niedziela, 11 czerwca 2017

Turcja. Stambuł. Hagia Sophia. Jak odkryć w sobie odwagę?

Są podróże, które zmieniają ludzi. Są też ludzie, którzy wskazują nam na to, kim jesteśmy naprawdę. I są też miasta, w których zdajemy sobie sprawę z tego, po co to wszystko się wydarzyło. Stambuł był jednym z nich. 

Od początku nie chciałam jechać do Stambułu. Tydzień po puczu w Ankarze internautów można było podzielić na dwie grupy: tych, którzy dostrzegali realne zagrożenie i tych, którzy uważali medialne doniesienia za mocno przesadzone. Nie należałam do tych ostatnich. I przyznam się szczerze: ja się bałam.

W związku z próbą zamachu stanu w Turcji, która miała miejsce 15 lipca 2016 r. oraz z wprowadzeniem stanu wyjątkowego z dniem 21 lipca br. na okres 90 dni na terytorium całego kraju, Ministerstwo Spraw Zagranicznych kategorycznie odradza wszelkich podróży do tego kraju do czasu zakończenia stanu wyjątkowego - można było przeczytać komunikat na stronie MSZ. - Obywatelom polskim przebywającym aktualnie w Turcji zalecamy zachowanie najdalej idącej ostrożności, unikanie wszelkich zgromadzeń w miejscach publicznych, bezwzględne stosowanie się do zaleceń władz tureckich i organizatorów pobytów turystycznych oraz pełne przestrzeganie ewentualnych ograniczeń wprowadzanych na podstawie decyzji ws. stanu wyjątkowego. W czasie trwania stanu wyjątkowego należy zawsze mieć przy sobie dokument tożsamości. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca również bieżące monitorowanie sytuacji bezpieczeństwa w środkach masowego przekazu oraz na stronach internetowych urzędów w Ankarze oraz Stambule, jak również dokonanie zgłoszenia podróży w systemie Odyseusz. 

Ostatecznie nie zarejestrowaliśmy się w Odyseuszu, zabrakło czasu podczas przygotowań (choć być może powinno stać się to priorytetem). I kiedy przekraczaliśmy granicę z Turcją, to tak, ogarnął mnie strach. Strach, na który złożyło się wiele wątków (nie tylko kwestia wjazdu do Turcji). Zresztą początkowy plan był taki, że w Swilengradzie mieliśmy się rozdzielić. Ale największe obawy pojawiły się dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że muszę to wszystko zrobić wyłącznie dla siebie. Bo czasem jest tak, że ci, na którym nam zależy, wykazują obojętność zamiast empatii. Ale o tym, że tych, którzy staną za Tobą murem, można policzyć na palcach jednej ręki pisałam w poprzedniej notce (zobacz też: Bułgaria. Swilengrad. A Ty ile razy zrobiłeś to, czego nie powinieneś?).

Ostatnio na zajęciach języka włoskiego mieliśmy za zadanie opisać swoje wakacje. Opis podróży Statkiem Miłości zajął mi siedem stron, za to wiem na przykład, że wycieraczki samochodowe to tergicristallo. Po ustnym zaprezentowaniu opisu swoich wakacji, czyli podróży Statkiem Miłości, usłyszałam od prowadzącej: "Jest Pani bardzo odważna". Naprawdę? Nie dowierzałam.

Nie dowierzałam, bo starałam się zachować resztki racjonalności. Sam pomysł i decyzja pt. "chcę pojechać z Wami Statkiem Miłości, całą trasę aż do Budapesztu" to był impuls. Impuls, który nie był wcale wynikiem odwagi, raczej irracjonalnego myślenia i poczucia, że nie mam przecież nic do stracenia. Tak mi się przynajmniej wydawało.

***

Stambuł.Wysiedliśmy z samochodu, było dobrze ponad 30 stopni, a ja miałam na sobie długie spodnie i zasłonięte ramiona - wszystko z poszanowania dla tamtejszej kultury, jak też po to, by nie rzucać się specjalnie w oczy. Jak mówią: safety first. Zresztą, za chwilę mieliśmy zwiedzać Hagię Sophię. I chociaż dzisiaj jest to tylko muzeum, to czuć, że to miejsce święte, symboliczne.

Stambuł. Hagia Sophia.Tam drzemie historia

Kiedyś świątynia chrześcijańska, później meczet, dziś już muzeum, w którym da się odczuć mieszankę wielu różnych kultur i spojrzeń. Wnętrze Hagii Sophii ma w sobie jakąś tajemnicę. Coś, co kryje historia i czego być może nigdy się nie dowiemy. Jeżeli podobają Wam się miejsca, które zawierają w sobie jakieś sekrety, to Hagia Sophia jest z pewnością jednym z nich. By dowiedzieć się, co stoi za tajemniczością tego miejsca, sięgamy do historii.



Hagia Sophia (tur. Ayasofya) powstała w latach 532-537 (w takim kształcie, jaką znamy ją dziś, bo naprawdę powstała dwa stulecia wcześniej). Tak, ten niezwykły zabytek ma około 1500 lat! Aż dziw, że wciąż stoi. Początkowo była to świątynia chrześcijańska, znana pod nazwą Kościół Mądrości Bożej. Ufundował ją Justynian I Wielki, któremu zawdzięczamy też inne monumentalne budowle, np. Kościół San Vitale w Rawennie. Po otwarciu Hagii Sophii miał powiedzieć: "Salomonie, prześcignąłem cię". I trudno się dziwić, bo Hagia Sophia  i  jej potęga naprawdę robią wrażenie. Po tym, jak Konstantynopol zajęli Turcy, czyli w 1453 roku, zamieniono ją w meczet i to właśnie wtedy dobudowano minarety.

