środa, 20 kwietnia 2016

Miłość i szczęście wymagają odwagi, a każda podróż zaczyna się od postawienia pierwszego kroku


fot. freeimages.com
Jakiś czas temu mignęło mi gdzieś na ulicy: "Take a risk or lose a chance". Inspirujący, motywujący cytat. Niby nic wielkiego, ale jakoś nie potrafiłam przejść obok tego obojętnie. Zresztą tak jak ostatnio obok ferrari na placu Solnym. Bo chociaż wiele rzeczy się zmieniło, przygotowuję się teraz do wyprawy Ogórem i wcale nie dbam o to, by mieć komfort w podróży, to wspomnień wymazać nie potrafię. Są jak tatuaż, niezmywalne. 

Pokonać strach

Pokonać strach jest bardzo trudno. Strach nas niszczy. Z obaw o własną przyszłość rezygnujemy z rzeczy pięknych, szalonych, niezapomnianych i niepowtarzalnych. Smutne, prawda? Tymczasem najtrudniejszy jest zawsze pierwszy krok. Opiszę Wam to na kilku przykładach.

Pierwszy e-mail do ekipy Statku Miłości: wysłany kompletnie bez wiary w to, że ktokolwiek odpisze, a co dopiero zgodzi się na dołączenie do tak szalonej wyprawy.

O przygotowaniach do wyprawy Ogórem możecie przeczytać tutaj

Pierwsza notka na tym blogu: zbyt emocjonalna i mało przemyślana. Ale gdyby nie ten pierwszy krok, to czy powstałyby następne? Każdy post, który pojawia się na tym blogu, czytam kilka razy przed publikacją - nie ze względu na literówki, ale dlatego, że przywiązuję się do tego, co piszę. A często piszę tak, jak czuję. Nie potrafię przejść obok tego obojętnie

Pierwszy Woodstock: zaliczyłam go w ubiegłym roku. Pojechałam na niego sama, obładowana torbami, laptopem i lustrzanką, której musiałam pilnować jak oka w głowie. Nie wiedziałam, jak się odnajdę w tym wszystkim. A po powrocie stwierdziłam, że to na pewno nie był mój pierwszy i ostatni Woodstock. Będą kolejne!

Pierwszy kontakt w przerwanej na długo relacji: czasem zdarza się tak, że długo wpatrujesz się w telefon, zanim wybierzesz numer. Jeszcze dłużej, zanim naciśniesz "Połącz". A kiedy słyszysz kogoś po drugiej stronie, nie możesz słowa wydobyć, bo głos grzęźnie w gardle.

Za każdym razem podejmuję ryzyko - ktoś może wyśmiać tego bloga, ktoś może nie odpisać, ktoś może nie odebrać lub się rozłączyć. Porażka czy odmowa zaboli, ale da Ci poczucie, że przynajmniej spróbowałaś/spróbowałeś, że wyczerpałaś/wyczerpałeś wszystkie drogi do osiągnięcia celu. 

Bez względu na efekty - próbuj

Take a risk or lose a chance - ryzykuj, bo inaczej możesz stracić swoją szansę. Być może ten jeden e-mail spowoduje, że będziesz miał przed sobą przygodę życia. Być może blog, który zakładasz z powątpiewaniem w swoje możliwości, będzie miał w ciągu kilku miesięcy tysiące odsłon i okaże się inspirujący dla wielu czytelników? Być może ten pierwszy w życiu Woodstock zmieni Twoje postrzeganie świata? Być może dzięki temu zaczniesz doceniać to, co Cię otacza na co dzień?

To nieważne, czy ktoś odpisze Ci na maila, czy nie. To nieważne, czy ktoś się rozłączy, czy nie. Ważne, że próbowałeś. Bez podjęcia próby wyrzucamy potem sobie, że można było zrobić więcej. Żałujemy nie tego, co zrobiliśmy, lecz tego, czego baliśmy się zrobić.

Jeżeli próba kończy się porażką, to nie oceniaj, nie osądzaj. Wybacz, może po prostu nie trafiłeś w moment. Nie każdy trafia na dobre numery w loterii Totolotka. Po prostu przyjmij los, uznając, że jest dokładnie tak, jak ma być. Kiedyś, gdy coś szło nie po mojej myśli, obrażałam się i czułam gniew, jednocześnie zadając sobie pytanie: dlaczego? Dziś, gdy chcę wiedzieć, dlaczego, nie waham się - po prostu dzwonię i pytam. Czasami możesz nie zdążyć jednak zadać właściwego pytania - nie żałuj.

Jeżeli coś ma stać się inaczej niż wyobraziłaś to sobie, to owo "inaczej" nastąpi w swoim czasie. I pogódź się z tym. Ja staram się już nie osądzać ludzi, o których kiedyś pomyślałabym: "Jak można". Wybaczam im, bo jako naiwna idealistka wierzę, że zawsze można wszystko zacząć od początku. I że jeśli bardzo się tego chce, to można zmieniać świat. Wiem również, że nie znając wszystkich okoliczności, nie znamy też pełnej prawdy. A rzadko kiedy jesteśmy w stanie owe okoliczności poznać dogłębnie. Co więc nam zostaje? Akceptacja tego, co jest tu i teraz. 

