Rzym to Koloseum, bogata historia i jedno z najczęściej odwiedzanych miast w Europie. Bukareszt nie ma takiej renomy. I raczej nigdy mieć nie będzie, bo Rumunia to wciąż niestety biedny kraj. Włosi, nawet kiedy dotknie ich kryzys gospodarczy, będą się chwalić, że to oni wymyślili ferrari i lamborghini. Rumuni natomiast będą próbowali nas przekonać, że ich historia sięga Etrusków, a w Bukareszcie oraz innych rumuńskich miastach natkniecie się na... wilczycę kapitolińską.
Skąd pomysł na postawienie wilczycy kapitolińskiej w Bukareszcie? Otóż Rumuni uważają, że ich historia sięga ponad dwóch tysięcy lat. Wszystko dlatego, że Dacja, która była częścią Cesarstwa Rzymskiego rzeczywiście pokrywała się z terenem obecnej Rumunii. Jednak zaznaczanie przez współczesnych Rumunów swojego pokrewieństwa z mieszkańcami tamtych ziem wydaje się co najmniej śmieszne, przesadne, a momentami po prostu niezrozumiałe.
W niektórych źródłach można się doszukać informacji, że w 1971 roku rumuński polityk Nocolae Ceaușescu był pod wrażeniem obchodów 2500 lat istnienia Iranu i na wzór tego państwa postanowił zorganizować podobne obchody w Rumunii. Anegdota mówi, że urzędnicy, którym zlecił to zadanie, nie dosłyszeli, o jaką rocznicę chodzi (wahali się między 2500 a 2150 lat), ale właśnie wtedy rozpoczęto stawianie rzymskich symboli na terenie Rumunii, w tym słynnej wilczycy kapitolińskiej,
Wilczyca kapitolińska z figurkami Romulusa i Remusa to dla mnie bezsprzecznie symbol Wiecznego Miasta, a oglądanie repliki w Bukareszcie sprawia, że stolica Rumunii traci na autentyczności. Tym bardziej, że jak dowodzą ostatnie badania (tu warto się powołać na opinię Adriana La Reginy, profesora etruskologii z uniwersytetu La Sapienza w Rzymie), rzeźba powstała w średniowieczu, a nie jak wcześniej przypuszczano - w czasach starożytnych.
W podróżowaniu szukam zazwyczaj tego, co odpowiada mi w życiu. Każdy brak autentyczności, jakaś sztuczność, powoduje, że dane miejsce staje się dla mnie obojętne. Tak jak ludzie, którzy okazują się fałszywi - lepiej po prostu się wtedy wycofać, odsunąć, zapomnieć. Chociaż na jakiś czas. Bo z dystansu i perspektywy czasowej można na pewne rzeczy spojrzeć zupełnie inaczej.
Czy w ciągu kilku najbliższych lat Rumunia zyska trochę prawdziwego blasku? Być może, bo w 2021 Timișoara będzie jednym z tych miast, którym przypadnie tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Powstaje jednak pytanie, czy tę okoliczność wykorzysta tak dobrze jak Wrocław. O tytuł starały się również trzy inne rumuńskie miasta: Baia Mare, Bukareszt i Cluj-Napoca.
Może ESK to pretekst, żeby odwiedzić Rumunię ponownie za kilka lat? Może wtedy spojrzę na Bukareszt nieco przychylniejszym okiem... I z chęcią zobaczyłabym Timișoarę, która wygrała konkurs piękności z Bukaresztem. Dla porównania.
Jeżeli w dalszym ciągu nie masz prawa jazdy, jesteś skazany/skazana na komunikację miejską. We Wrocławiu mieszkańcom niejednokrotnie zdarza się narzekać na MPK. Na to, że motorniczy nas zignorował i zamknął drzwi przed nosem, na spóźniający się autobus, na to, że zlikwidowali kosze i nie ma gdzie wyrzucić gumy, a przecież nie wypada przykleić pod siedzeniem. Wreszcie na to, że niskopodłogowe wyglądają jak wysokopodłogowe. Dlaczego o tym piszę? Bo po wizycie w Bukareszcie już nigdy nie będę narzekać na wrocławską komunikację miejską. Przysięgam.