Naprzeciwko postawiono Błękitny Meczet, który miał przyćmić blask Hagii Sophii. Czy przyćmił? To każdy, kto był w Stambule, powinien ocenić sam.

 Na tle Błękitnego Meczetu

To, na co warto zwrócić uwagę w Hagii Sophii to niezwykła architektura i przepiękne mozaiki. Średnica podstawy kopuły wynosi na krótszej osi 31,2 m, na dłuższej - 32,8. Całkowita wysokość to 55,6 m. Obiekt łączy w sobie elementy bazyliki i budowli na planie centralnym (71 na 77 m). To oczywiście tylko liczby, ale kiedy spaceruje się we wnętrzach świątyni, trudno nie odczuć potęgi tej budowli.



Posadzki i podstawy kolumn wykonano z marmuru. Wrażenie potęgują solidne filary i - to, co mi zapierało dech w piersiach - medaliony z kaligrafią arabską (łącznie w całej świątyni jest ich osiem). Inskrypcje arabskie przedstawiają imiona Allaha, proroka Mahometa, czterech pierwszych kalifów oraz dwóch wnuków Mahometa.

 Jeden z medalionów

Oczywiście nie można nie wspomnieć o przepięknych mozaikach. Mnie najbardziej ujęła Deesis, czyli mozaika przedstawiająca Chrystusa Pantokratora (w ikonografii Chrystus Pantokrator to władca Wszechświata, zawsze z otwartym Pismem Świętym i jedną dłonią uniesioną do góry). Deesis w Hagii Sophii pochodzi z XIII wieku (niektórzy badacze twierdzą, że prawdopodobnie mozaika powstała w 1261 roku). To kolejny element układanki tajemnic Hagii Sophii - mozaika została zniszczona i figury Chrystusa nie widać w całości. Możemy rekonstruować ją we własnej wyobraźni. Po bokach (postaci Chrystusa) znajdują się Maria i Jan Chrzciciel. Jeżeli wierzysz, nie przejdziesz obok tej mozaiki obojętnie.



Stambuł. Hagia Sophia na otarcie łez. Pomyśl życzenie!

Wnętrze Hagii Sophii jest ogromne, ale jest jedno miejsce, w którym skupia się duża grupa turystów i trudno się przebić, by dostrzec, co takiego wzbudziło ich ciekawość. Stoją przy jednej z kolumn.

Chwilę później, podsłuchując opowieść snutą przez przewodnika, dowiadujemy się, że kolumna nazywana jest płaczącą. Turyści ją oblegają, bo w kolumnie znajduje się otwór, do którego trzeba włożyć rękę - jeżeli uda Ci się obrócić dłoń o 360 stopni, to spełni się Twoje życzenie.



Stambuł. Odkryłam, czym jest odwaga 

Nie bez powodu na początku tego wpisu wspominam o poczuciu strachu, jaki może towarzyszyć momentami podczas podróży. Kiedy wyrusza się w podróż, ma się przed sobą zwykle jakiś cel. Swój własny, osobisty cel. Tyle że nie wiemy, co wydarzy się w trakcie tej podróży. I gdy tak przechadzaliśmy się, podziwiając tajemnicze wnętrze Hagii Sofii, Jabol zapytał mnie:

- Ty to się chyba wielu rzeczy boisz?
- Co Ty, Jabol! Gdybym się bała, to by mnie tu ostatecznie nie było. Owszem, jest kilka rzeczy, których się boję: głębokiej wody, burzy z piorunami i latających ciem pod sufitem. Zawsze, kiedy widzę ćmy, to piszczę. Ale to tylko kilka rzeczy - odpowiedziałam. -  Przeważnie drobnostki.

W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu. Odwaga polega na robieniu rzeczy, których się boisz. Odwaga to przełamywanie własnego strachu. To tak jak w sporcie. Każda nowa przewrotka na kole, o ile w dzieciństwie nie wisiałaś/wisiałeś na trzepaku, to przełamywanie psychicznej bariery (tym bardziej, że oglądanie świata do góry nogami nie jest naturalne i niesamowitą łatwość sprawia jedynie bohaterom "Incepcji").




Jak się rodzi odwaga? Swój początek bierze z irracjonalności. Z poczucia, że nie masz nic do stracenia. I w tym momencie powinnam zanucić za L.U.C.'iem: Za szalone decyzje w górę dłonie! Bo gdyby nie odrobina szaleństwa, to nie byłoby mnie wtedy tam.



Kiedy jesteśmy głęboko kochani - jesteśmy silni. 

Gdy kochamy głęboko - jesteśmy odważni

Gdzieś na świecie jest ktoś, dzięki komu stałaś się odważna. Gdzieś na świecie jest ktoś, kto dzięki Tobie stał się silny.




czwartek, 11 maja 2017

Bułgaria. Swilengrad. A Ty ile razy zrobiłeś to, czego nie powinieneś?