środa, 6 kwietnia 2016

Jedno wielkie NIE dla torturowania kobiet. Dlaczego chcemy mieć prawo wyboru?

Opowiem Wam dzisiaj historię pewnej kobiety. Kobiety, którą dobrze znam. Na potrzeby tej opowieści nazwijmy ją Tauriel. Będzie to jednak też historia bardzo wielu kobiet, których nie znam i w obronie których dzisiaj staję. Bo życie to coś więcej niż sprawiedliwość. To odpowiedzialność. To wybory, za które musimy ponosić konsekwencje. I chcę, by każda kobieta w Polsce miała prawo do tego wyboru. Inicjatywa "Stop aborcji" takie prawo nam odbiera. 

W Polsce powstał projekt obywatelski, przewidujący całkowity zakaz aborcji. Poniższa historia niech stanowi komentarz do tej inicjatywy.


Tauriel była zwykłą kobietą. Wrażliwą, ciepłą, uczuciową, delikatną, subtelną, cierpliwą, wierną i do tego piękną. Miała świetną sylwetkę i idealny tyłek. Taki, jak to mówią, "wyrzeźbiony przez Boga". Prawdziwa kobieta - podobno faceci właśnie o takiej marzą. Tauriel czuła się szczęśliwa, czerpała z każdej z chwil. Nawet nie zauważyła, gdy coś zaczęło się psuć. I kiedyś, tak po prostu z dnia na dzień, on ją zostawił. I ona nie wiedziała, dlaczego.

Na początku były łzy, potem dopiero było słowo. Łzy, alkohol, nieprzespane noce i kawa. Dużo kawy. Dni mijały, a Tauriel bała się coraz bardziej. Bała się, bo czas nie grał na jej korzyść. Zaczęła odliczać dni: 29, 30, 31, 32, 33, 34, 35. W dniu numer 35 poszła do apteki po test ciążowy. Oczy jej się szkliły od łez.


Miała tylko nadzieję, że zobaczy na nim jedną kreskę. Tysiące kobiet ma inaczej. Cieszą się, gdy wynik okazuje się pozytywny. Ale nie są wtedy same. To były najdłuższe trzy minuty w życiu Tauriel. Trzy minuty, po których poczuła niesamowitą ulgę. Dlaczego? Bo zbyt mocno kochała życie, by móc dokonać aborcji. Nie potrafiłaby tego zrobić. A jednocześnie nie chciała zostać samotną matką. Nie chciała, by dziecko wychowywało się bez ojca. Ojca, który zapewne nawet nie dowiedziałby się o jego istnieniu, bo przecież przestał odbierać telefony. Nie odpisywał na maile, nawet wtedy, gdy upokarzała się wyłącznie po to, by mieć ten psychiczny spokój. Chciała tylko wiedzieć, dlaczego. Tego nie dowiedziała się nigdy.

Tauriel trzymała w trzęsących się rękach test ciążowy. Wyrzuciła go razem z żelem, którego on zapomniał zabrać razem ze swoimi rzeczami.

Podczas tych trzech minut Tauriel była kompletnie sama. Jedna kreska, to ją uratowało. Parę dni później, gdy ochłonęła, mogła liczyć na rodzeństwo czy przyjaciółki. Na niego już niestety nie.

Widzisz, Najdroższy Czytelniku, ten mężczyzna, miał WYBÓR: mógł zostać lub odejść. Odszedł, pozostawiając ją z milionem pytań bez odpowiedzi. Bardzo łatwo jest powiedzieć "kocham", ale jeśli naprawdę chcesz unieść znaczenie tego słowa, powinieneś umieć ponosić odpowiedzialność za wypowiedziane słowa. Za to, że ktoś obdarzył cię zaufaniem. Jeśli nie jesteś pewny, najlepiej nie mów nic.

A teraz, Drogi Czytelniku, zadaj sobie pytanie: dlaczego chcesz odebrać prawo wyboru kobiecie, która ma łzy w oczach, kiedy robi test ciążowy i ma nadzieję na negatywny wynik? Kobiecie, która została porzucona albo zgwałcona? Kobiecie, której życie jest zagrożone? Możliwe, że codziennie na ulicy mijasz taką Tauriel. Dzisiaj uśmiecha się, żartujecie. Nie wiesz jednak, przez jakie piekło wcześniej przeszła.  Nie wiesz, jakie emocje wywołują przykre wspomnienia i pytania bez odpowiedzi, więc nie oceniaj. I pozwól jej zdecydować, bo tylko ona wie, czy będzie w stanie wcielić się w rolę samotnej matki.

