wtorek, 23 lutego 2016

Włosi? Już nie Ferrari, tylko Lamborghini

Ci, którzy regularnie zaglądają na Podróże bez planu, wiedzą, że mam słabość do włoskiej kultury. Zaczęło się zupełnie niewinnie, od wakacji spędzonych na Sycylii. Od rajskiego krajobrazu, jaki można dostrzec ze wzgórz Etny. Od unikalnego smaku sycylijskich gelato. Już wtedy miałam ogromną chęć i zapał do nauki tego języka. Języka, którego dwa lata później wolałam unikać jak ognia. Niestety lub stety - bezskutecznie. Jestem skazana na włoską kulturę i tak już chyba zostanie. Tyle że teraz już nie uciekam, bo przed czym? Przed sobą, przed własną historią, lekcjami wyniesionymi z życia? 

Przed przeszłością uciekać nie warto, bo to lekcje i wspomnienia, które odciskają trwałe piętno na osobowości (czytaj też: Nie bój się przeszłości. Zderzysz się z nią w podróży) . Jedną z nielicznych stałych w życiu jest zmiana. Bo wszystko się zmienia: przy tych odrapanych blokach, w których kiedyś mieszkałaś, wybudowano stadion. Na scenie grał George Michael, ale jeszcze dwie dekady temu nie było tam nawet Biedronki. I Ty też się zmieniasz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jeśli wolisz powiedzieć: "Taka już jestem", dodaj słowo "teraz". Bo za rok będziesz już kimś innym. Kimś mniej naiwnym, bardziej sarkastycznym, ostrożniejszym w dawaniu i braniu, za to milion razy bardziej nieracjonalnym. Czasem, oglądając się wstecz, uśmiecham się z ironią, ten uśmiech podobno rozkłada na łopatki jak Mollo Zimnocha.

Możliwe, że przez te kilka miesięcy będziesz unikać tego, co miało cieszyć, a sprawiło Ci ból. I zanim się zorientujesz, że to bez sensu, będziesz stać przed dylematem odinstalowania wszystkich węgierskich i włoskich lekcji, spalenia włoskich fiszek i podarcia węgierskich podręczników.

I kiedy absolutnie nie chciałam już mieć nic wspólnego ani z włoską, ani z węgierską kulturą, przyszło mi się spotkać z węgierskim aktorem i ponownie rozpocząć naukę włoskiego. Nawet w mojej ulubionej cukierni sprzedają bezy włoskie obok węgierskich ciastek. Kilka razy próbowałam się zapisać na hiszpański - jak na złość nijak nie dało się ich zmieścić w grafiku. Za to włoski? Godziny zajęć pasowały idealnie. To nie przypadek, nie wierzę w przypadki. To Twoja walka i musisz udowodnić, że nie jesteś Zimnochem, że się nie poddajesz, że nie ulegasz uprzedzeniom, że w dalszym ciągu jesteś dobrym człowiekiem, chcącym dawać szczerość, dobro i miłość. Nawet jeśli przez te kilka miesięcy bylo cholernie ciężko.

 Oczywiście, będą chwile, kiedy znowu zaboli. Jak ta, w której prowadząca zajęcia włoskiego zapyta o nazwę czerwonego samochodu z otwieranym dachem, a Ty bez zastanowienia odpowiesz: Ferrari, zastanawiając się, czy popisać się znajomością modeli Berlinetta, Enzo, LaFerrari i Spider, czy też nie.

Prowadząca uśmiecha się. Widać, że jest doprawdy rozbawiona. - Nie, w Ferrari nie ma żadnych trudnych zgłosek. Lamborghini. Niektórzy mylnie czytają Lambordżini. "Gh" wymawiamy jak "g" - mówi, a ja znów zderzam się z własnymi wspomnieniami. Przecież wiem, jak się wymawia Lamborghini.