Swilengrad to mała, bułgarska mieścina. Znaczyłaby pewnie niewiele, gdyby nie fakt, że leży na granicy z Turcją i Grecją i właśnie tam, w Swilengradzie, znajduje się ważne przejście graniczne. Swilengrad jest kluczowym miejscem, bo leży na trasie kolejowej łączącej Stambuł z Sofią, Bukaresztem i Budapesztem. Swilengrad był również dla mnie ważnym miejscem na trasie Ogóra. Od początku nie byliśmy do końca zgodni, czy powinniśmy wtedy wjeżdżać do Turcji, jakieś niecałe dwa tygodnie po próbie zamachu stanu w Ankarze. Ja byłam na nie. Plan był taki: w Swilengradzie się rozdzielamy, a potem łapiemy gdzieś dalej na trasie. Ale to przecież są Podróże bez planu

Spora część ekipy próbowała mnie przekonać, że jest bezpiecznie, że nie będzie żadnych problemów, wjeżdżamy. I widzicie, w czasie tak dalekiej podróży, jakiej wtedy doświadczyłam, dowiadujemy się więcej o sobie aniżeli o innych ludziach. Nawet jeśli podróż ma zgoła inny cel. Ja na przykład właśnie w drodze do Swilengradu zdałam sobie sprawę z takiej cechy charakteru, o której wcześniej nie miałam pojęcia, a mianowicie: gdy ktoś próbuje mnie bardzo mocno do czegoś przekonać, robię wszystko dokładnie na odwrót, a przynajmniej coś gdzieś tam w środku mnie się buntuje. Niektórzy nazywają to niezależnością, inni przekorą, jeszcze inni mówią "rebel style". Ja z trasy do Swilengradu pamiętam wiadomości, które wtedy dostawałam: "Nie wjeżdżajcie", "Ja na Twoim miejscu bym tam nie jechał", a przed rozpoczęciem podróży ogórkiem było nawet: "Błagam, wycofaj się, jeśli Ci życie miłe". Niektóre z tych wiadomości dostawałam od znajomych podróżników, inne od tych, którzy nie byli dalej niż u naszych sąsiadów. To nieważne. Powiem tak: zaryzykuję stwierdzenie, że w środowisku, w którym się obracam, nie ma prawie nikogo, kto zdecydowałby się na tak szaloną podróż, a na pewno nie zdecydowałby się na nią z tak irracjonalnych powodów, jakie wydawały mi się celem mojej podróży Statkiem Miłości.

Dotarliśmy więc do Swilengradu - miasta, które nie różni się specjalnie od jakiegoś polskiego małego miasteczka i w którym można naprawdę w niskiej cenie kupić kebaba, a ludzie są naprawdę mili - i trzeba było podjąć jakąś "męską" decyzję. Byłam pewna, że ja do Stambułu nie jadę i się w tym miejscu rozdzielimy. Ale w Swilengradzie dotarło do mnie, że z całej naszej piątki w zasadzie to ja najbardziej śledziłam doniesienia mediów, sprawdzałam komunikaty na stronie ministerstwa i pytałam znajomych, co sądzą o sytuacji w Turcji. Próbowałam kurczowo trzymać się resztek racjonalności, które we mnie zostały. To był błąd. Czasem trzeba pozwolić popłynąć razem ze swoimi emocjami. Ale dotarło do mnie coś jeszcze. To kilka refleksji z odkrywczej podróży w głąb siebie, którymi chciałabym się z Wami podzielić na łamach bloga:
  • Nigdy nie rób niczego dla kogoś. Wszystko, co robisz, rób dla siebie. Są ludzie (nawet ci, którzy wydają ci się bliscy), którzy będą cię oceniać. Nie dlatego, że chcą dla ciebie źle. Tylko dlatego, że cię nie rozumieją, bo mają inne doświadczenia i inną wrażliwość. Być może nigdy nikogo nie kochali, a być może zapomnieli, jak to jest kochać. Gdzieś kiedyś odpisałam komuś na Facebooku, że wjeżdżamy w imię miłości. Bo przecież to tak ładnie brzmi: peace, love, music  - pokażmy światu, jaką moc ma miłość i pozytyw. Tyle że to skrajny idealizm, któremu dałam się ponieść, bo to nie była żadna komedia romantyczna ani melodramat. Po prostu: jedziesz albo nie. Ryzykujesz albo nie. Wiecie, co w takich momentach jest najbardziej bolesne? Fakt, że to, czy faktycznie coś Ci się stanie i to, jak się czujesz, obchodzi naprawdę niewiele osób. Smutne jest to, że wielu ocenia, a niewielu próbuje zrozumieć. Empatia to jednak rzadki dar w zmakdonaldyzowanym społeczeństwie. Możesz mieć setkę znajomych na Facebooku, kilkudziesięciu obserwujących, ale martwić się o Ciebie będzie garstka osób. Twoi Rodzice, brat, jedna przyjaciółka. Można policzyć na palcach jednej ręki. 


In my shoes just to see
What it’s like to be me
I’ll be you, lets trade shoes
Just to see what it be like to
- Eminem -
  • Szanuj zdanie bliskich Ci osób, ale mimo wszystko idź swoją drogą. Mogłabym poprosić o radę kilkunastu znajomych podróżników, ale co z tego, skoro żaden z nich nie przejechał busem z lat 70. XX wieku dystansu 6600 km? Żaden z nich nie zna się na mechanice, a większość wybrałaby samolot albo Polskiego Busa. Mogłabym też poprosić o wskazówki koleżanki, tyle że żadna z nich nie zdecydowałaby się na - jak to wiele osób z mojego otoczenia określa - tak ekstremalną podróż
  • Naucz się ryzykować. Rok temu napisałabym Wam tutaj pewnie, że warto ryzykować, ale trzeba zachować umiar i zdrowy rozsądek. Po części dalej się z tym zgadzam, po części już nie. Gdyby chcieć zachowywać się zupełnie racjonalnie w czasie jakiejkolwiek wyprawy nikt nigdy nie dotarłby na Mount Everest. Bo przecież nie wie się, jak jest na szczycie, zanim się nie dotrze na szczyt. My też nie wiedzieliśmy, czy sytuacja w Turcji ustabilizuje się, czy przeciwnie - zaogni. W każdej chwili mogli zamknąć granice. Nie da się przewidzieć przyszłości. Ale jeśli nie ryzykujesz, to stoisz w miejscu. Tak w podróży, jak i w życiu.
Gdyby górę wziął zdrowy rozsądek i racjonalność, nie byłoby kolejnej notki o Stambule (a będzie!), a ja pewnie opisywałabym teraz zabytki Swilengradu, w którym kompletnie nic się nie działo. No chyba że by zatrzęsło (a podobno zdarzają się okresowe trzęsienia ziemi w Swilengradzie), Może zobaczylibyście tu zdjęcie Starego Mostu, bo to najważniejsza z atrakcji turystycznych (o ile nie jedyna). Nie napiszę Wam wiele o Swilengradzie - to naprawdę małe miasto, w którym zatrzymaliśmy się jedynie na kebaba. Ale czasem to właśnie w najdalszym zakątku świata, który wcale nie przypomina raju, można zacząć odkrywać siebie.