Ciebie, Drogi Czytelniku, nikt nie zmusza do tego, byś był z kobietą, której nie kochasz, nawet jeśli ma z Tobą dziecko. Możesz ją zablokować na Facebooku i zerwać wszelki kontakt. Możesz nie odbierać telefonów. I nawet jeśli cierpi, możesz mieć ją gdzieś. A ona będzie na tyle silna, że choćby miała przepłakać 1001 nocy, to nie upomni się o alimenty. I urodzi Ci to dziecko. A Ty nigdy się o tym nie dowiesz, bo masz prawo być egoistą, który wolał przygodny seks z nowo poznaną na Tinderze dziewczyną aniżeli brzemię odpowiedzialności. Spoko, to Twój wybór. Kiedyś będziesz żałował, bo w końcu zdasz sobie sprawę, że ona była w stanie zaryzykować wszystko, a Ty nie ryzykowałeś nic.

Nie, nie uważam, że winę za wszystko, co złe, ponoszą faceci. Znam wielu dojrzałych mężczyzn, choć wciąż niewielu zdolnych  przenosić góry. Nie uważam się za feministkę, choć według definicji Marty Frej pewnie bym nią była.To nie ma jednak w tej chwili znaczenia.

Być może Ty, Drogi Czytelniku, jesteś porządnym i odpowiedzialnym facetem. Takim, który umie odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Takim, który się nie boi ryzyka ani odpowiedzialności. Jeżeli tak jest, udostępnij proszę ten tekst. Zrób to dla tych kobiet, które cierpiały lub cierpią. Ja nie piszę tego dla fejmu ani dla statystyk. Piszę, bo jestem naiwną idealistką, która wierzy w to, że ludzie powinni się wzajemnie szanować. Całkowity zakaz aborcji byłby brakiem szacunku wobec kobiet, bo my też mamy prawo decydować o życiu - o tym, czy chcemy samotnie wychowywać dzieci czy też nie. O tym, czy chcemy brać na siebie odpowiedzialność za drugiego człowieka, czy nie. I jeśli mężczyzna ma prawo tej odpowiedzialności na siebie nie brać, to takie samo prawo niech ma kobieta. W końcu mamy równouprawnienie.


środa, 23 marca 2016

Ogór. Motoryzacyjne dziecko hipisowskich czasów

statekmilosci.wix.com

Volkswagen Transporter T2. Rocznik? 1975. Starszy ode mnie o trzynaście lat. Pamięta jeszcze czasy PRL-u. Przebieg? 320 tys. kilometrów. Poprzedni właściciel chciał nim przejechać Afrykę. Obecny, Mariusz Sentkowski, jest równie szalony. Podobnie zresztą jak pasażerowie, których zabiera na wyprawę do Stambułu. Mariusz tak długo majstrował przy Ogórze, by w tym roku można nim było przejechać 15 różnych państw świata. I majstruje dalej, kiedy ze statku schodzi na ląd. 

Bo w Ogórze jest jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Zanim wyruszymy na hipisowską wyprawę XXI wieku, trzeba jeszcze na przykład... złożyć skrzynię biegów. Ale głęboko wierzymy w umiejętności Mariusza. Zresztą, dwójka uczestników wyprawy (to ci szaleńcy z Wrocławia) już zarezerwowała urlopy, a termin wyryli w kamieniu i oprawili w ramce.

Mariusz kupił Ogóra za 2800 złotych. Po zakupie zainwestował w niego kolejne trzy tysiące. W pierwszym sezonie wykupił jedynie ubezpieczenie OC i przegląd, potem wymienił silnik na golfowski, dołożył dodatkową chłodnicę, łożyska kół, poprawił elektrykę. We wnętrzu pojawiła się kuchenka i umywalka. 

statekmilosci.wix.com
Tej zimy udało się przeprowadzić remont zawieszenia, kupić nowe materace i fotele oraz poprawić chłodzenie. Mariusz wymienił amortyzatory, podniósł zawieszenie z przodu i z tyłu, jest też miejsce na mikrofalówkę, a że wszyscy jesteśmy uzależnieni od Internetu, mediów społecznościowych, oglądania głupawych memów i obczajania nowych teledysków na YouTubie, nie mogłoby się obyć bez prądu. Będzie jak w domu, czyli 220 V z przetwornicą. Do tego dwa akumulatory i wtyczki USB. I gołąbki ze słoika.

Obecnie w środku jest sześć miejsc siedzących lub pięć do spania. Nas będzie piątka, ale przedstawimy Wam się trochę później. Ten post należy bowiem do Ogóra.

W tym sezonie (a to już jego trzeci) motoryzacyjną nowością dla Ogórka będzie monowtrysk z volkswagena - pojawi się w miejscu archaicznego i paliwożernego gaźnika. 

Łącznie do przejechania mamy około 7 tys. kilometrów. Ogór przeżył już Pireneje, Alpy i Karpaty, doświadczył Przystanku Woodstock, a w ubiegłym roku, po wyprawie na Zachód (Niemcy, Holandia, Francja, Hiszpania, Włochy, Słowenia, Węgry, Słowacja, Czechy) dojechał do polskiego Wejherowa na złamany śrubokręt i taśmę silver tape. Dlatego wierzymy, że się uda. 