Wróciłam do nauki włoskiego. Tym razem robię to już tylko dla siebie. Podręczniki z węgierskiego wyrzuciłam, choć prawdopodobnie będę na Węgrzech jeszcze w tym roku. Z własnego wyboru. Zbudzona o trzeciej w nocy w dalszym ciągu wiem, co znaczy "mindjart talalkozunk", "jó napot kívánok", "szazat velem" i "viszontlátásra". Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. W świecie wirtualnym to jest takie proste: delete, escape, cofnij, zablokuj. W realu to tak nie działa. Ale to nie ma już dla mnie znaczenia. Nie zacieram wspomnień, nie uciekam od przeszłości, akceptuję rzeczywistość. A pewnym rozdziałom w swoim życiu już 31 grudnia 2015 roku powiedziałam: "Addio". A Wam chcę powiedzieć: nie uciekajcie, nie uprzedzajcie się w żadnym razie. I jak zwykł mawiać jeden z moich przyjaciół: "Nie ma obcokrajowców, są ludzie".


nie uciekaj dłużej bo to tylko Ty
nie uciekam dłużej bo to tylko ja 


Marika



niedziela, 14 lutego 2016

Tak, Facebooku, dzisiaj są walentynki. O czym myślę?


fot. freeimages.com
O tym, że to kicz. Tak jak kiczem są te wszystkie obrazki i słodkie piosenki, które wrzucasz na ścianę nowo poznanej dziewczyny. Tak, oto XXI wiek - czas, w którym "the only one" to tylko jedna z wielu i czas, w którym prawdziwa miłość trwa trzy miesiące. 

Nabrałaś się, tak?  Myślałaś, że to takie, cholera, romantyczne? Te zdjęcia na Facebooku, piosenki, obrazki jakiejś koreańskiej artystki, ilustrujące, czym jest miłość. A teraz wiesz, że gówno prawda, że to tylko mechanizm stosowany przez niejednego palanta wyłącznie po to, by zdjąć ci stringi.

Dziękuję Ci, Facebooku, za poinformowanie mnie, że dzisiaj są walentynki. Tylko że ja, drogi Facebooku, ich w tym roku nie obchodzę. I chcę ci oznajmić, że nie uda ci się też przypomnieć za kilka miesięcy wspomnienia sprzed roku, bo je skasowałam. Z Facebooka, oczywiście, bo z pamięci się niestety nie da. Cholera, w dzisiejszych czasach to takie proste: usuń zdjęcie, klik, gotowe. Usuń ze znajomych, klik, gotowe. Zablokuj użytkowniczkę, której naopowiadałeś milion kłamstw - klik, gotowe. Proste? Proste.

Dużo trudniej jest na przykład zadzwonić, porozmawiać, powiedzieć "dziękuję" lub "przepraszam". Bo ona na to zasługuje - nie na tanie facebookowe chwyty. Na szczerość. Na to, że to nie jest na pokaz, że to istnieje - nie na Facebooku, ale w realnej rzeczywistości. Ona nie jest przedmiotem ani zabawką, którą można bez słowa wyjaśnienia rzucić w kąt.

Wrzucisz dzisiaj zdjęcie z ukochanym/ukochaną na Facebooku? To wrzuć. Pamiętaj tylko, że...

Miłość nie zazdrości,
(...) nie szuka poklasku,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego


Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.


[fragment Hymnu o Miłości, Paweł z Tarsu]

... miłość wszystko przetrzyma. A jeśli ma się okazać prawdziwa, nie będzie potrzebowała kilkudziesięciu lajków na Facebooku.

Jeśli to czytasz i jesteś tą, którą ktoś kiedyś potraktował jak zabawkę, zamknij dzisiaj Facebooka. Zrób makijaż. Mocny. Przydymione oko, czarna, gruba kreska. Załóż odblaskowe szpilki. Jesteś  piękna i silna. Niezniszczalna jak rycerz Jedi. I bądź wdzięczna za popełnione błędy. Dzięki nim wiesz już, co to miłość. Bo z Twojej strony była prawdziwa. Dla kogoś istniała tylko na Facebooku. Dzięki temu wiesz już, jak żyć i jak kochać. Nie tylko drugiego człowieka, ale przede wszystkim samą siebie.


wtorek, 2 lutego 2016

Dlaczego dzisiaj trudno o prawdziwe uczucia?

fot. freeimages.com
Pomarszczeni, naznaczeni czasem wsiadają do tramwaju i zajmują miejsca naprzeciwko mnie. Oboje mają prawie po siedemdziesiąt lat, może więcej. Nie narzekają. W ich oczach tli się radość. Wracam z powrotem do lektury książki "Trzynaście powodów", ale zaraz potem staruszkowie rozpoczynają konwersację. Odrywam wzrok i o ile oczom wciąż wierzę, to uszom już nie. 