PS. Zastanawialiście się, ile razy zrobiliście coś, czego nie powinniście? Ile razy pójście za daleko okazało się najtrafniejszym możliwym wyborem? Fakt, ja teraz powinnam nanosić poprawki do pracy licencjackiej na temat autoterapeutycznej roli podróży w życiu bohaterów filmu "Vincent chce nad morze" i bohatera książki Christiana Krachta "Faserland". Zamiast tego dodaję wpis na blogu, bo podróże nauczyły mnie zdecydowanie więcej aniżeli filologiczne studia. Rozwój nie odbywa się na salach wykładowych, rozwijać się można przez podjęcie ryzyka i przełamanie własnych barier. 


Zdjęcie z trasy na Swilengrad (fot. Maciej Margielski). Nazwę miasta możecie zobaczyć na drogowskazie na zdjęciu. A tuż obok nieczynny przystanek - jeśli narzekacie na komunikację miejską we Wrocławiu, to warto przyjrzeć się takim obrazkom z tras w Bułgarii. W Polsce naprawdę nie jest źle! 

środa, 12 kwietnia 2017

Bułgaria. Warna, Vaya Beach. Wolność pod gołym niebem



Ludzie pragną w życiu trzech rzeczy: szczęścia, miłości i wolności. Są tacy, którzy myślą, że nie da się osiągnąć pierwszego bez posiadania drugiego. Inni twierdzą, że posiadając drugie, nie da się osiągnąć trzeciego. A są i tacy (i ja zaliczam się dziś do tej grupy), którzy już wiedzą, że drugie, jeśli jest prawdziwe, oznacza trzecie, a pierwsze nie ma tu nic do rzeczy. Jak w piosence Dido: nie ma miłości bez wolności. Wolności bycia sobą. Do tego, by dojść do takich wniosków, potrzebowałam 27 lat i 6600 kilometrów. Dużo, ryzykownie, ale było warto.

Dotarliśmy do Warny, na Vaya Beach, którą w niemieckich magazynach określa się jako "schwer erreichbar, aber absolut lohnenswert" (znaczy: trudno osiągalna, ale absolutnie warta zachodu). I jeśli dobrze sobie przypominam, to chyba rzeczywiście nie było tak łatwo. Zresztą, jak wygląda droga dojazdowa do Vaya Beach, możecie zobaczyć na zdjęciach:








Plaża Vaya Beach jest rzeczywiście wyjątkowa: biały piasek, niezwykłe zapierające dech w piersiach widoki, a nocą - gwiaździste niebo. Jedna z moich notatek z tamtego czasu: W nocy Droga Mleczna, czyli wszystko, co na nieboskłonie. Pełen zachwyt. Tej wyjątkowości nie opiszą żadne słowa i nawet nie będę próbować szukać odpowiednich metafor.

Było dziko, a jednocześnie wciąż nie tak z dala od cywilizacji: na Vaya Beach postawiono prysznice, do których trzeba biec po parzącym stopy piasku. Niedaleko pryszniców tworzyło się niewielkie bajorko. Pamiętam moment, kiedy biegłam do niego jak do mety maratonu, tak mocno parzył piasek. Zanurzenie stóp w wodzie dawało wielką ulgę. To zresztą podobno jedna z najgorętszych plaż. Moim zdaniem także jedna z najpiękniejszych.

Vaya Beach (fot. Kinga Czernichowska)


A do tego jedna z tych, które zdecydowanie można polecić miłośnikom natury. Tuż obok jest las, w którym znajduje się kemping. Tam też się rozstawiliśmy. Pośród namiotów stanął ogórek, należący do Maria cudowny Volkswagen T2 z 1975 roku. Prawdziwy klasyk.

To właśnie w Warnie, tuż przy Vaya Beach po raz pierwszy w życiu spałam na hamaku. Pod gołym niebem. Nigdy wcześniej nic innego nie dało mi takiego poczucia wolności.


Tuż po obudzeniu (fot. Kinga Czernichowska)

Zanim jednak zasnęłam na hamaku, spoglądałam, leżąc na plaży, na pokryte gwiazdami niebo. Widok gwiaździstego nieba uspokaja, wycisza. Patrząc w gwiazdy, ma się przecież tę świadomość, że widzimy ich blask, który być może już nie istnieje, bo zanim światło dotrze do naszych oczu, ta gwiazda może umrzeć. I nawet jeśli umrze miłość, to jeśli prawdziwie kochasz, Twój blask pozostanie. Dopiero wtedy zrozumiesz, że prawdziwa miłość to wolność bycia sobą przy drugiej osobie. I dopiero wtedy odkryjesz, że szczęście nie ma nic wspólnego z miłością, bo najpierw trzeba je znaleźć w sobie. Najlepiej patrząc w gwiazdy, próbując zrozumieć samego siebie.