I najważniejsze. Pacyfa. Symbol pokoju, którego tak bardzo teraz na świecie nam potrzeba. Pacyfa jest widoczna na Ogórku, a sam bus zaaranżowany został w hipisowskim klimacie.

 Ogór a Ferrari. Dlaczego wolę Ogóra?

To nie będą zwykłe wakacje. Bo oprócz pasji do motoryzacji i podróżowania stoją za nami pewne idee. Wartości, które w bardzo prosty i wyrazisty sposób ilustruje poniższy mem (stworzony przeze mnie na potrzeby bloga Podróże bez planu). A ponieważ jestem idealistką, która czasem żyje w zupełnie odrealnionym świecie, będę powtarzać to do znudzenia. Żyjemy w świecie, zżeranym przez konsumpcjonizm. W świecie, w którym liczy się grubość portfela. W świecie, w którym kluczyki do luksusowego samochodu, telefon z odgryzionym jabłkiem i apartament z basenem znaczą, że jesteś kimś. W świecie, w którym rezygnuje się z wartości, takich jak miłość, na rzecz wspinania się po szczeblach kariery. W świecie, w którym odrzuca się ludzi po to, żeby zarobić na ferrari lub lambo. 

Czytaj też: Od Ferrari do Ogóra, czyli dlaczego chcę wejść na pokład Statku Miłości?


Kiedyś też uczestniczyłam w tym pędzie. I takie samochody jak ta berlinetta na górze poniższego obrazka robiły na mnie wrażenie. Był pazur, była szybkość i adrenalina. Tyle że to tylko blacha. Zrozumiałam to w ubiegłym roku, po krótkim wyjeździe do Berlina i swoim pierwszym w życiu Woodstocku. Dlaczego tylko blacha? Bo pójdzie na złom, jeśli za mocno przyciśniesz pedał gazu, przecież przy dużej prędkości o zderzenie nietrudno. A Ogór? Trochę pozipie, ale wyciągnie maksymalnie 90 km/h. I kiedy coś się w nim zepsuje, to z mocą tkwiącą w relacjach międzyludzkich zdołamy to naprawić. Bo Ogór to nie tylko blacha. To przede wszystkim ludzie i woodstockowy klimat. Trochę tak jak w związkach: te budowane w pośpiechu, te najbardziej intensywne szybko się spalają. Te oparte na szacunku i przyjaźni oraz te, w których żyje się chwilą obecną, podobno mogą trwać wiecznie.

Na pokład Statku Miłości wchodzimy 20 lipca 2016 roku. Peace, love, music.

Jeżeli chcecie na bieżąco śledzić naszą wyprawę, zapraszamy do polubienia naszych fanpejdży: Podróże bez planu oraz Statek Miłości - Bus w podróży



Ogór 2016. Planowana trasa [aktualizacja]

Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Tirana (Albania)
Dubrownik (Chorwacja)
Sarajewo (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Czechy i Słowację
Wrocław (Polska)
Wejherowo (Polska)


środa, 16 marca 2016

Od Ferrari do Ogóra, czyli dlaczego chcę wejść na pokład Statku Miłości?


On zmienił mnie, mój *****, *****, to zaczęło się wiosną rok wstecz - mogłabym zanucić za Anią Dąbrowską. Rok wstecz odróżniałam Ferrari Enzo od Berlinetty czy LaFerrari. Nie, nigdy nie byłam blacharą. On (*****) nie miał zresztą nawet prawa jazdy, a luksusowe włoskie samochody były jak American dream - nieosiągalne: ani dla niego, ani dla mnie (choć wyjątkowo często pojawiały się wtedy na wrocławskich ulicach). Nie w tym rzecz. Gdyby nie miniony rok, pewnie nie odkryłabym siebie. Nie jestem pewna, czy wiem już, czego w życiu prywatnym chcę. Wiem na pewno, czego nie chcę. Gdyby nie tamten rok,  nigdy nie porwałabym się na wyprawę Ogórem. Dziś z pełną świadomością piszę, że nie boję się już niczego. Na przekór George'owi R.R. Martinowi mogę jedynie rzec: Noc nie jest już ciemna ani pełna strachów. Prawie.

Pewnie zauważyliście, że w ostatnich wpisach było sporo o miłości. Nie bez powodu. Przed nami wyprawa Ogórem, który zwany jest też... Statkiem Miłości. Ogórek to motoryzacyjne dziecko roku 1975. Osiągalna prędkość? Gdzieś koło 80 km/h. Daleko mu do Ferrari, które rozpędza się do 200 w ciągu 4 sekund.



Co się zmieniło? Dlaczego dziewczyna, która lubi prędkość i adrenalinę, nagle fascynację superszybkimi autami zamienia na zamiłowanie do Mustangów i zipiącego Ogórka? Wróciła moda na styl retro? Nie, ale wiem, że winna Wam jestem wyjaśnienie.