Bukareszt to nie Warszawa. W naszej stolicy, choć za nią nie przepadam, są przynajmniej dobre knajpy. Wpadasz na Krakowskie Przedmieście do Dwóch Takich, co podobno mieli ukraść księżyc, ale nie ukradli i teraz serwują w centrum Warszawy genialną jajecznicę i wiesz, że masz niebo w gębie. A po zaparkowaniu ogórka gdzieś w centrum Bukaresztu, pozostał nam jakiś spożywczy dyskont i samodzielne gotowanie (przygotowałam pyszny makaron, dało się zjeść i nie posypałam go cukrem pudrem - czuję, że moje zdolności kulinarne weszły na tzw. Level Hard). By uprzedzić hejterów, okej, kanjpy gdzieś pewnie są, ale przy sporym zmęczeniu, wysokiej temperaturze i o pustych żołądkach, jedzenie musieliśmy mieć na już. Ale nie o jedzeniu miało być w tej notce. Tym bardziej, że to nie było nic niezwykłego. Ot, zwykły makaron z warzywami. Żadne sushi czy krewetki.
Zegary za prawie milion euro i rumuński Mickiewicz
Bukareszt, stolica niedocenianego kraju, jakim jest Rumunia, ma w sobie dużo mniej blasku niż urokliwe miasteczko Bran (czytaj też: Rumunia. Zamek Bran. Śladami wampirów). To, na co warto jednak zwrócić uwagę, to architektura - z jednej strony perły, zdobienia, ornamenty, a z drugiej bieda, sypiące się kamienice i rury poprowadzone na zewnątrz budynków. Jedyne, co pozostało zarządcom tych ostatnich, to napis "De vanzare", czyli "Na sprzedaż".
Skupmy się może jednak na pozytywnych aspektach. A przynajmniej tych ładniejszych. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był niezwykły zegar. Wyróżniał się z szaroburego krajobrazu i w jakimś sensie mnie zaintrygował, dlatego po powrocie doszukiwałam się informacji o zegarze, a właściwie zegarach Bukaresztu. Okazuje się, że władze miasta postanowiły w 2009 roku postawić 10 takich zegarów po to, by... miasto wyglądało ładniej. Ten, który widzicie na poniższym zdjęciu, znajduje się w pobliżu budynku uniwersytetu, stąd napis Universitate. Na każdym z zegarów widać też rok - 1459. To w 1459 roku powstał Bukareszt.
Władze Bukaresztu wydały na postawienie tych zegarów 915 tys. euro. Według tamtejszych mieszkańców to pieniądze wyrzucone w błoto - można by je przeznaczyć chociażby na poprawienie stanu pojazdów komunikacji miejskiej. Ale o tym jeszcze za chwilę.
Z pewnością warto również zwrócić uwagę na pomnik Iona Heliade Rădulescu (1802-1872), rumuńskiego poety z epoki romantyzmu (taki rumuński Mickiewicz). Był też wykładowcą, eseistą, dziennikarzem i autorem książek z zakresu lingwistyki i historii. Kiedy przechodzi się tuż obok jego pomnika, zdaje się nam badawczo przyglądać (wystarczy. że zerkniecie na poniższe zdjęcie wykonane przez Margiela).
Rădulescu urodził się w Târgovişte, ale jego ojciec kupił dom na przedmieściach Bukaresztu. Nauczycielem Heliadego był Gheorghe Lazăr (1779 - 1823), po którym poeta dostał schedę w postaci szkoły Saint Sava. W ponownie otwartej przez Heliadego szkole stał się głównym nauczycielem i skupiał wokół siebie wielu intelektualistów. Nie mogłabym w tym miejscu nie wspomnieć o jego wpływie na rozwój języka. To Rădulescu jest odpowiedzialny za rozwój współczesnego języka rumuńskiego, choć w jednej z faz swojej naukowej działalności przekonywał, że rumuński i włoski są pokrewnymi językami, a właściwie dialektami, które wzięły swój początek z łaciny.
Pomnik, który widzicie na zdjęciu obok, został wyrzeźbiony przez włoskiego artystę. Ten artysta nazywał się... Ettore Ferrari (1848 - 1929). Nie, tym razem nie chodzi o samochody. Ten Ferrari był tylko i po prostu artystą, a na swoim koncie ma także choćby rzeźbę przedstawiającą Giordano Bruno, stojącą na Campo de Fiori w Rzymie. Pomnik Rădulescu znajduje się dokładnie naprzeciwko budynku uniwersytetu w centrum Bukaresztu.
Budynek Uniwersytetu w Bukareszcie, fot. Kinga Czernichowska
Sypiące się autobusy i tramwaje
Nie da się długo wytrzymać badawczego spojrzenia Rădulescu, dlatego warto odwrócić się i przyjrzeć się budynkowi uniwersytetu (zdjęcie powyżej). Jest to największy, a do tego jeden z najstarszych uniwersytetów w Rumunii (powstał w 1864 roku). To licząca się uczelnia, współpracuje z około 50 uniwersytetami w 40 różnych krajach, m.in. z Uniwersytetem Warszawskim w Polsce.
