 |
fot. Aleksandra P., freeimages.com
|
Wszystko zaczęło się od Carla
Gustava Junga, który w roku 1921 podzielił świat na introwertyków i
ekstrawertyków. I tak już prawie sto lat ludzie nie potrafią się ze sobą
porozumieć. Żartuję, oczywiście. Ale nie ulega wątpliwości, że się różnimy.
Różni nas proces podejmowania
decyzji i sposób wyrażania emocji. Ale właśnie te różnice sprawiają, że się
uzupełniamy. Wyobrażacie sobie świat, składający się tylko z introwertyków?
Liczba szalonych imprez ograniczyłaby się do minimum, dominowałyby domówki. A
świat złożony tylko z ekstrawertyków? Kluby AA i ośrodki odwykowe miałyby
naprawdę spore wzięcie. To, o czym piszę, to bardzo przejaskrawiony i trochę
sarkastyczny obraz. Nie jest też do końca prawdą, że introwertycy nie umieją
się bawić, a ekstrawertycy to niepoprawni imprezowicze. Ale celowo tak to
właśnie przedstawiam, uważam, że w podróżowaniu dobrze sprawdzają się duety
introwertyk-ekstrawertyk. Do wypowiedzi zaprosiłam również introwertyczkę, autorkę
bloga "Krasnoludki przy sterach".
Hai Le jest introwertyczką, która
samodzielnie zwiedziła część Chin, o czym opowiada na swoim blogu
Krasnoludki przy sterach. Dziewczyna u
siebie pisze również na inne tematy, a na łamach
Podróży bez planu opowie Wam o
"introwertycznym podróżowaniu". Jest też pierwszym krasnalem
blogosfery, więc to chyba logiczne, że pojawia się na blogu wrocławianki. Ja zaś
przedstawię Wam swój ekstrawertyczny punkt widzenia.
Arwena. Ekstrawertyczka i niepoprawna idealistka
Jak sama nazwa bloga wskazuje,
nie jestem fanką planowania. Wiecie, w życiu można wiele planować, a i tak
zawsze coś się spieprzy. Albo po prostu popsuje Wam szyki. Ludzie, którzy zbyt
wiele planują, zwykle mają problem z poczuciem odpowiedzialności. I ostatecznie
wybierają ucieczkę zamiast podjęcia ryzyka.
Planowanie i decyzje o emigracji
Nie, ekstrawertyzm nie eliminuje
poczucia strachu. Nie mam odwagi, żeby skakać na bungee. Ale nie bałabym się
porzucić wszystkiego, co trzyma mnie w Polsce i wyjechać z kraju, gdyby chodziło
o coś lub o kogoś, na czym/kim by mi cholernie zależało. Dlatego nie planuję. O
wyborze celu podróży zwykle decyduje chwila. W przypadku podróży zagranicznych
niestety także aktualny stan konta. Mnie cieszą spontaniczne wypady w góry i
sytuacje niespodziewane. Tak niespodziewane, że kiedy piszę do przyjaciółki:
"Bierzemy urlop i jedziemy?", to w ciągu kwadransa obie potrafimy się
zdecydować. I jedziemy.
Pakowanie i doświadczanie
Pakowanie na ostatnią chwilę to
moja specjalność. Nie jestem pewna, czy wynika to z mojej
 |
| fot. Irina Martynuk, freeimages.com |
ekstrawertycznej
osobowości czy raczej z trybu życia, jaki prowadzę ze względu na swoją pracę.
Ale każda noc przed urlopem to dla mnie noc nieprzespana. Noc, podczas której
mam milion maili do wysłania i kilkanaście artykułów do napisania. Dlatego
kiedy na kilka godzin przed wylotem zaczynam się pakować, to wiem, że
prawdopodobnie zapomnę jednej z najbardziej kluczowych rzeczy: szczoteczki do
zębów, śpiwora albo ładowarki do telefonu. Cofnij. Ładowarki do telefonu nie
zapomnę, bo bez telefonu czuję się jak bez ręki. Za to w walizce obowiązkowo
znajdzie się pięć par spodni i kilka par butów. Trzeba przecież być
przygotowanym na każdą okoliczność.
Jednocześnie mam wrażenie, że
gdyby nie moja praca, to najchętniej zagnieździłabym się gdzieś w amazońskiej
dżungli. Tęsknię do podróży, podczas której można co najmniej miesiąc lub dwa
poczuć atmosferę innej kultury. Wiem, jakie to fascynujące, ponieważ przez
ponad rok mieszkałam w północnej Afryce. Wykonywanie pracy dziennikarza trochę
ogranicza ten rodzaj podróżowania. To jednak nie stanowi dla mnie problemu,
ponieważ pisanie to dla mnie więcej niż praca. To przede wszystkim pasja. Ale
to, co dla mnie ważne w podróżach, to smakowanie, doświadczanie i poznawanie
innych kultur i obyczajów.