Niecały rok temu miałam poczucie, że rozpadł się mój świat. Czułam się trochę jak w "Incepcji", gdzie sny i marzenia pogrążały się w ruinie, a jedynym sposobem na wybudzenie się z koszmaru było rzucenie się na głęboką wodę. Wszystko waliło się jak klocki domina. Nigdy nie grzeszyłam racjonalnością, więc jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to skoczyć na głęboką wodę: najpierw pojechałam do Berlina (zobacz też: Berlin. To miasto żyje sztuką), pierwszy raz korzystając z couchsurfingu, do którego wcześniej podchodziłam z dużym dystansem, potem pierwszy raz poznałam, czym naprawdę jest Woodstock. Berlińska ekipa mi się wykruszyła, na Wooda też ostatecznie wybrałam się bez towarzystwa. To można było znaleźć już na miejscu, w Kostrzynie.



To nie było tak, że wcześniej gardziłam spontanicznymi wypadami. Ale kiedy ja wychodziłam z inicjatywą autostopowego wyjazdu, byłam gaszona słowami: "Wy Polacy jesteście tacy spontaniczni, ale autostop? To przecież nie jest bezpieczne". W głębi duszy miałam ochotę zaszaleć, wyrwać się ze schematów, planów, a nawet chciałam choć raz nie zdążyć na ten cholerny pociąg. Jednak każde oderwanie od planu dla niego równało się panice, każde zgranie z planem dla mnie było tożsame z brakiem odrobiny szaleństwa i spontaniczności. Mimo wszystko naiwnie wierzyłam, że te różnice da się pogodzić, przecież bohaterom "Jurassic World" się udało - mało tego, tam jeszcze trzeba było uciekać przed tyranozaurem! A wcześniej przed jakimś innym dinozaurem, i to w szpilkach i garsonce! Jogging w szpilkach i bez dinozaurów jest godny pozazdroszczenia. Dlaczego w życiu może być dużo brutalniej niż w Jurajskim Parku? Odpowiedzi na to pytanie nie poznam już pewnie nigdy.

Kiedy jednak wreszcie zaczęłam sklejać wszystko w całość, natrafiłam na informację o wyprawie Ogórem. Nie pamiętam, co mnie zafascynowało bardziej: nazwa Statek Miłości czy fakt, że piętnaście różnych państw mamy pokonać busem z lat 70.? Nie zadawajcie mi tego pytania, bo to tak jakby pytać: co było pierwsze - jajko czy kura? Wysłałam maila do Zuzy i Mariusza z bloga Statek Miłości, chociaż szczerze mówiąc, nie liczyłam wtedy wcale na jakikolwiek odzew. Blog Podróże bez planu miał wówczas bez mała może trzy miesiące, a ja traktowałam go bardziej jako formę autoterapii, oderwania się od rzeczywistości, wrzucenia na luz i szansę na to, by o pewnych rzeczach po prostu zapomnieć. O tym, że mam 27 lat; o tym, że jestem Polką i że jednak ma to jakiekolwiek znaczenie; o tym, że w stosunku do innych ludzi jestem za dobra, a potem zawsze kończy się to twardym lądowaniem. Przeszłam długą drogę od chęci przemiany w zołzę do samoakceptacji. Z zołzy został tylko mocny makijaż, z samoakceptacji dużo więcej: świadomość, że warto uparcie dążyć do celu, spełniać marzenia i robić to, co jest zgodne z własnymi przekonaniami. Wiedza, że nie wolno za żadne skarby porzucać własnej pasji na życzenie innych osób oraz pewność, że szczęście można odnaleźć tylko i wyłącznie w sobie. Nie w pieniądzach ani nie w partnerze.



Kiedy opowiadam znajomym o planach wyprawy Ogórem, często słyszę, że jestem odważna. Niektórzy zastanawiają się, jak można wytrzymać tyle czasu bez klimy w aucie. Szczerze? Mnie wystarczy Bob Marley na głośnikach. Mam świadomość, że to będzie niesamowita przygoda, w czasie której wiele może się zdarzyć. Zdaję sobie sprawę z ryzyka, ale jeżeli chcesz przeżyć niezwykłą podróż, ryzyko jest wpisane jak kolejna pieczątka w paszporcie. I to samo dotyczy miłości: najsilniejsze uczucie wymaga podjęcia ogromnego ryzyka. Bez tego - ani rusz.



Nie boję się wyprawy Ogórem. Ani tego, co może zdarzyć się po drodze. Boję się jedynie tego, że kiedyś znów komuś zaufam. A potem okaże się, że tylko ja potrafię ryzykować i że znów będę sama skakać na głęboką wodę. A przecież umieranie z miłości jest gorsze niż śmierć przez powieszenie, bo w tym pierwszym przypadku trzeba dalej żyć.