Trudno zrobić w tym miejscu dobre zdjęcie, bo panuje tam duży ruch. A szanse na dobre kadry przecinają takie oto pojazdy:
Tak wygląda jeden z pojazdów tamtejszej komunikacji miejskiej. Wydaje mi się, że po Wrocławiu na początku lat 90. jeździły lepsze. To jeszcze jednak nic w porównaniu do tramwajów w Bukareszcie.
Ale nawet w najbiedniejszym kraju i najbardziej sypiącym się kraju nie może zabraknąć dwóch rzeczy: Coca Coli i McDonalda. Przepraszam, trzech. Zapomniałam o kebabach. Kebaby są wszędzie. Makdonaldyzacja społeczeństwa (fenomen, który w latach 60. XX wieku opisał George Ritzer, do dziś mam jego książkę w ostatkach swoich socjologicznych zasobów naukowych) - ot, jedyne skojarzenie z poniższym zdjęciem.
To jednak nieprawda, że nie ma knajp. Na sam koniec zwiedzania znaleźliśmy i sklepy z pamiątkami, i knajpy. Było nawet coś dla fanów Harley-Davidsona.
Wieczorem Bukareszt wygląda już jakby piękniej, ale w przypadku dużych miast to raczej standard - ciemność i światła neonów dodają im uroku. Do tej pory nie mam bladego pojęcia, za co Bukareszt zyskał sobie w okresie międzywojennym tytuł małego Paryża! To nie jest miasto, które każe do siebie wracać. No chyba że chce się jeszcze raz zmierzyć ze spojrzeniem Rădulescu. Do Paryża warto wracać, chociaż - jak mówią wielcy - tylko za pierwszym razem robi imponujące wrażenie.
To pierwszy wpis na temat Bukaresztu. W kolejnym więcej o rumuńskiej tożsamości narodowej oraz o tym, dlaczego w Bukareszcie może wydawać nam się, że to Rzym...
Rumunia nigdy nie była na mojej liście "must travel". O słynnym zamku Bran jedni mówili z zachwytem, inni twierdzili, że jest przereklamowany. Mnie w Rumunii - przynajmniej na początku - urzekła jej dzikość. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał. I uwaga - nie ma tam wampirów.
Prawdopodobnie pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy w Rumunii, był pomnik generała Traiana Moşoiu'a. W Internecie nie znajdziecie zbyt wiele informacji o nim. Ale na Ukrainie, w Mołdawii i w Rumunii jest bardzo wiele pomników osób, które zasłużyły się - mniej lub bardziej, dobrze lub źle - w historii wojska.
Moşoiu urodził się na terenie dawnych Austrowęgier, w wiosce Újtohán/Tohanul
Nou. Studiował na uczelniach wojskowych - najpierw w Budapeszcie, potem
w Wiedniu. W 1891 przeprowadził się do Rumunii i zasilił szeregi
rumuńskich wojsk. Podczas I wojny światowej pełnił funkcję generała, a w
gabinecie Alexandru Vaida-Voevoda był także ministrem wojny.
Tuż obok tego pomnika powiewa rumuńska flaga - tak, to już Rumunia. Czas poszukać jakiegoś postoju przed dotarciem do Bran...
Gdzieś w Rumunii...
Jedziemy, jedziemy, a tu ani parkingu, ani stacji benzynowej. Życie z dala od cywilizacji. Ani jednej żywej duszy. Nie mieliśmy wyboru - zaparkowaliśmy ogórka w szczerym polu. T2 to nie ferrari, nie rzuca się aż tak bardzo w oczy w takim krajobrazie.
Świtało. Całą noc spędziliśmy w trasie, więc czekało nas kilka godzin odespania. Tak, by po południu dotrzeć już pod zamek Bran.
Myślę, że najbardziej urzekł mnie właśnie tamten poranek. Rumuńskie pejzaże, w czasie podróży, wyglądają tak naturalnie i dziko (zobaczcie zdjęcie obok), że aż przestaje się myśleć o goniącym nas czasie i kilometrach do zrobienia. A tych było jeszcze trochę. Zamek Bran, który był jednym z naszych "must see" na całej trasie, znajduje się w centralnej Rumunii. Trzeba było dojechać do Braszowa, a stamtąd do Bran pozostało już tylko 30 kilometrów.
Noroc!