Jeśli chcesz patrzeć w gwiazdy, nie możesz bać się ciemności
Jeśli chcesz kochać, nie możesz bać się ran




Zdjęcia: Margielski Fotografia (większość), Kinga Czernichowska (vel. Arwena)

środa, 29 marca 2017

Bukareszt. Dlaczego Bukareszt próbuje udawać Rzym?


Rzym to Koloseum, bogata historia i jedno z najczęściej odwiedzanych miast w Europie. Bukareszt nie ma takiej renomy. I raczej nigdy mieć nie będzie, bo Rumunia to wciąż niestety biedny kraj. Włosi, nawet kiedy dotknie ich kryzys gospodarczy, będą się chwalić, że to oni wymyślili ferrari i lamborghini. Rumuni natomiast będą próbowali nas przekonać, że ich historia sięga Etrusków, a w Bukareszcie oraz innych rumuńskich miastach natkniecie się na... wilczycę kapitolińską.

Skąd pomysł na postawienie wilczycy kapitolińskiej w Bukareszcie? Otóż Rumuni uważają, że ich historia sięga ponad dwóch tysięcy lat. Wszystko dlatego, że Dacja, która była częścią Cesarstwa Rzymskiego rzeczywiście pokrywała się z terenem obecnej Rumunii. Jednak zaznaczanie przez współczesnych Rumunów swojego pokrewieństwa z mieszkańcami tamtych ziem wydaje się co najmniej śmieszne, przesadne, a momentami po prostu niezrozumiałe. 

W niektórych źródłach można się doszukać informacji, że w 1971 roku rumuński polityk Nocolae Ceaușescu był pod wrażeniem obchodów 2500 lat istnienia Iranu i na wzór tego państwa postanowił zorganizować podobne obchody w Rumunii. Anegdota mówi, że urzędnicy, którym zlecił to zadanie, nie dosłyszeli, o jaką rocznicę chodzi (wahali się między 2500 a 2150 lat), ale właśnie wtedy rozpoczęto stawianie rzymskich symboli na terenie Rumunii, w tym słynnej wilczycy kapitolińskiej,

Wilczyca kapitolińska z figurkami Romulusa i Remusa to dla mnie bezsprzecznie symbol Wiecznego Miasta, a oglądanie repliki w Bukareszcie sprawia, że stolica Rumunii traci na autentyczności. Tym bardziej, że jak dowodzą ostatnie badania (tu warto się powołać na opinię Adriana La Reginy, profesora etruskologii z uniwersytetu La Sapienza w Rzymie), rzeźba powstała w średniowieczu, a nie jak wcześniej przypuszczano - w czasach starożytnych.

W podróżowaniu szukam zazwyczaj tego, co odpowiada mi w życiu. Każdy brak autentyczności, jakaś sztuczność, powoduje, że dane miejsce staje się dla mnie obojętne. Tak jak ludzie, którzy okazują się fałszywi - lepiej po prostu się wtedy wycofać, odsunąć, zapomnieć. Chociaż na jakiś czas. Bo z dystansu i perspektywy czasowej można na pewne rzeczy spojrzeć zupełnie inaczej. 

Czy w ciągu kilku najbliższych lat Rumunia zyska trochę prawdziwego blasku? Być może, bo w 2021 Timișoara będzie jednym z tych miast, którym przypadnie tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Powstaje jednak pytanie, czy tę okoliczność wykorzysta tak dobrze jak Wrocław. O tytuł starały się również trzy inne rumuńskie miasta: Baia Mare, Bukareszt i Cluj-Napoca. 

Może ESK to pretekst, żeby odwiedzić Rumunię ponownie za kilka lat? Może wtedy spojrzę na Bukareszt nieco przychylniejszym okiem... I z chęcią zobaczyłabym Timișoarę, która wygrała konkurs piękności z Bukaresztem. Dla porównania.

Peace! 

zdjęcie główne: Maciej Margielski

poniedziałek, 13 lutego 2017

Rumunia. Bukareszt. Gdzie pojechać, żeby już nigdy nie narzekać na komunikację miejską?


Jeżeli w dalszym ciągu nie masz prawa jazdy, jesteś skazany/skazana na komunikację miejską. We Wrocławiu mieszkańcom niejednokrotnie zdarza się narzekać na MPK. Na to, że motorniczy nas zignorował i zamknął drzwi przed nosem, na spóźniający się autobus, na to, że zlikwidowali kosze i nie ma gdzie wyrzucić gumy, a przecież nie wypada przykleić pod siedzeniem. Wreszcie na to, że niskopodłogowe wyglądają jak wysokopodłogowe. Dlaczego o tym piszę? Bo po wizycie w Bukareszcie już nigdy nie będę narzekać na wrocławską komunikację miejską. Przysięgam.

Bukareszt to nie Warszawa. W naszej stolicy, choć za nią nie przepadam, są przynajmniej dobre knajpy. Wpadasz na Krakowskie Przedmieście do Dwóch Takich, co podobno mieli ukraść księżyc, ale nie ukradli i teraz serwują w centrum Warszawy genialną jajecznicę i wiesz, że masz niebo w gębie. A po zaparkowaniu ogórka gdzieś w centrum Bukaresztu, pozostał nam jakiś spożywczy dyskont i samodzielne gotowanie (przygotowałam pyszny makaron, dało się zjeść i nie posypałam go cukrem pudrem - czuję, że moje zdolności kulinarne weszły na tzw. Level Hard). By uprzedzić hejterów, okej, kanjpy gdzieś pewnie są, ale przy sporym zmęczeniu, wysokiej temperaturze i o pustych żołądkach, jedzenie musieliśmy mieć na już. Ale nie o jedzeniu miało być w tej notce. Tym bardziej, że to nie było nic niezwykłego. Ot, zwykły makaron z warzywami. Żadne sushi czy krewetki.