Na naszej trasie są dwa miejsca, które mogą okazać się dla mnie emocjonalnie trudne - to zamek Bran (Rumunia) i Węgry, z naciskiem na Węgry. I właśnie dlatego tak bardzo chcę tam dotrzeć.

Mama nauczyła mnie, że sposobem na pokonanie uprzedzeń i strachu jest wyjście im naprzeciw. Mamo, właśnie to robię. Kiedyś uciekałam przed swoimi słabościami. Dzisiaj się z nimi mierzę, patrząc im prosto w oczy.

Czytaj też: Witaj, nieznajomy. Czyli o tym, jak pozbyć się strachu


Statek Miłości. Ogór 2016. Planowana trasa


Lwów - Ukraina
Kijów - Ukraina
Odessa - Ukraina
Kiszyniów - Mołdawia
Zamek Bran (Draculi ) - Rumunia
Bukareszt - Rumunia
Sofia - Bułgaria
Stambuł - Turcja
Saloniki - Grecja
Tirana - Albania
Skopje - Macedonia
Peja - Kosowo
Podgornica - Czarnogóra
Sarajewo - Bośnia i Harcegowina
Zadar - Chorwacja
Zagrzeb - Chorwacja
Belgrad - Serbia
Węgry
Słowacja






czwartek, 25 lutego 2016

Witaj, nieznajomy! Czyli o tym, jak pozbyć się strachu

fot. Burcin Tuncer, freeimages.com
Ta notka adresowana jest do mężczyzn, którzy nie rozumieją kobiet oraz do kobiet, które obwiniają się za błędy mężczyzn. Jeżeli nie należysz ani do jednej, ani do drugiej grupy, po prostu wyłącz komputer. 

Było ciepłe lato. Lipiec albo sierpień - nie pamiętam, bo dni się zacierały z nocami. Sypiałam po dwie godziny na dobę, a w ciągu dnia wypijałam kilka kaw. Kawa, której wcześniej nie znosiłam, stawiała mnie na nogi, rano przyklejałam sobie uśmiech nr 1 i udawałam, że wszystko gra. Za tamtą grę mogłabym dostać Oscara. Bo chociaż uśmiechałam się przed obiektywem, to dzień w dzień wstanie z łóżka graniczyło z cudem. Miałam wrażenie, że codziennie - jeszcze zanim otworzę oczy - toczę ze sobą jakąś ogromną walkę.

Podczas tej bitwy podejmowałam coraz to bardziej nieracjonalne decyzje. Czułam się jak Pink w teledysku do piosenki "So what". Dzisiaj wiem, że był to tylko pewien etap, lekcja, rodzaj wędrówki, podczas której nauczyłam się panować nad strachem. Dziś potrafię ryzykować, odpuszczać i wybaczać.



Bardzo długo zastanawiałam się, czy o tym pisać, czy powinnam się dzielić tak osobistymi przeżyciami. Ale mam też świadomość, że czasem warto się odsłonić. Rozejrzyjcie się: Marika, Dagmara Skalska, Beth Hart, Pink - mogłabym wymieniać w nieskończoność. To silne kobiety, które weszły na szczyt, bo wcześniej musiały zmierzyć się z różnymi przeciwnościami losu. Dziś inspirują innych. Siła nie bierze się znikąd. Przeważnie bierze się z cierpienia, z trudnych doświadczeń. Jeśli całe życie spędziłaś w kokonie, który chronił Cię od trudnych do zniesienia emocji, nie będziesz potrafiła zrozumieć siebie. To zrozumienie przychodzi z czasem i często jest poprzedzone serią ciężkich doświadczeń, w wyniku których podejmujesz niezrozumiałe i nieracjonalne z perspektywy Twojego otoczenia decyzje. Tak jak wtedy, kiedy zapraszasz do domu nieznajomego. Dziś wiem, że wiele w ubiegłym roku ryzykowałam, ale za wszelką cenę chciałam sobie udowodnić, że potrafię jeszcze ufać ludziom.


Oczywiście, jeśli wydaje Wam się, że ugoszczenie w domu nieznajomego, pierwszy w życiu Woodstock czy wyjazd za granicę (zobacz też: Berlin. To miasto żyje sztuką) z dnia na dzień da Wam odwagę, to muszę Was zmartwić - to jest proces, który trwa, któremu potrzeba czasu. Wcześniej znajdziecie się w stanie hipotermii.



Zanim dotrzecie do momentu, w którym naprawdę poczujecie, że pokonałyście w sobie lęk, że nie ma już gorzkiego rozczarowania, będziecie krok po kroku odkrywać siebie. Zaczniecie na przykład zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nie warto się zmienić, zasłonić twardym pancerzem, założyć zbroję, wziąć miecz i tarczę w delikatne dłonie i się chronić. Kobiety stają się chłodne, zimne i egoistyczne wtedy, kiedy boją się, że znowu ktoś je skrzywdzi lub wtedy, gdy dały z siebie wszystko, a ktoś po prostu miał je w dupie. Ktoś, na kim im zależało. Tak właśnie rodzi się Kraina Lodu w sercach dobrych, pięknych kobiet.