Kiedy dojechaliśmy do Bran, był już późny wieczór. Zwiedzanie zamku trzeba było odłożyć na kolejny dzień. Wieczorem poznawaliśmy więc uroki i smaki tego miasteczka, które żyje własnym życiem. I ma w sobie jakąś magiczną atmosferę. Tak jakby skrywało jakąś tajemnicę. Cisza, spokój, czego chcieć więcej...
O ile w Polsce wciąż pokutuje przekonanie "uważajcie, bo tam kradną", o tyle my spotykaliśmy na swojej drodze jedynie przyjaźnie nastawionych ludzi. Choćby Hiszpana mieszkającego w Rumunii, który próbował nas nauczyć podstaw języka rumuńskiego. A że to był akurat wieczór, w którym próbowaliśmy rumuńskiego wina, to podstawowym zwrotem, który zapamiętaliśmy i który pewnie potrafilibyśmy powiedzieć obudzeniu o trzeciej w nocy było "noroc" (po rumuńsku: Zdrowie! W ten sposób można jednak nie tylko wznosić toasty, ale również życzyć drugiej osobie szczęścia). Nasz znajomy rumuński Hiszpan (rozmawialiśmy z nim trochę po włosku, trochę po hiszpańsku, a trochę na migi, bo angielski w Rumunii jest językiem stanowczo niepopularnym) powtórzył nam je tamtej nocy kilkadziesiąt razy. Nie wiemy, czy dotarł do domu o własnych siłach czy ze wsparciem towarzyszących mu kolegów.
Bran było również kolejnym miejscem, w którym spotkaliśmy Polaków - tym razem byli to jednak nie Polacy na wschodniej emigracji, lecz ci, którzy przyjechali tu na kilka dni swojej podróży służbowej.
Zamek Bran
Jeżeli jedziecie do zamku Bran po to, żeby szukać śladów wampirów, możecie się rozczarować równie mocno jak po obejrzeniu pierwszej części "Zmierzchu". Bo zamek Bran to wcale nie jest zamek Draculi, tak jak "Zmierzch" nie jest prawdziwym filmem o wampirach, lecz raczej melodramatem (chcecie obejrzeć dobry film o wampirach, to włączcie sobie "Underworld" lub "Tylko kochankowie przeżyją" - w tym ostatnim jest dobra ścieżka muzyczna). Aczkolwiek lubię w "Zmierzchu" scenę, w której Edward ratuje Bellę przed wypadkiem samochodowym. Dziś narażanie życia dla drugiej osoby najczęściej zdarza się chyba tylko w filmach. Są jeszcze ludzie zdolni do poświęceń?
Swoją sławę zamek Bran zawdzięcza Draculi, choć ten - o ile w ogóle się na nim pojawił - był tam tylko parę chwil. Ale pisarz, Bram Stoker, za siedzibę Draculi uznał właśnie ten zamek, choć dużo bardziej mroczne i tajemnicze zamki znajdują się w Szkocji (jednym z moich ulubionych jest zamek Dunvegan na wyspie Skye). Dzisiaj w Rumunii Dracula jest jedynie symbolem, a mieszkańcy próbują popularyzować zamek jako miejsce, w którym drzemie historia. Zresztą z historycznego punktu widzenia rzeczywiście jest to ciekawe miejsce. Powstał w roku 1382 (wtedy ukończono budowę), jego historia sięga więc już średniowiecza. Przez kilka stuleci był ważną twierdzą obronną, a od 1920 roku rezydowała w nim latem królowa Rumunii, Maria. Apartamenty na zamku Bran urządziła w stylu włoskim i niemieckim.
Ślady wampirów napotkacie w Bran jedynie na stoiskach dla turystów, znajdujących się tuż przed zamkiem - możecie tam kupić kubki wampira, magnesy z wampirem, koszulki, torby, co tylko chcecie. Jakby ktoś chciał, można tam wydać fortunę. Na terenie zamku jest jedna tablica, na której znajdziecie taką oto wzmiankę o wampirach:
Wampiry, w mitologicznym i ludowym kontekście, są powtórnie ożywionymi zwłokami, karmiącymi się krwią - czytamy. - Według legend wampiry nie tolerują światła dziennego, ich skóra jest ekstremalnie biała, kształt ich źrenic jest ostry, mogą być myleni ze zwykłymi ludźmi. Pod wpływem nastroju ich oczy mogą stawać się fluorescencyjne. Odkąd zaczną pić krew, nie mogą przestać się nią żywić i zwykle bawią się swoją ofiarą przed zjedzeniem. W ciągu ostatniego tysiąclecia legendy o wampirach były rozpowszechniane przez tych, którzy mieli swój udział w tworzeniu kultur Wschodniej Europy. Legenda Draculi na przykład stała się inspiracją w rumuńskim folklorze. Twarz wampira, jak wiemy dzisiaj, została zaprojektowana przez Brama Stokera - tego, który w 1897 roku napisał słynną powieść "Dracula". Ta stała się później punktem wyjścia dla wielu filmów i książek.