Zegary za prawie milion euro i rumuński Mickiewicz

Bukareszt, stolica niedocenianego kraju, jakim jest Rumunia, ma w sobie dużo mniej blasku niż urokliwe miasteczko Bran (czytaj też: Rumunia. Zamek Bran. Śladami wampirów). To, na co warto jednak zwrócić uwagę, to architektura - z jednej strony perły, zdobienia, ornamenty, a z drugiej bieda, sypiące się kamienice i rury poprowadzone na zewnątrz budynków. Jedyne, co pozostało zarządcom tych ostatnich, to napis "De vanzare", czyli "Na sprzedaż".




Skupmy się może jednak na pozytywnych aspektach. A przynajmniej tych ładniejszych. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był niezwykły zegar. Wyróżniał się z szaroburego krajobrazu i w jakimś sensie mnie zaintrygował, dlatego po powrocie doszukiwałam się informacji o zegarze, a właściwie zegarach Bukaresztu. Okazuje się, że władze miasta postanowiły w 2009 roku postawić 10 takich zegarów po to, by... miasto wyglądało ładniej. Ten, który widzicie na poniższym zdjęciu, znajduje się w pobliżu budynku uniwersytetu, stąd napis Universitate. Na każdym z zegarów widać też rok - 1459. To w 1459 roku powstał Bukareszt.

Władze Bukaresztu wydały na postawienie tych zegarów 915 tys. euro. Według tamtejszych mieszkańców to pieniądze wyrzucone w błoto - można by je przeznaczyć chociażby na poprawienie stanu pojazdów komunikacji miejskiej. Ale o tym jeszcze za chwilę.



Z pewnością warto również zwrócić uwagę na pomnik Iona Heliade Rădulescu (1802-1872), rumuńskiego poety z epoki romantyzmu (taki rumuński Mickiewicz). Był też wykładowcą, eseistą, dziennikarzem i autorem książek z zakresu lingwistyki i historii. Kiedy przechodzi się tuż obok jego pomnika, zdaje się nam badawczo przyglądać (wystarczy. że zerkniecie na poniższe zdjęcie wykonane przez Margiela).

Rădulescu urodził się w Târgovişte, ale jego ojciec kupił dom na przedmieściach Bukaresztu. Nauczycielem Heliadego był Gheorghe Lazăr (1779 - 1823), po którym poeta dostał schedę w postaci szkoły Saint Sava. W ponownie otwartej przez Heliadego szkole stał się głównym nauczycielem i skupiał wokół siebie wielu intelektualistów. Nie mogłabym w tym miejscu nie wspomnieć o jego wpływie na rozwój języka. To Rădulescu jest odpowiedzialny za rozwój współczesnego języka rumuńskiego, choć w jednej z faz swojej naukowej działalności przekonywał, że rumuński i włoski są pokrewnymi językami, a właściwie dialektami, które wzięły swój początek z łaciny.

Pomnik, który widzicie na zdjęciu obok, został wyrzeźbiony przez włoskiego artystę. Ten artysta nazywał się... Ettore Ferrari (1848 - 1929). Nie, tym razem nie chodzi o samochody. Ten Ferrari był tylko i po prostu artystą, a na swoim koncie ma także choćby rzeźbę przedstawiającą Giordano Bruno, stojącą na Campo de Fiori w Rzymie. Pomnik Rădulescu znajduje się dokładnie naprzeciwko budynku uniwersytetu w centrum Bukaresztu.

Budynek Uniwersytetu w Bukareszcie, fot. Kinga Czernichowska

 Sypiące się autobusy i tramwaje

Nie da się długo wytrzymać badawczego spojrzenia Rădulescu, dlatego warto odwrócić się i przyjrzeć się budynkowi uniwersytetu (zdjęcie powyżej). Jest to największy, a do tego jeden z najstarszych uniwersytetów w Rumunii (powstał w 1864 roku). To licząca się uczelnia, współpracuje z około 50 uniwersytetami w 40 różnych krajach, m.in. z Uniwersytetem Warszawskim w Polsce.

Trudno zrobić w tym miejscu dobre zdjęcie, bo panuje tam duży ruch. A szanse na dobre kadry przecinają takie oto pojazdy:


Tak wygląda jeden z pojazdów tamtejszej komunikacji miejskiej. Wydaje mi się, że po Wrocławiu na początku lat 90. jeździły lepsze. To jeszcze jednak nic w porównaniu do tramwajów w Bukareszcie.




Ale nawet w najbiedniejszym kraju i najbardziej sypiącym się kraju nie może zabraknąć dwóch rzeczy: Coca Coli i McDonalda. Przepraszam, trzech. Zapomniałam o kebabach. Kebaby są wszędzie. Makdonaldyzacja społeczeństwa (fenomen, który w latach 60. XX wieku opisał George Ritzer, do dziś mam jego książkę w ostatkach swoich socjologicznych zasobów naukowych) - ot, jedyne skojarzenie z poniższym zdjęciem.



To jednak nieprawda, że nie ma knajp. Na sam koniec zwiedzania znaleźliśmy i sklepy z pamiątkami, i knajpy. Było nawet coś dla fanów Harley-Davidsona.





