy uwagi. Dzisiaj brakuje mi już ścian. Jeden z papirusów musiał odejść w odstawkę, bo zabrakło dla niego miejsca po tym, jak dostałam kalendarz od Panthers Wrocław. Wciąż jeszcze nie wiem, gdzie powiesić reprodukcję fotografii Mario Testino. Uwielbiam zdjęcie poniżej tak jak uwielbiam malować paznokcie na czerwono lub czarno.



Zobacz też: Plany? Czasem nawet plan miasta nie pomaga

Kiedy masz już jakiś własny kąt, chcesz nadać mu kolorów, pragniesz choć trochę ożywić przestrzeń. Obrazy i fotografie idealnie się do tego nadają. A zakup reprodukcji zdjęcia z wystawy będzie przypominał Ci o takim wyjeździe, tak jak płyta CD ulubionego wokalisty przypomina o wspaniałym koncercie (I see fire, Ed!). I od razu chcę odeprzeć Wasze zarzuty: nie piszczałam na koncercie  Sheerana :)




3. Zegar

Podobno szczęśliwi czasu nie liczą, ale zegar - o ile nie będzie kiczowaty - Wam się przyda. Ten, który możecie zobaczyć na zdjęciu obok kupiłam podczas pobytu w Figueres, mieście w północno-wschodniej Hiszpanii. Znajduje się tam Muzeum Salvadora Dali. Ci, którzy zaglądają na bloga regularnie, wiedzą już, że mam bzika na punkcie sztuki (to także zawdzięczam swoim Rodzicom). Tak to jest, jeśli w wieku 10 lat oglądasz w Luwrze Nike z Samotraki.

Jeżeli przydałby Wam się nie tylko zegar, ale i budzik, to gorąco polecam jego zakup w krajach, takich jak Libia,Turcja czy Tunezja. Na arabskim targu z łatwością dostaniecie budzik, który obudziłby umarłego. Tylko że z głośników będzie dobiegał głos muezina. Weźcie pod uwagę dziwaczne reakcje Waszych sąsiadów.  Ale szczerze mówiąc, ja do dziś nie mogę odżałować, że nie mam już takiego budzika. Był gwarancją dobrej pobudki. A moim sąsiadom chyba wszystko jedno, czy z głośników słychać muezina czy Within Temptation.

4. Kosmetyki

Skoro już jesteśmy w krajach arabskich, to kolejną rzeczą, którą trzeba polecić, są kosmetyki. Naturalne, bez chemii, bogate w witaminę E i kwasy Omega-6 są gwarancją piękna. Najbardziej klasowe to te z Maroko.

Ale uwaga! W Europie też coś się znajdzie. Jeżeli lubicie zapach róż, to koniecznie powinniście udać się do Bułgarii, która z róż słynie. W mieście Kazanluk znajduje się nawet Muzeum Róż.

Raj dla prawdziwych kobiet. Pamiętajcie jednak, że zawsze przed zakupem warto zapytać o skład. Tym bardziej, że ostatnio w kosmetyce triumfy święcą preparaty na bazie... spermy byka i odchodów słowika. Serio.

5. Biżuteria

To jest coś, przed czym nie potrafię się powstrzymać. Zakup biżuterii podczas podróży to jednak nie tylko piękna pamiątka, którą założycie jeszcze nieraz, lecz także wspieranie lokalnych producentów. Moim zdaniem absolutnie warto.



6. Rzeczy z cyklu: to się przyda w kuchni

Moja kuchnia to kilkanaście różnych państw świata. Ręcznik z Korsyki, ściereczka z Chalkidiki, kubek z Berlina, kubek z Londynu i wiele, wiele innych. Zapomniałam. Jest jeszcze podstawka z wizerunkiem Boba Marleya znad polskiego morza.

Kuchnia jest ważnym miejscem w domu, ponieważ to właśnie tutaj wyczarowujemy najpiękniejsze smaki. A poza tym należę do osób, które uwielbiają eksperymentować z potrawami z różnych zakątków świata. I co gorsza, uwielbiam gotować.

Naprawdę powinnam wszędzie jeździć z pustym portfelem, bo Grecja to niezwykłe miody z orzechami (smakuje jak ambrozja na Olimpie), Afryka to produkowane fair trade czekolady i kawa, a Turcja to chałwa, której nie można się oprzeć. W każdym z odwiedzanych państw szukam kulinarnych inspiracji. Na razie wszystkie eksperymenty zaliczam do udanych (czytaj: nikt się jeszcze nie zatruł).

Jedną z moich ulubionych potraw jest kukul mus curry, dobrze znane na Sri Lance, choć tam mnie dotąd nie było. Uwielbiam też kuchnię włoską i  nie chcę się chwalić, ale spaghetti bolognese robię podobno lepsze niż rodowici Włosi.

I szczerze Wam powiem, że lepiej mi się gotuje, kiedy patrzę na Boba, przypominającego mi nasze piękne, polskie Sianożęty i na kubek z czerwonym, piętrowym busem, dzięki któremu wracam wspomnieniami do pobytu w Londynie. Taka podróżnicza kuchnia to naprawdę magiczne miejsce.



7.  Buty i odzież

Założycie nieraz, a będą Wam przypominały mile spędzone wakacje. Jak każda kobieta mam słabość do butów i torebek. A najpiękniejsze buty i torebki znajdziecie, wiadomo, we Włoszech. Ale nie tylko. W Polsce też można kupić naprawdę fajne buty. Dlatego poniższe zdjęcie to z mojej strony małe oszustwo, które już oszustwem nie jest, bo się do niego przyznaję. Moje ulubione szpilki są z Polski. Koniec, kropka.



8. Najpiękniejsza pamiątka to czasem ta znaleziona. Samemu

Nic tak nie cieszy jak piękna muszelka znaleziona podczas spaceru brzegiem morza czy kawałek zastygniętej lawy z wycieczki na Etnę. A widzieliście kiedyś kamień z dziurką w środku? Czasem pamiątki znalezione samemu, podniesione i otrzepane z piasku, wywołują najwięcej pięknych wspomnień. To też jest bardzo ważne. Jestem sentymentalna. Trzymam takie rzeczy.



9. Czasem rzucam w kąt praktyczność i się łamię

I wtedy kupuję właśnie to, co będzie stało na półce. Ale widocznie owo miejsce mnie tak zauroczyło, że nie potrafiłam się powstrzymać. Tak było z Sagradą Familią, tak było z Kretą i Rodos.

Gdybym mieszkała w Grecji, to w ogóle prawdopodobnie bardzo szybko stałabym się bankrutem, bo mam ogromną słabość do popiersi greckich filozofów i olimpijskich bogów.

A jeśli do tego miejsce jest ważne nie tylko ze względu na jego piękno, jeśli gdzieś pojawia się ta tajemniczość, tak jak w przypadku Montserrat i Lluc, to tym bardziej trudno się powstrzymać.

I chociaż nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce i daleko mi do głębokiej wiary (o czym świadczy choćby niewłaściwe umiejscowienie pocztówki, ale zwróciłam na to uwagę dopiero po zrobieniu poniższego zdjęcia), to takie miejsca mają dla mnie pewną symbolikę. I są dla mnie ważne.



10. A kiedy bardzo, ale to bardzo chcę gdzieś pojechać...

... to wpatruję się przed snem w pamiątkę przywiezioną mi z tego miejsca przez kogoś innego. Wyobrażam sobie piękne krajobrazy Meksyku i siebie tańczącą na meksykańskiej plaży. I wtedy jestem pewna, że kiedyś naprawdę pojadę do Cancún.




Polub na Facebooku