Poza tą jedną tablicą, żadnych pomników Draculi czy podobizn wampirów. Ci, którzy chcą z zamku wyjść naprawdę przerażeni, mogą jeszcze zajrzeć do muzeum tortur. Wybierając się na zamek, są dwie opcje biletu: bilet tylko na zamek lub bilet na zamek i muzeum tortur. My wzięliśmy ten drugi, aczkolwiek muzeum wcale nas nie przeraziło. Przeraża jedynie fakt, że to, co dziś w nim oglądamy, naprawdę było wykorzystywane do tortur w czasach średniowiecza.
Żyjemy w innych czasach. Dzisiaj torturujemy się własnymi myślami, błędnymi przekonaniami, tęsknotą za przeszłością lub myśleniem o przyszłości. Możliwe, że niektóre z tych rzeczy bolą bardziej niż nakłuwanie na pal... Tylko kochankowie przeżyją.
Podróż busem z roku 1975 wymaga pokory. Zanim w ogóle wyruszyliśmy, przeglądałam listę miejsc wartych zobaczenia. Teraz wiem, że było to bezcelowe. Bo podróż ogórkiem dla kogoś, kto na co dzień takiego busa nie posiada, to przede wszystkim cenne doświadczenie i możliwość zmierzenia się z wyzwaniem, jakim jest podróż na totalnym spontanie. Tu nie ma czasu na zwiedzanie, dłuższe przystanki czy sen. Celem samym w sobie jest podróż, a nie poszczególne miasta.
Do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, dojechaliśmy bardzo późno w nocy. Nocą Kiszyniów wygląda zwyczajnie, żeby nie powiedzieć: szału nie ma. Bieda, odrapane budynki, pomniki radzieckich socrealistów - tyle mogłam zapamiętać, bo wpadliśmy tam dosłownie na chwilę.
Niektórzy blogerzy są brutalniejsi w swoich opiniach i piszą, że Mołdawia to kraj, w którym nie ma absolutnie nic do zwiedzenia. Czy tak jest rzeczywiście? Trudno powiedzieć. By móc wydać taki surowy wyrok, trzeba byłoby spędzić tam co najmniej tydzień. A my zatrzymaliśmy się może zaledwie na godzinę. Zrobić jedną fotę w stylu "tu byliśmy" i wpaść do McDonalda, bo tylko McDonald może być czynny tak długo, właściwie to zdążyliśmy na kwadrans przed jego zamknięciem.
Przemknęliśmy przez Kiszyniów tak szybko, że z całego pobytu w tym miejscu pozostała jedynie fotografia, którą widzicie wyżej. I na której oprócz świateł Ogórka i flagi Mołdawii mało co widać. A wszystko dlatego, żeby na dłużej zatrzymać się w Rumunii. I właśnie o tym kolejnym naszym przystanku, a więc o wampirach, zamku Bran, Draculi i Bukareszcie, stolicy tego niedocenianego kraju będę mogła napisać dużo więcej. Do przeczytania!
Naddniestrze to państwo nieuznawane. Jego całkowita powierzchnia wynosi 4163 km kwadratowe. Ale kraj ma swoją walutę, stolicę w Tyraspolu, prezydenta, flagę, godło, a nawet hymn. W zasadzie żyje swoim życiem. Mało kto tam jeździ. W przewodnikach można je wyszukać pod hasłem: "odwiedź kraje, których nie ma". Naddniestrze rządzi się swoimi prawami. Do tego stopnia, że kiedy wjeżdżasz na teren republiki, przestaje działać nawigacja. A potem, kiedy naddniestrzański milicjant wręcza ci mandat, okazuje się, że jechałe(a)ś pod prąd. Dlatego krótko o specyfice Naddniestrza, a zdecydowanie dłużej o tym, dlaczego warto jechać pod prąd.
W tym miejscu powinno się znaleźć kilka cennych wskazówek dotyczących tego, jak podróżować po sowieckim skansenie czy tej małej Rosji, jak ją nazywają. Być może powinno, ale jeżeli kilka minut po wjeździe do Naddniestrza siada nawigacja, z oddali słychać dzikie psy, a milicja od razu wlepia mandat i wokół prawie żadnej żywej dobrej duszy, to uwierzcie, nie tworzy to sprzyjającej atmosfery. Byle to Naddniestrze przejechać szybko i bezboleśnie. Najlepiej tak, żeby kierowca nie odczuł tego w portfelu.