Starsza pani trenuje taniec. Prawdopodobnie tango argentyńskie albo taniec klasyczny, bo wątpię, by chodziło o taniec z elementami akrobatyki. Za parę dni ma występ. I prosi starszego pana, by to sfilmował, bo chce mieć pamiątkę. Ten po prostu się zgadza. Bez wymówek, bez pustego hasła: "nie mam czasu". Konwersacja ciągnie się dalej. Rozmawiają tak, jakby poznali się przed paroma dniami, chociaż znają się od kilku dekad. W ich wzajemnych spojrzeniach widać szacunek, zrozumienie i empatię dla drugiego człowieka. Ani na chwilę nie milkną.

Tramwaj powoli dojeżdża do mojego przystanku. Wstaję. Zbliżam się do drzwi. W rogu siedzi tleniona blondynka. Trzy paznokcie różowe, dwa limonkowe. Druga dłoń to samo. Tipsy. W ręku trzyma telefon. Przyciskam STOP, tramwaj zaczyna hamować. I wtedy zauważam nick na ekranie wyświetlacza. Blondynka rozmawia na Messengerze z użytkownikiem pod tytułem Łysy Łysy. Być może właśnie do niego jedzie. Być może Łysy Łysy przeleci ją jeszcze dziś. Być może ona będzie krzyczeć: "O kurwa". Po trzech miesiącach się rozstaną. Ona pomyśli o nim "skurwiel", on nazwie ją suką. Bo puściła się z innym. Albo on miał inną na boku.

Dlaczego dzisiaj trudno o realizm uczuć? Bo dzisiaj jesteś tylko Łysym Łysym albo Kotkiem69. A człowiek to ktoś więcej niż jego profil na Facebooku. Dzisiaj masz problem, bo jeśli chcesz realizmu, musisz posiadać odpowiednie zasoby - głównie zdrowie, pieniądze i czas. Jeżeli masz choć jedno z wyżej wymienionych, możesz uważać się za szczęściarza. Niestety prawdopodobnie jak każdy młody człowiek, który spędza przed ekranem monitora więcej czasu niż wyciskając siódme poty na siłowni, nie masz ani zdrowia, ani pieniędzy, ani czasu. I balansujesz na krawędzi, bo myślisz, że wszystkie kobiety są takie jak te puste lalki z Instagrama. Podświadomie pragniesz tego samego, czego pragnął Twój ojciec i dziadek: zrozumienia. Ale go nie dostajesz, bo swoje relacje spłycasz do tego, co znajdujesz w sieci. Bo w sieci na wyciągnięcie ręki masz piękne, nagie modelki. Tyle, że one nie rozumieją Twoich problemów. Nie mają czasu, bo są zbyt zajęte zakupami od włoskich projektantów. Są idealne, ale tylko przez pryzmat monitora LCD. Na co dzień wolałbyś taką z niedoskonałościami, ale taką, z którą można pogadać. O jej ostatnim treningu czy filmie, który razem widzieliście, o życiu. Wtedy zacząłbyś wierzyć, że za kilka dekad bylibyście razem jak ci staruszkowie - dobrzy kumple z iskrą miłości w oczach.

Zobacz też: Tego nie wiecie o mężczyznach, czyli 8 cech nieidealnej księżniczki

Nie bez powodu piszę o miłości. Jest coś takiego jak Statek Miłości i uwaga - nie chodzi wcale o serial na Romance TV. Chodzi o Mariusza i Zuzę - dwójkę młodych ludzi, którzy podróżują czterdziestoletnim ogórkiem. Cudowna inicjatywa, która zachwyciła mnie momentalnie. I mam nadzieję, że choć raz będę mogła do nich dołączyć i poczuć na sobie niesamowitą atmosferę, którą tworzą w swoich wyprawach ogórkiem. A teraz zapraszam Was na pokład Statku Miłości - zajrzyjcie na ich Facebooka i bloga.




poniedziałek, 4 stycznia 2016

Trzy powody, dla których nie robię postanowień noworocznych

fot. freeimages.com
Psychologowie twierdzą podobno, że warto. Tymczasem ja postanowień noworocznych nie robię wcale. Kiedyś robiłam. Część z nich nawet udawało mi się rok w rok zrealizować. Dzisiaj, po minionym roku 2015 uważam, że spisywanie postanowień noworocznych jest jak budowanie domu, począwszy od dachu. Tak się po prostu nie da. 