Wieczorem Bukareszt wygląda już jakby piękniej, ale w przypadku dużych miast to raczej standard - ciemność i światła neonów dodają im uroku. Do tej pory nie mam bladego pojęcia, za co Bukareszt zyskał sobie w okresie międzywojennym tytuł małego Paryża! To nie jest miasto, które każe do siebie wracać. No chyba że chce się jeszcze raz zmierzyć ze spojrzeniem Rădulescu. Do Paryża warto wracać, chociaż - jak mówią wielcy - tylko za pierwszym razem robi imponujące wrażenie.

To pierwszy wpis na temat Bukaresztu. W kolejnym więcej o rumuńskiej tożsamości narodowej oraz o tym, dlaczego w Bukareszcie może wydawać nam się, że to Rzym...

piątek, 20 stycznia 2017

Rumunia. Zamek Bran. Śladami wampirów


Rumunia nigdy nie była na mojej liście "must travel". O słynnym zamku Bran jedni mówili z zachwytem, inni twierdzili, że jest przereklamowany. Mnie w Rumunii - przynajmniej na początku - urzekła jej dzikość. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał. I uwaga - nie ma tam wampirów.

Prawdopodobnie pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy w  Rumunii, był pomnik generała Traiana Moşoiu'a. W Internecie nie znajdziecie zbyt wiele informacji o nim. Ale na Ukrainie, w Mołdawii i w Rumunii jest bardzo wiele pomników osób, które zasłużyły się - mniej lub bardziej, dobrze lub źle - w historii wojska.

Moşoiu urodził się na terenie dawnych Austrowęgier, w wiosce Újtohán/Tohanul Nou. Studiował na uczelniach wojskowych - najpierw w Budapeszcie, potem w Wiedniu. W 1891 przeprowadził się do Rumunii i zasilił szeregi rumuńskich wojsk. Podczas I wojny światowej pełnił funkcję generała, a w gabinecie Alexandru Vaida-Voevoda był także ministrem wojny.

Tuż obok tego pomnika powiewa rumuńska flaga - tak, to już Rumunia. Czas poszukać jakiegoś postoju przed dotarciem do Bran...




Gdzieś w Rumunii...

Jedziemy, jedziemy, a tu ani parkingu, ani stacji benzynowej. Życie z dala od cywilizacji. Ani jednej  żywej duszy. Nie mieliśmy wyboru - zaparkowaliśmy ogórka w szczerym polu. T2 to nie ferrari, nie rzuca się aż tak bardzo w oczy w takim krajobrazie. 

Świtało. Całą noc spędziliśmy w trasie, więc czekało nas kilka godzin odespania. Tak, by po południu dotrzeć już pod zamek Bran.

Myślę, że najbardziej urzekł mnie właśnie tamten poranek. Rumuńskie pejzaże, w czasie podróży, wyglądają tak naturalnie i dziko (zobaczcie zdjęcie obok), że aż przestaje się myśleć o goniącym nas czasie i kilometrach do zrobienia. A tych było jeszcze trochę. Zamek Bran, który był jednym z naszych "must see" na całej trasie, znajduje się w centralnej Rumunii. Trzeba było dojechać do Braszowa, a stamtąd do Bran pozostało już tylko 30 kilometrów.



Noroc!

Kiedy dojechaliśmy do Bran, był już późny wieczór. Zwiedzanie zamku trzeba było odłożyć na kolejny dzień. Wieczorem poznawaliśmy więc uroki i smaki tego miasteczka, które żyje własnym życiem. I ma w sobie jakąś magiczną atmosferę. Tak jakby skrywało jakąś tajemnicę. Cisza, spokój, czego chcieć więcej...

O ile w Polsce wciąż pokutuje przekonanie "uważajcie, bo tam kradną", o tyle my spotykaliśmy na swojej drodze jedynie przyjaźnie nastawionych ludzi. Choćby Hiszpana mieszkającego w Rumunii, który próbował nas nauczyć podstaw języka rumuńskiego. A że to był akurat wieczór, w którym próbowaliśmy rumuńskiego wina, to podstawowym zwrotem, który zapamiętaliśmy i który pewnie potrafilibyśmy powiedzieć obudzeniu o trzeciej w nocy było "noroc" (po rumuńsku: Zdrowie! W ten sposób można jednak nie tylko wznosić toasty, ale również życzyć drugiej osobie szczęścia). Nasz znajomy rumuński Hiszpan (rozmawialiśmy z nim trochę po włosku, trochę po hiszpańsku, a trochę na migi, bo angielski w Rumunii jest językiem stanowczo niepopularnym) powtórzył nam je tamtej nocy kilkadziesiąt razy. Nie wiemy, czy dotarł do domu o własnych siłach czy ze wsparciem towarzyszących mu kolegów.

Bran było również kolejnym miejscem, w którym spotkaliśmy Polaków - tym razem byli to jednak nie Polacy na wschodniej emigracji, lecz ci, którzy przyjechali tu na kilka dni swojej podróży służbowej.

Zamek Bran

Jeżeli jedziecie do zamku Bran po to, żeby szukać śladów wampirów, możecie się rozczarować równie mocno jak po obejrzeniu pierwszej części "Zmierzchu". Bo zamek Bran to wcale nie jest zamek Draculi, tak jak "Zmierzch" nie jest prawdziwym filmem o wampirach, lecz raczej melodramatem (chcecie obejrzeć dobry film o wampirach, to włączcie sobie "Underworld" lub "Tylko kochankowie przeżyją" - w tym ostatnim jest dobra ścieżka muzyczna). Aczkolwiek lubię w "Zmierzchu" scenę, w której Edward ratuje Bellę przed wypadkiem samochodowym. Dziś narażanie życia dla drugiej osoby najczęściej zdarza się chyba tylko w filmach. Są jeszcze ludzie zdolni do poświęceń?