Razem z ekipą Statku Miłości planowaliśmy tylko tranzyt przez Naddniestrze. Nie zatrzymujemy się na dłużej, nie zwiedzamy. Dostaliśmy więc wizę w postaci świstka papieru, która pozwalała na 24-godzinny pobyt w tej małej Rosji. I mieliśmy szczęście, bo przy drugim zatrzymaniu przez milicję można już było mieć obawy, na jak długo nas w Naddniestrzu zatrzymają. Miło nie było. Zabierają dokumenty i każą czekać w samochodzie. Tak długo, że razem z tymi, którzy towarzyszą ci w podróży zaczynacie się zastanawiać, czy dobrze zrozumieliście komunikat. Dobrze. Po długim oczekiwaniu dostajecie je z powrotem i możecie jechać dalej. Wydaje się, że z lekką ulgą przekraczaliśmy granicę z Mołdawią. Bądźmy szczerzy: Naddniestrze nie pozostawiło zbyt wielu dobrych wspomnień czy skojarzeń. Ja zapamiętałam je właśnie z tej naszej jazdy pod prąd.
Ale jedno z państw, których nie ma, odfajkowałam już na swojej podróżniczej liście.
Jedź pod prąd i rób to, co Cię przeraża. Podróżnicze podsumowanie roku 2016
Zbliża się koniec roku 2016 i chyba jestem Wam winna wyjaśnienie, dlaczego blog nie tętni życiem tak jak dawniej. Otóż poprzedni rok, jak również tegoroczna podróż Statkiem Miłości uświadomiły mi, że to, co wpływa na nasz rozwój, to właśnie wspomniana jazda pod prąd. Jeżeli ludzie mówią ci, że coś powinnaś/powinieneś, nie rób tego tylko dlatego, że oni tak twierdzą. Być może nie rób tego wcale. Być może zrób coś zupełnie odwrotnego. Jeżeli czegoś nie czujesz, pozwól sobie na bunt. Spełnianie czyichś oczekiwań tylko po to, żeby ktoś cię zaakceptował, jest tożsame z brakiem autentyczności. Jeżeli pozwolisz sobie na autentyczność, to automatycznie zaczniesz przyciągać do siebie ludzi o podobnych poglądach, sposobie postrzegania świata i pasjach.
Bloga Podróże bez planu założyłam w lipcu 2015 roku. Wtedy był dla mnie odskocznią. Lipiec to taki czas, kiedy wszyscy się cieszą, jadą na wakacje i imprezują na festiwalach muzycznych. Ja nie bardzo potrafiłam się wtedy cieszyć. Starałam się więc szukać pozytywu w małych rzeczach, choćby w pierwszych czereśniach tamtego lata. Ale kiedy przestajesz czuć smak czereśni, to wracasz do punktu wyjścia: do nieprzespanych nocy i do tego, że przez cały dzień zjadłaś tylko jedną bułkę, bo brak ci apetytu. I kiedy nie mogłam zasnąć, pisałam. Tworzenie jak mało co działa oczyszczająco i pozwala na ucieczkę od niechcianych myśli. Ponoć najciekawsze książki i najpiękniejsze piosenki powstały właśnie w nocy.
Dziś wiele osób zarzuca mi, że na moich kanałach społecznościowych jest mnóstwo pozytywu, a przecież to niemożliwe, żeby wszystko było idealnie. Oczywiście, nie ma nic, co byłoby idealne. Ludzie są niedoskonali, świat jest niedoskonały. Ale chodzi o to, jak ten brak perfekcji we wszystkim, co Cię otacza, przyjmujesz na klatę. Ja nauczyłam się wtedy, zupełnie przez przypadek, doceniać to, co się ma "tu i teraz". I jestem wdzięczna za to, co mam, nawet jeśli niektóre marzenia wciąż pozostają niespełnione (przecież marzenia są po to, żeby je spełniać, mamy na to czas!). Niestety, chcąc nie chcąc, blog, który był dla mnie wtedy odskocznią, stał się pewnego rodzaju obciążeniem, ale i... częścią mnie. Dziś wielu ludzi, składając mi życzenia, życzy mi na przykład "podróży bez planu". I wcale nie mam im tego za złe, bo to właśnie te podróże bez planu pozwoliły mi odkryć siebie.