Sytuacje nieplanowane. Jestem przygotowana na każdy spontan
Znacie to uczucie, kiedy macie
dużo czasu do odjazdu pociągu, a na koniec okazuje się, ze tracicie orientację
w terenie, nie możecie znaleźć peronu i ryzyko, że nie zdążycie jest tak samo
duże jak to, że znów nie traficie szóstki w Toto Lotka? Ja znam. Właściwie
przytrafia mi się to regularnie. Nie zawsze, ale i tak dość często, by o tym
pisać. Tylko że mimo swojej cholerycznej i ekstrawertycznej osobowości w takich
sytuacjach zawsze zachowuję stoicki spokój. W końcu nie ma sytuacji bez wyjścia
i problemów nie do rozwiązania. Nie ten pociąg? Trudno, przyjedzie następny.
Ewentualnie można też spróbować wrócić na stopa. Mam wrażenie, że opanowanie się w sytuacji,
kiedy coś rozbija Ci pierwotny plan, jest dla introwertyka zdecydowanie
trudniejsze.
Czas nie ma znaczenia
"Szczęśliwi czasu nie
liczą" - dlatego kiedy już jestem w tym pociągu, na który ledwo co
zdążyłam,
nie myślę o tym, kiedy dotrę do celu. Sycę się widokami za oknem albo
zaczynam żyć życiem bohaterów jednej z książek, które powodują, że moja torebka
waży z jakieś 10 kg. Albo nawet 15. Znajomi zwykli mówić, że trzymam w niej
cegły. Kiedyś miałam okazję podróżować z introwertykiem. Byłam w szoku,
ponieważ ja nie miałam pojęcia, kiedy będziemy na miejscu. On za to znał
godziny przyjazdu na każdą ze stacji na trasie.
Z kimś zawsze raźniej
To ostateczność.
Ekstrawertyk/Ekstrawertyczka zdecyduje się na coś takiego, kiedy naprawdę
zostanie postawiony(a) pod ścianą albo będzie na emocjonalnym haju. Inną sprawą
jest to, że kiedy już się na taką podróż zdecyduje, to przekona się, że to
wcale nie jest takie złe rozwiązanie. Taką właśnie opinię wyrobiłam sobie po
pobycie w Berlinie. Ale generalnie ekstrawertycy potrzebują towarzystwa. Wciąż
jednak najpiękniejsze, najbardziej odlotowe i zwariowane chwile to te spędzone
z przyjaciółmi. Bo tak jak introwertycy czerpią energię z wnętrza, tak
ekstrawertykom potrzeba innych ludzi. Introwertyk wraca do domu i chce się
wyciszyć, mieć święty spokój. Ekstrawertyczka woli się uzewnętrznić,
opowiedzieć o tym, co niespotykanego jej się przytrafiło po drodze.
I teraz pewnie zadajecie sobie
pytanie, czy duet ekstrawertyczka-introwertyk lub introwertyczka-ekstrawertyk
to dobry pomysł na wspólną podróż? Moim zdaniem tak, ponieważ dzięki różnicom
świetnie się uzupełniają. Wtedy, kiedy ucieka Wam pociąg, ekstrawertyczka
znajdzie rozwiązanie. Wtedy, kiedy ona zgubi się we własnym chaosie,
introwertyk ruszy na ratunek dzięki dobrej organizacji. Czy to dobry duet na
życie? To już inna para kaloszy, ale mogę stwierdzić, że będąc świadomym tych
różnic może się udać. Jeżeli introwertyk wysłucha zbędnej paplaniny ekstrawertyczki,
a w zamian za to ekstrawertyczka pozwoli sobie na chwilę milczenia, to sukces
macie murowany.
Hai Le,
krasnoludek introwertyczny
Stoję na nieco innym niż Arwena
stanowisku i odwrotnie niż ona twierdzę, że podział na Więc skoro
teraz już ona opowiedziała Wam jak według niej podróżuje ekstrawertyk, to teraz
ja Wam napiszę jak według mnie podróżuje introwertyk.
Podział na introwertyków i ekstrawertyków
nie ma tak dużego znaczenia. Gdybyśmy chcieli sprawnie podzielić ludzi na
jednych i drugich, to pewnie by nam się to nie udało, bo większość z nas łączy w
sobie cechy jednego i drugiego typu. Jednocześnie też jednak sami
przyporządkowujemy samych siebie do jednego lub drugiego typu ze względu na to,
z którym się identyfikujemy. Dlatego też ja uważam się za introwertyczkę, a
Arwena za ekstrawertyczkę.
Najlepiej samotnie
Przede wszystkim samotnie, ja
zresztą sięgając wstecz i myśląc o wszystkich najfajniejszych
 |
| fot. Artgeek3K, freeimages.com |
rzeczach, jakie
zrobiłam w życiu, zdaję sobie sprawę, że wszystkich ich dokonałam w pojedynkę!