Dlaczego nie robię postanowień noworocznych? 

Po pierwsze: Nie palę. Nie palę, w związku z czym nie mam czego rzucać.

Po drugie: lipiec roku 2015 pokazał mi doskonale, ile warte są słowa bez pokrycia. Dlatego nie planuję. Nie napiszę, że w tym roku będę w dziesięciu krajach tego świata, bo tego nie wiem. Bo wolę pisać o tym, co już zrealizowane, a nie o pomysłach na siebie.

Czytaj również: Nie miej planu. Miej cel... i marzenia. Trzy rzeczy, dla których warto je spełniać


Po trzecie: wolę też pisać o celach, nie o planach. Realizacja planu nie zawsze zależy od nas, na cel wpływ mamy tylko my sami

Czytaj również: Nie miej planu. Miej cel

Czym różni się cel od postanowienia? Przede wszystkim, że cel jest czymś, do czego dążę. Czymś, co wiem, że się stanie, bo zależy wyłącznie ode mnie. Czymś, co zrealizuję, choć nie jestem jeszcze pewna, czy uda się to w tym roku.  Zdarza się, że by zrealizować jakiś cel, musimy spojrzeć sobie w oczy, poddać analizie swoją percepcję świata. Niejednokrotnie jest to bardzo trudne - czasem wymaga nawet umiejętności wybaczania sobie samemu. Nie, nie komuś. Sobie. Mogłabym o tym pisać, ale wydaje mi się, że autorka bloga Krasnoludki przy sterach dogłębnie wyczerpała ten temat - jeżeli chcecie, zajrzyjcie więc do niej - KLIK.

To, że jest już 2016 rok, znaczy tylko tyle, że zaczął się nowy rozdział. Jaką treścią go wypełnicie, to już zależy od Was. Jasne, warto wyznaczyć sobie cele - sama mam ich kilka przed sobą, ale nie do każdego jestem przekonana (czytaj również: Nie miej planu. Miej cel... czyli jak zostać aktorką pierwszoplanową. Może zmienię swój image, kolor włosów, może wrócę wreszcie do nauki włoskiego. Chciałabym też znów pojechać na Woodstock i spełnić chociaż jedno marzenie z dzieciństwa. A co zrobię na pewno? Tak na 100 procent? Poza tym, że zacznę trenować aerial dance? Nie wiem. Wiem, że będzie to coś szalonego. To jedno wiem na pewno.



I wiem też, że najprostszą drogą do zrealizowania wyznaczonego celu jest podjęcie próby. Dlatego mogłabym powtórzyć Wam milion razy tak jak Pink: Try, try try. I kiedy już przekonacie się, że próba może być skuteczna, a Wasz cel jest w zasięgu ręki, nie pozostanie Wam nic innego, by poczuć się tak cudownie jak Katy Perry w piosence "Roar". To właśnie charakteryzuje prawdziwe, silne kobiety - szczerość, autentyczność w przeżywaniu emocji i wola walki. I kiedy uświadomicie sobie, że to jest Wasz największy atut, to przestaniecie się wreszcie obwiniać o rzeczy, których nie zrobiłyście albo na które nie miałyście wpływu. Bez względu na to, co za Wami, będziecie celebrowały każdą zmianę, z jaką przyjdzie Wam się zmierzyć.

Carpe diem!

I got the eye of the tiger, a fighter
Dancing through the fire
Cause I am a champion




wtorek, 29 grudnia 2015

Rok 2016 już za moment. I niech moc będzie z Wami!

fot. kadr z filmu "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy", mat. prasowe
Siedzę tak i patrzę w migający kursor. Miga i miga, a ja wciąż nie wiem, co mam dla Was napisać. Może dlatego, że po raz pierwszy coś, co pojawia się na tym blogu jest napisane świadomie i bez emocji. Emocji, które wcześniej albo próbowałam stłumić, albo za wszelką cenę chciałam je wyrzucić. W gruncie rzeczy każdy poprzedni wpis - chociaż w pełni szczery - był narracją nieco pogubionej w jakimś labiryncie dziewczyny.