Tyle, że skoro już to odkryłam, to nie chcę powrotów do przeszłości. Był nawet moment, kiedy zastanawiałam się, czy bloga nie zamknąć. Bo teraz jestem szczęśliwa, bo mam wokół siebie ludzi, którzy nie narzucają mi, co mam robić, a wręcz przeciwnie - często dzielą te same pasje. Oni nie oczekują, że będę kimś innym niż jestem. Co więcej - akceptują również to, że się zmieniłam. A zmieniła mnie przede wszystkim jazda pod prąd. I choć biłam się z myślami, to bloga będę prowadzić dalej - w końcu w pewnym sensie tamte podróże stały się częścią mnie. W przyszłym roku będzie najprawdopodobniej mniej wpisów związanych z rozwojem osobistym (w tym stylu dokończę jedynie relacjonowanie podróży ogórkiem, bo podróż Statkiem Miłości była dla mnie rodzajem życiowego road-movie).
Czego Wam życzę w 2017 roku? Tego, żebyście przełamali w sobie strach przed nieznanym. "Rób to, czego się boisz" - usłyszałam kiedyś. To najbardziej genialny sposób na to, żeby pozwolić sobie na "bycie sobą". Czego życzę sobie? Kolejnych podróży bez planu, ale już nie takich do wnętrza siebie, lecz takich na spontanie i z ludźmi, z którymi dzielę swoje pasje. Z takimi ludźmi, z którymi można patrzeć w tym samym kierunku i widzieć świat w kolorowych barwach.
Zdjęcie wykonane w klubie Music & Motion Centrum Tańca i Fitness we Wrocławiu
Jechaliśmy w piątkę jednym samochodem, mając do dyspozycji jakieś pięć metrów kwadratowych. Każdy z nas miał przed sobą tę samą trasę: Ukraina, Naddniestrze, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Macedonia, Kosowo, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Węgry, Słowacja. 6600 kilometrów. Fascynujące jest jednak to, że dla każdego z nas ta podróż oznaczała coś innego. Tak jak tylko dla mnie celem był Budapeszt. W rzeczywistości w czasie podróży to nie cel jest istotny, ale droga i ludzie, których na tej drodze spotykamy.
Sławek (bo tak w tłumaczeniu na język polski brzmiałoby jego imię) dołączył do nas na trasie z Kijowa do Odessy (zobacz też: Odessa. Budzimy się, a tam pełno turystów). Próbował złapać stopa, marząc o najpiękniejszym i najwygodniejszym samochodzie, jaki tylko można sobie wyobrazić. I właśnie wtedy zatrzymaliśmy się my - Volkswagen T2, rocznik 1975. Bez klimy, za to z lekko skrzywionym grymasem Boba Marleya i pacyfą.
Sławek pochodzi z Doniecka - miasta ogarniętego konfliktem. Po niektórych domach został tam już tylko gruz. Wojna zmusiła wielu ludzi do opuszczenia miasta. Znalezienia sobie nowego miejsca na Ziemi albo pozostania w drodze. Sławek był w ciągłej podróży. To, co szczególnie mnie w nim uderzyło, to jego wdzięczność za wszystko, co go spotkało.
Psychologowie twierdzą, że poczucie wdzięczności jest przepustką do szczęścia. Banał, ale strasznie trudny do zrealizowania. Bo zwykle jest tak, że kiedy wydaje Ci się, że tracisz wszystko, a grunt usuwa się spod nóg, to w pierwszej chwili czujesz niezgodę i bunt. Robisz wtedy wszystko, żeby odwrócić los i zmienić swoje życie tak, by wyglądało jak w bajce: i żyli długo i szczęśliwie. Sławek mógł mieć wiele powodów, by odczuwać frustrację i gniew. On tymczasem całym sobą wyrażał wdzięczność i akceptację. Jakby wiedział, że to, co wydaje nam się rozczarowujące i niesprawiedliwe, wydarza się nam po to, by mogło nas spotkać coś znacznie lepszego.
Podróże są fascynujące nie ze względu na miejsca, które oglądamy, lecz ze względu na ludzi, których spotykamy po drodze, bo to dzięki nim zyskujemy inne spojrzenie na rzeczywistość. To im powinniśmy szczerze podziękować (ja dziękuję Sławkowi). Bo to oni sprawiają, że przestajemy mieć klapki na oczach i zaczynamy widzieć świat w różowych, a nie czarnych barwach.
Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu
Prawdopodobnie jest na świecie bardzo niewiele miejsc, o których można powiedzieć, że czujesz się w nich jak w domu. I o ile wiesz, co to prawdziwa miłość, to łatwiej zaśpiewać za Taylor Swift "your eyes look like coming home" niż znaleźć nowe miejsce, w którym samemu dla siebie będziesz się czuć dobrze. Dla mnie na całej trasie naszej podróży ogórkiem Odessa była właśnie tym miastem, które przypominało mi dom.
Miasta mają dusze. Oczywiście nie dosłownie, ale w przenośni. I oczywiście nie wszystkie. Warszawa na przykład jest dla mnie bezduszna. I choć kilkukrotnie, również na łamach tego bloga, próbowałam sobie wmówić, że to przecież nieprawda, że to właśnie tam można spełniać marzenia (i cytując Karolinę Czarnecką: będzie hajs, i love, i sława), to i tak zawsze wracałam do punktu wyjścia przy Alejach Jerozolimskich, gdzie oczy szkliły się od łez. Może nawet nie macie pojęcia, ile radości i szczęścia może dać zwykła codzienność w miejscu, które nazywasz domem. Dla mnie tym domem jest Wrocław, a Odessa przypominała mi go z kilku powodów.
W Odessie tętni życie - w czasie, gdy my tam byliśmy, organizowane były pokazy stuntu i fitness na świeżym powietrzu. Oprócz tego można było podziwiać artystów ulicznych - i to nie byli zwykli grajkowie, ale ludzie, którzy faktycznie mieli jakiś talent, pasję. Jednocześnie w Odessie są też miejsca, alejki, w których możesz się wyciszyć. Zostać sam na sam ze sobą. Nawet jeśli otaczają Cię tłumy turystów. Albo poczuć się jak podczas Bożego Narodzenia, bo Odessa jest też uroczo rozświetlonym miastem (zobacz film poniżej - końcówka, bo to ujęcia nie tylko z Odessy, lecz także z Kijowa), a tym samym zaryzykowałabym stwierdzenie, że mogłaby uchodzić za dużo bardziej romantyczną niż oklepany już dla wielu Paryż. Bardzo żałuję, że nie ma takiego zdjęcia, które mogłoby zilustrować tamtą atmosferę.
Mamy za to dużo zdjęć ilustrujących nasz chillout na plaży w Odessie. I szkoda trochę, że nie znam się lepiej na fotografii, bo do tej pory zachodzę w głowę, czy rzeczywiście mam takie długie nogi, czy po prostu fotograf zrobił zdjęcie z odpowiedniej perspektywy. Ale nie bądźmy aż tak narcystyczni. Plaża w Odessie to nie tylko piękne kobiety, długie nogi i słońce, lecz przede wszystkim "tłumy turystów" - jak by to określił nasz kolega o pseudonimie Jabol. Dla mnie w Odessie było jeszcze za wcześnie, by spać pod gołym niebem, choć w kolejnych państwach na trasie ubóstwiałam możliwość nocowania w hamaku, ale męska część naszej załogi nie odmówiła sobie przyjemności spędzenia nocy na plaży. Potem kilkukrotnie słuchałyśmy opowieści, jak to jest "obudzić się na plaży, popatrzeć, a tam wokół tłumy turystów".
Jest coś takiego, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, żeby je zrozumieć i móc spojrzeć na to, co za nami, z zupełnie innej perspektywy. Odessa na przykład wygląda zupełnie inaczej u stóp Schodów Potiomkinowskich (podobno najsłynniejszych w Europie), a inaczej, kiedy się jest już na szczycie, po przejściu 192 stopni. I kiedy stoisz na samym dole, wydaje Ci się, że schody są gigantyczne, że tak wiele jest do przejścia. Po drodze Twój wzrok przyciągają ludzie i zwierzęta, a serce nie pozwala oderwać spojrzenia od cierpiącego bezdomnego psa. Chcesz go przygarnąć, ale nagle zderzasz się z murem, jakim jest biurokracja i wymóg, by na kolejnych granicach pokazać, że pies ma swój paszport (międzynarodowe adopcje zwierząt to kosmos trudny do przebrnięcia). Pies pozostaje w Odessie, a Ty musisz ruszyć dalej, znów przed siebie. Kolejne stopnie do pokonania. W końcu znajdujesz się na szczycie schodów, które pewnie znacie choćby z filmu Sergiusza Eisensteina „Pancernik Potiomkin”.I wydaje ci się, że sam jesteś bohaterem jakiegoś filmu, bo Twoim oczom ukazuje się widok nie do opisania. Możliwe, że długo na ten widok czekałeś i naprawdę trudno było pokonywać kolejne stopnie, ale prawdziwe piękno warte jest cierpliwości. I tego, żeby zaczekać.