Swoją sławę zamek Bran zawdzięcza Draculi, choć ten - o ile w ogóle się na nim pojawił - był tam tylko parę chwil. Ale pisarz, Bram Stoker, za siedzibę Draculi uznał właśnie ten zamek, choć dużo bardziej mroczne i tajemnicze zamki znajdują się w Szkocji (jednym z moich ulubionych jest zamek Dunvegan na wyspie Skye). Dzisiaj w Rumunii Dracula jest jedynie symbolem, a mieszkańcy próbują popularyzować zamek jako miejsce, w którym drzemie historia. Zresztą z historycznego punktu widzenia rzeczywiście jest to ciekawe miejsce. Powstał w roku 1382 (wtedy ukończono budowę), jego historia sięga więc już średniowiecza. Przez kilka stuleci był ważną twierdzą obronną, a od 1920 roku rezydowała w nim latem królowa Rumunii, Maria. Apartamenty na zamku Bran urządziła w stylu włoskim i niemieckim.




Ślady wampirów napotkacie w Bran jedynie na stoiskach dla turystów, znajdujących się tuż przed zamkiem - możecie tam kupić kubki wampira, magnesy z wampirem, koszulki, torby, co tylko chcecie. Jakby ktoś chciał, można tam wydać fortunę. Na terenie zamku jest jedna tablica, na której znajdziecie taką oto wzmiankę o wampirach:

Wampiry, w mitologicznym i ludowym kontekście, są powtórnie ożywionymi zwłokami, karmiącymi się krwią - czytamy. - Według legend wampiry nie tolerują światła dziennego, ich skóra jest ekstremalnie biała, kształt ich źrenic jest ostry, mogą być myleni ze zwykłymi ludźmi. Pod wpływem nastroju ich oczy mogą stawać się fluorescencyjne. Odkąd zaczną pić krew, nie mogą przestać się nią żywić i zwykle bawią się swoją ofiarą przed zjedzeniem. W ciągu ostatniego tysiąclecia legendy o wampirach były rozpowszechniane przez tych, którzy mieli swój udział w tworzeniu kultur Wschodniej Europy. Legenda Draculi na przykład stała się inspiracją w rumuńskim folklorze. Twarz wampira, jak wiemy dzisiaj, została zaprojektowana przez Brama Stokera - tego, który w 1897 roku napisał słynną powieść "Dracula". Ta stała się później punktem wyjścia dla wielu filmów i książek.

Poza tą jedną tablicą, żadnych pomników Draculi czy podobizn wampirów. Ci, którzy chcą z zamku wyjść naprawdę przerażeni, mogą jeszcze zajrzeć do muzeum tortur. Wybierając się na zamek, są dwie opcje biletu: bilet tylko na zamek lub bilet na zamek i muzeum tortur. My wzięliśmy ten drugi, aczkolwiek muzeum wcale nas nie przeraziło. Przeraża jedynie fakt, że to, co dziś w nim oglądamy, naprawdę było wykorzystywane do tortur w czasach średniowiecza.


Żyjemy w innych czasach. Dzisiaj torturujemy się własnymi myślami, błędnymi przekonaniami, tęsknotą za przeszłością lub myśleniem o przyszłości. Możliwe, że niektóre z tych rzeczy bolą bardziej niż nakłuwanie na pal... Tylko kochankowie przeżyją.




zdjęcia: Margielski Fotografia



piątek, 6 stycznia 2017

Mołdawia. Do Kiszyniowa do Maca

Podróż busem z roku 1975 wymaga pokory. Zanim w ogóle wyruszyliśmy, przeglądałam listę miejsc wartych zobaczenia. Teraz wiem, że było to bezcelowe. Bo podróż ogórkiem dla kogoś, kto na co dzień takiego busa nie posiada, to przede wszystkim cenne doświadczenie i możliwość zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest podróż na totalnym spontanie. Tu nie ma czasu na zwiedzanie, dłuższe przystanki czy sen. Celem samym w sobie jest podróż, a nie poszczególne miasta.

Do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, dojechaliśmy bardzo późno w nocy. Nocą Kiszyniów wygląda zwyczajnie, żeby nie powiedzieć: szału nie ma. Bieda, odrapane budynki, pomniki radzieckich socrealistów - tyle mogłam zapamiętać, bo wpadliśmy tam dosłownie na chwilę.

Niektórzy blogerzy są brutalniejsi w swoich opiniach i piszą, że Mołdawia to kraj, w którym nie ma absolutnie nic do zwiedzenia. Czy tak jest rzeczywiście? Trudno powiedzieć. By móc wydać taki surowy wyrok, trzeba byłoby spędzić tam co najmniej tydzień. A my zatrzymaliśmy się może zaledwie na godzinę. Zrobić jedną fotę w stylu "tu byliśmy" i wpaść do McDonalda, bo tylko McDonald może być czynny tak długo, właściwie to zdążyliśmy na kwadrans przed jego zamknięciem.

Przemknęliśmy przez Kiszyniów tak szybko, że z całego pobytu w tym miejscu pozostała jedynie fotografia, którą widzicie wyżej. I na której oprócz świateł Ogórka i flagi Mołdawii mało co widać. A wszystko dlatego, żeby na dłużej zatrzymać się w Rumunii. I właśnie o tym kolejnym naszym przystanku, a więc o wampirach, zamku Bran, Draculi i Bukareszcie, stolicy tego niedocenianego kraju będę mogła napisać dużo więcej. Do przeczytania!

zdjęcie: Maciej Margielski Photography

Polub na Facebooku