Lubię móc decydować o tym, co i kiedy zrobię, drugi człowiek, (o całej grupie
już nie wspominając) zawsze to ogranicza. W dzieciństwie raz dałam się wysłać
na zorganizowane kolonie i do dziś uważam koszmarnie, na szczęście rodzice dali
się namówić, żeby mnie stamtąd zabrać. Później pojechałam jeszcze na zieloną
szkołę, ale tutaj choć równie mocno mi się nie podobało, rodzice już po mnie
nie przyjechali. Tak, nawet z perspektywy czasu nie zmieniłam zdania, że to nie
były fajne wyjazdy. Teraz w dorosłym życiu za nic, (no ok, może za duże
pieniądze) nie dałabym się namówić na żaden zorganizowany wyjazd. Widoczne
drzemie we mnie dusza anarchisty.
Natomiast jeśli chodzi o wyjazdy we dwoje, to
tylko z drugim introwertykiem, co mówiąc mam na myśli osobę małomówną i równie
samodzielną jak ja, tak żebyśmy sobie zbyt wiele nie wchodzili w drogę.
Oczywiście uważam, że fajnie jest móc się z kimś powymieniać wrażeniami, ale
nieustanne towarzystwo mnie zwyczajnie męczy.
Niestandardowo
Zupełnie nie kuszą mnie oblegane
stolice zachodniej Europy, sławne muzea i architektura znana z kasowych filmów.
Preferuję kierunek na wschód niż na zachód i do lasu zamiast do stolicy.
Pierwszy miesiąc swojej dwumiesięcznej, samotnej podróży po Chinach
przesiedziałam w oddalonej od jakiejkolwiek cywilizacji tybetańskiej wiosce,
którą zamieszkiwało więcej bydła niż ludzi. Stanowczo nie żałuję tego czasu, a
żadne z kolejnych miejsc, które odwiedziłam - i w kolejnym miesiącu, i w ogóle
w czasie całego rocznego pobytu w Państwie Środka - mu nie dorównywało.
Na długo
Dla mnie weekendowy wypad gdzieś
to po pierwsze nie podróż, po drugie marnowanie weekendu, który wolę spędzić w
domu śpiąc do południa i oglądając kreskówki (taki ze mnie hipster <|;^P).
Na podróżowanie potrzebuję więcej czasu, by w pełni chłonąć atmosferę miejsca,
w którym się znajduję. Lubię spacerować bez celu po małych uliczkach i jeździć
publicznym transportem od pętli do pętli, obserwując ludzi, którzy na co dzień
mieszkają i żyją w danym miejscu. Lubię pozostawać w jednym miejscu tak długo,
aż zaczynam kojarzyć uliczki, aż wiem, która kawiarnia ma najlepsze ciastka i
kojarzę, gdzie kupić żyłkę do wędkowania. To oczywiście głupie przykłady,
chodzi mi o odnalezienie się w odwiedzanym miejscu.
Nie-bycie turystą
To niejako kontynuacja
poprzedniego punktu. Zawsze omijam turystyczne miejsca must-see, udogodnienia
dla turystów, knajpy dla turystów i w ogóle wszystko, co dla turystów.
Dlaczego? Ponieważ uważam, że wszystkie
te udogodnienia, mające pomóc nam zwiedzać dane miejsce tak naprawdę trzymają
nas od niego z daleka, bo pozwalają zobaczyć tylko specjalne, wyizolowane (i
najczęściej tłumne) miejsca, które na co dzień omijają jego mieszkańcy. Próba
spojrzenia na miejsce z perspektywy właśnie mieszkańca (a nie turysty) zupełnie
zmienia odbiór miejsca.
Na spokojnie
Arwena utożsamia introwertyka z
pedantem planowania i chodzącym kalendarzem - cóż, nie da się ukryć, że ja taka
nie jestem i to ani ciut ciut. Zazwyczaj zabieram raczej zbyt mało niż za dużo
rzeczy, wszędzie potrafię się zgubić, co przez lata wypracowało we mnie osobny
zmysł do rozróżniania kogo warto, a kogo nie warto pytać o drogę. Dlatego
najpierw się gubię, a potem znajduję, zmylenie dróg i kierunków mam zawsze
pewniejsze niż w banku. Zawsze też staram się to jak najlepiej wykorzystać,
ciesząc się nowo odkrytymi leśnymi uliczkami, parkami i zakamarkami miast. Wbrew zdaniu Arweny uważam, że właśnie raczej
te cechy, zachowywania spokoju niezależnie od sytuacji, zdania się na flow i
obywanie się bez planu są bardziej charakterystyczne właśnie dla introwertyków,
nie ekstrawertyków.
W każdym razie jak pewnie zauważyliście i ja, i Arwena mamy
ze sobą co nieco wspólnego.
PYTANIE DO WAS:
A Wy
jakimi jesteście typami? Introwertycznymi czy ekstrawertycznymi, jak lubicie
podróżować?
Waszym
zdaniem jak sprawdzi się w podróży duet introwertyk-ekstrawertyk?