Nie chciałam stać się oziębłą, zimną suką. Nieczułą na uczucia, obojętną na gesty, taką rodem z Pokolenia Ikea. Siedziałam na białej kanapie, wpatrując się raz po raz w białą ścianę, a potem w białe chusteczki - chociaż wiedziałam, że ich nie wykorzystam - i zadawałam sobie pytanie: kim mam być? Kim opłaca się być, żeby nie zrobić tego samego błędu po raz kolejny? Jak to wszystko skalkulować? Miałam wtedy mętlik w głowie. Dzisiaj wiem, że żadne kalkulacje nie mają sensu. Dzisiaj doceniam każdą chwilę, staram się nie narzekać, rozdaję dobro i pozytyw. Jestem wdzięczna za każdy moment.

Jeżeli wchodzisz w grę zwaną Miłość, musisz liczyć się z tym, że to jest jak wejście do kasyna. Ryzykujesz wszystko. Niektórym zdarza się wygrać, inni spłukują się do cna i muszą konstruować swój majątek od nowa. Nie jest wcale powiedziane, że ten nowy będzie gorszy czy uboższy. Może się okazać, że czeka Was coś zdecydowanie lepszego, bo NOWE zostanie zbudowane w oparciu o świadomość i życiowe lekcje, dzięki którym unikniesz kolejnych błędów. To jak budowanie domu: jeśli pierwszy w trakcie budowy się zawali, zbudujesz kolejny, ale na lepszych, mocniejszych fundamentach.

Najpiękniejsze piosenki powstają w wyniku trudnych doznań. Bo czasem trzeba pozwolić na to, by coś się zawaliło. A kiedy już pozbierasz gruz, stworzysz coś pięknego. Uwierz.





wtorek, 23 lutego 2016

Włosi? Już nie Ferrari, tylko Lamborghini

Ci, którzy regularnie zaglądają na Podróże bez planu, wiedzą, że mam słabość do włoskiej kultury. Zaczęło się zupełnie niewinnie, od wakacji spędzonych na Sycylii. Od rajskiego krajobrazu, jaki można dostrzec ze wzgórz Etny. Od unikalnego smaku sycylijskich gelato. Już wtedy miałam ogromną chęć i zapał do nauki tego języka. Języka, którego dwa lata później wolałam unikać jak ognia. Niestety lub stety - bezskutecznie. Jestem skazana na włoską kulturę i tak już chyba zostanie. Tyle że teraz już nie uciekam, bo przed czym? Przed sobą, przed własną historią, lekcjami wyniesionymi z życia? 

Przed przeszłością uciekać nie warto, bo to lekcje i wspomnienia, które odciskają trwałe piętno na osobowości (czytaj też: Nie bój się przeszłości. Zderzysz się z nią w podróży) . Jedną z nielicznych stałych w życiu jest zmiana. Bo wszystko się zmienia: przy tych odrapanych blokach, w których kiedyś mieszkałaś, wybudowano stadion. Na scenie grał George Michael, ale jeszcze dwie dekady temu nie było tam nawet Biedronki. I Ty też się zmieniasz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jeśli wolisz powiedzieć: "Taka już jestem", dodaj słowo "teraz". Bo za rok będziesz już kimś innym. Kimś mniej naiwnym, bardziej sarkastycznym, ostrożniejszym w dawaniu i braniu, za to milion razy bardziej nieracjonalnym. Czasem, oglądając się wstecz, uśmiecham się z ironią, ten uśmiech podobno rozkłada na łopatki jak Mollo Zimnocha.

Możliwe, że przez te kilka miesięcy będziesz unikać tego, co miało cieszyć, a sprawiło Ci ból. I zanim się zorientujesz, że to bez sensu, będziesz stać przed dylematem odinstalowania wszystkich węgierskich i włoskich lekcji, spalenia włoskich fiszek i podarcia węgierskich podręczników.

I kiedy absolutnie nie chciałam już mieć nic wspólnego ani z włoską, ani z węgierską kulturą, przyszło mi się spotkać z węgierskim aktorem i ponownie rozpocząć naukę włoskiego. Nawet w mojej ulubionej cukierni sprzedają bezy włoskie obok węgierskich ciastek. Kilka razy próbowałam się zapisać na hiszpański - jak na złość nijak nie dało się ich zmieścić w grafiku. Za to włoski? Godziny zajęć pasowały idealnie. To nie przypadek, nie wierzę w przypadki. To Twoja walka i musisz udowodnić, że nie jesteś Zimnochem, że się nie poddajesz, że nie ulegasz uprzedzeniom, że w dalszym ciągu jesteś dobrym człowiekiem, chcącym dawać szczerość, dobro i miłość. Nawet jeśli przez te kilka miesięcy bylo cholernie ciężko.