I z jednej strony mogłabym tutaj pisać o silnych kobietach, o Marice, o walce ze smokami albo o tym, jak dobrze znam znaczenie kawałka "Mamma Mia" Eleny. Mogłabym też pisać o tym, że ludzie popełniają błędy wcale nie z powodu strachu i wątpliwości, lecz z braku podjętego ryzyka tudzież działania. Wystarczy mi jednak fakt, że się do nich nie zaliczam. Pomyślisz pewnie, że uważam się za nieomylną - skąd! Też popełniam błędy, ale przynajmniej walczę do końca, kiedy jest jeszcze szansa, by je naprawić. Niektórzy nie walczą wcale. Niektórzy po prostu tchórzą.

Byliście już na "Gwiezdnych wojnach"? Widzieliście "Przebudzenie mocy"? Jeżeli nie, polecam obejrzeć. I chociaż można mieć wiele zastrzeżeń do ostatniej części, to jedno jest pewne: niektóre drzwi trzeba zamknąć, by móc potem otworzyć nowe. Tego dowiecie się z filmu, a jeśli nie z filmu, to także z życia.

I kiedy mam podsumować ten rok, tak zupełnie dla siebie, to w gruncie rzeczy muszę przyznać, że jestem wdzięczna za wszystko, co mnie w nim spotkało. Nawet za te gorsze chwile (zwłaszcza w połowie roku), bo bez nich nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. I nie pisałabym teraz do Was. Bez nich nie byłoby tego bloga. Bez nich nie zachęcałabym Was do tego, by wierzyć w "carpe diem". Nie namawiałabym do tego, by doceniać każdą chwilę, bo nigdy nie wiadomo, jak długo będzie trwać. Może jeden dzień, może trzy miesiące, a może siedem lat?

W gruncie rzeczy czas nie ma znaczenia. Liczy się kaliber chwili i moc wypowiedzianych lub napisanych słów (bardzo podoba mi się zdanie Marii Peszek - zdanie, które odniosła do swojej najnowszej płyty, ale równie dobrze można je przełożyć na otaczającą rzeczywistość: "słowa mogą więcej niż naboje"). Wreszcie liczy się też prawdziwość przeżywania "teraz". Jeżeli nie grasz, nie udajesz, pozostajesz sobą, to nawet czując smak porażki, masz szansę wyjść z tej walki obronną ręką. Owszem, nie jest łatwo stawić czoła przeciwnościom albo jeszcze gorzej kłamstwom - ale przynajmniej wiem, że we wszystkim, co zrobiłam, co robię i co mogłam zrobić, dałam z siebie szczere 200 procent. A teraz po prostu idę dalej. Czekam  na nowy wschód słońca, najlepiej gdzieś w lecie na plaży w Meksyku. Łapię pozytyw, chwytam szczęście chwili i wiem, że "ważne są dni, których jeszcze nie znamy". Pamiętajcie o tym w roku 2016. I mimo wszystko bądźcie po prostu sobą! Taki banał, a tak często zdarza się o tym zapominać...




Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy, jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?
Odpowiedź jest jedna: Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

środa, 23 grudnia 2015

Z okazji świąt życzę...

fot. freeimages.com
Wigilia to jeden z najbardziej magicznych dni w roku. Podobno nawet zwierzęta mówią wtedy ludzkim głosem. Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia mam dla Czytelników bloga Podróże bez planu życzenia. Staram się nie wrzucać na bloga banałów, a więc i życzenia będą niecodzienne. Za to jak najbardziej szczere. 

Życzę Wam...

ZDROWIA. Bo bez tego trudno jest realizować marzenia

DOBRYCH LUDZI WOKÓŁ. Takich, którzy będą przy Was, kiedy będzie Wam smutno i źle i takich, którzy podwoją Wasz optymizm, kiedy serce będzie skakać z radości.

PRZYJACIÓŁ, którzy pościelą Wam łóżko po trudnym dniu, włączą dobrą komedię, rozśmieszą i będą z Wami przenosić góry. Ludzi, którzy akceptują Wasze słabości

MIŁOŚCI. Tej prawdziwej. Nie tej na piśmie, nie tej ze zdjęć, nie tej, po której zostają tylko puste słowa. Tej bezwarunkowej, popartej czynami

WIARY W SIEBIE. Przyda się, gdy trzeba będzie udowodnić, że niemożliwe w rzeczywistości jest możliwe

ODWAGI. Byś nigdy nie zwątpił(a), że to, co robisz, ma sens. 