 Oczywiście, będą chwile, kiedy znowu zaboli. Jak ta, w której prowadząca zajęcia włoskiego zapyta o nazwę czerwonego samochodu z otwieranym dachem, a Ty bez zastanowienia odpowiesz: Ferrari, zastanawiając się, czy popisać się znajomością modeli Berlinetta, Enzo, LaFerrari i Spider, czy też nie.

Prowadząca uśmiecha się. Widać, że jest doprawdy rozbawiona. - Nie, w Ferrari nie ma żadnych trudnych zgłosek. Lamborghini. Niektórzy mylnie czytają Lambordżini. "Gh" wymawiamy jak "g" - mówi, a ja znów zderzam się z własnymi wspomnieniami. Przecież wiem, jak się wymawia Lamborghini.

Wróciłam do nauki włoskiego. Tym razem robię to już tylko dla siebie. Podręczniki z węgierskiego wyrzuciłam, choć prawdopodobnie będę na Węgrzech jeszcze w tym roku. Z własnego wyboru. Zbudzona o trzeciej w nocy w dalszym ciągu wiem, co znaczy "mindjart talalkozunk", "jó napot kívánok", "szazat velem" i "viszontlátásra". Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. W świecie wirtualnym to jest takie proste: delete, escape, cofnij, zablokuj. W realu to tak nie działa. Ale to nie ma już dla mnie znaczenia. Nie zacieram wspomnień, nie uciekam od przeszłości, akceptuję rzeczywistość. A pewnym rozdziałom w swoim życiu już 31 grudnia 2015 roku powiedziałam: "Addio". A Wam chcę powiedzieć: nie uciekajcie, nie uprzedzajcie się w żadnym razie. I jak zwykł mawiać jeden z moich przyjaciół: "Nie ma obcokrajowców, są ludzie".


nie uciekaj dłużej bo to tylko Ty
nie uciekam dłużej bo to tylko ja 


Marika



niedziela, 14 lutego 2016

Tak, Facebooku, dzisiaj są walentynki. O czym myślę?


fot. freeimages.com
O tym, że to kicz. Tak jak kiczem są te wszystkie obrazki i słodkie piosenki, które wrzucasz na ścianę nowo poznanej dziewczyny. Tak, oto XXI wiek - czas, w którym "the only one" to tylko jedna z wielu i czas, w którym prawdziwa miłość trwa trzy miesiące. 

Nabrałaś się, tak?  Myślałaś, że to takie, cholera, romantyczne? Te zdjęcia na Facebooku, piosenki, obrazki jakiejś koreańskiej artystki, ilustrujące, czym jest miłość. A teraz wiesz, że gówno prawda, że to tylko mechanizm stosowany przez niejednego palanta wyłącznie po to, by zdjąć ci stringi.

Dziękuję Ci, Facebooku, za poinformowanie mnie, że dzisiaj są walentynki. Tylko że ja, drogi Facebooku, ich w tym roku nie obchodzę. I chcę ci oznajmić, że nie uda ci się też przypomnieć za kilka miesięcy wspomnienia sprzed roku, bo je skasowałam. Z Facebooka, oczywiście, bo z pamięci się niestety nie da. Cholera, w dzisiejszych czasach to takie proste: usuń zdjęcie, klik, gotowe. Usuń ze znajomych, klik, gotowe. Zablokuj użytkowniczkę, której naopowiadałeś milion kłamstw - klik, gotowe. Proste? Proste.

Dużo trudniej jest na przykład zadzwonić, porozmawiać, powiedzieć "dziękuję" lub "przepraszam". Bo ona na to zasługuje - nie na tanie facebookowe chwyty. Na szczerość. Na to, że to nie jest na pokaz, że to istnieje - nie na Facebooku, ale w realnej rzeczywistości. Ona nie jest przedmiotem ani zabawką, którą można bez słowa wyjaśnienia rzucić w kąt.

Wrzucisz dzisiaj zdjęcie z ukochanym/ukochaną na Facebooku? To wrzuć. Pamiętaj tylko, że...

Miłość nie zazdrości,
(...) nie szuka poklasku,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego


Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.


[fragment Hymnu o Miłości, Paweł z Tarsu]

... miłość wszystko przetrzyma. A jeśli ma się okazać prawdziwa, nie będzie potrzebowała kilkudziesięciu lajków na Facebooku.

Jeśli to czytasz i jesteś tą, którą ktoś kiedyś potraktował jak zabawkę, zamknij dzisiaj Facebooka. Zrób makijaż. Mocny. Przydymione oko, czarna, gruba kreska. Załóż odblaskowe szpilki. Jesteś  piękna i silna. Niezniszczalna jak rycerz Jedi. I bądź wdzięczna za popełnione błędy. Dzięki nim wiesz już, co to miłość. Bo z Twojej strony była prawdziwa. Dla kogoś istniała tylko na Facebooku. Dzięki temu wiesz już, jak żyć i jak kochać. Nie tylko drugiego człowieka, ale przede wszystkim samą siebie.


Polub na Facebooku