PASJI. Bo tylko dzięki niej odnajdziesz samego siebie.

A na koniec życzę Wam jeszcze jednego - by każdy nowy dzień 2016 roku przynosił Wam zen zamiast sinusoidy. A jeśli nawet znajdziecie na drodze nieprzewidziane przeszkody, nie poddawajcie się. Walczcie, dopóki jest o co walczyć. A potem z pokorą przyjmujcie to, co przynosi los. Zamykajcie rozdziały po to, by móc otworzyć nowe. I pamiętajcie, że po każdej burzy przychodzi tęcza. Świat jest piękny, trzeba tylko to zauważyć i uwierzyć :) I to nie jest żaden motywacyjny przekaz. To prawda, której doświadczyłam na sobie. Przed sobą mam ogromną paletę barw i możliwości. Dzisiaj to dostrzegam. To, co z pozoru wydaje się "końcem wszystkiego", w gruncie rzeczy otwiera przed Wami ocean nowych możliwości. Nie bójcie się zamoczyć w nim stóp :)






Pięknych Świąt! Przesyłam moc uśmiechów i ściskam.

Arwena






piątek, 11 grudnia 2015

WrocLove. To tu jest najpiękniejszy jarmark bożonarodzeniowy

fot. freeimages.com
Był taki czas, kiedy włóczyłam się ulicami Wrocławia i wszystko wyglądało inaczej, bo piękniej. Kwiaty na placu Solnym, Ratuszowy zegar. Taka zwykła, szara codzienność zaczęła nabierać kolorów. Pewnie też przechodzisz codziennie koło tych samych miejsc, ale nie zwracasz na nie uwagi. Bo w gruncie rzeczy to po prostu codzienna droga na uczelnię czy do pracy. Problem polega na tym, że to nie jest nic zwykłego. Tyle tylko że Ty nie dostrzegasz tego, co niezwykłe.


BO TO, CO MASZ, DOCENIASZ DOPIERO WTEDY, GDY TO TRACISZ. ALBO... GDY ISTNIEJE RYZYKO, ŻE TO STRACISZ...


Pewnie wyda Wam się to śmieszne, ale nigdy wcześniej nie cieszył mnie fakt, że sprzątam we własnym mieszkaniu. Teraz cieszą mnie drobne rzeczy. Niestety dostrzegłam je dopiero w dniu, kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nie ma nic pewnego i że nie da się niczego zaplanować. Po prostu się nie da. I kiedy w lipcu zakładałam bloga Podróże bez planu miałam wrażenie, że to wiem. W końcu chodziło o podróże bez planu. Wiecie - Przystanek Woodstock, wypad do Berlina, regularne wyjazdy do stolicy itd. Ale była to tylko iluzja. Ludzie mają tendencję do wmawiania sobie, że panują nad wszystkim, nawet gdy sytuacja wymyka im się spod kontroli. Po prostu przenoszą punkt zaczepienia zamiast ten punkt zaczepienia odkryć w sobie.

Jakiś czas temu czytałam o słynnym jarmarku w Dreźnie. Chciałam pojechać do Drezna, zobaczyć ten tradycyjny Weihnachtsmarkt. Chętnie napiszę Wam o nim kiedyś na blogu. Ale nie dzisiaj, nie w tym roku. Bo nie to jest moim priorytetem. Dzisiaj przechadzam się pośród stoisk wrocławskiego jarmarku bożonarodzeniowego i cieszę się, że zamiast krakowskich obwarzanków i Lajkonika  mam oscypki, konfitury z malin i widok na pomnik Aleksandra Fredry.

Doceniajcie każdą chwile, łapcie zen zamiast czekać, aż sinusoida pójdzie w górę. Tego Wam życzę na święta i cały kolejny rok. Carpe diem.



Wiem, co ogranicza mnie. Nikt inny, tylko ja. [...] Wszystko to, co przegapione, odnajdę w sobie

Girls in Motion 



Polub na Facebooku