środa, 23 marca 2016

Ogór. Motoryzacyjne dziecko hipisowskich czasów

statekmilosci.wix.com

Volkswagen Transporter T2. Rocznik? 1975. Starszy ode mnie o trzynaście lat. Pamięta jeszcze czasy PRL-u. Przebieg? 320 tys. kilometrów. Poprzedni właściciel chciał nim przejechać Afrykę. Obecny, Mariusz Sentkowski, jest równie szalony. Podobnie zresztą jak pasażerowie, których zabiera na wyprawę do Stambułu. Mariusz tak długo majstrował przy Ogórze, by w tym roku można nim było przejechać 15 różnych państw świata. I majstruje dalej, kiedy ze statku schodzi na ląd. 

Bo w Ogórze jest jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Zanim wyruszymy na hipisowską wyprawę XXI wieku, trzeba jeszcze na przykład... złożyć skrzynię biegów. Ale głęboko wierzymy w umiejętności Mariusza. Zresztą, dwójka uczestników wyprawy (to ci szaleńcy z Wrocławia) już zarezerwowała urlopy, a termin wyryli w kamieniu i oprawili w ramce.

Mariusz kupił Ogóra za 2800 złotych. Po zakupie zainwestował w niego kolejne trzy tysiące. W pierwszym sezonie wykupił jedynie ubezpieczenie OC i przegląd, potem wymienił silnik na golfowski, dołożył dodatkową chłodnicę, łożyska kół, poprawił elektrykę. We wnętrzu pojawiła się kuchenka i umywalka. 

statekmilosci.wix.com
Tej zimy udało się przeprowadzić remont zawieszenia, kupić nowe materace i fotele oraz poprawić chłodzenie. Mariusz wymienił amortyzatory, podniósł zawieszenie z przodu i z tyłu, jest też miejsce na mikrofalówkę, a że wszyscy jesteśmy uzależnieni od Internetu, mediów społecznościowych, oglądania głupawych memów i obczajania nowych teledysków na YouTubie, nie mogłoby się obyć bez prądu. Będzie jak w domu, czyli 220 V z przetwornicą. Do tego dwa akumulatory i wtyczki USB. I gołąbki ze słoika.

Obecnie w środku jest sześć miejsc siedzących lub pięć do spania. Nas będzie piątka, ale przedstawimy Wam się trochę później. Ten post należy bowiem do Ogóra.

W tym sezonie (a to już jego trzeci) motoryzacyjną nowością dla Ogórka będzie monowtrysk z volkswagena - pojawi się w miejscu archaicznego i paliwożernego gaźnika. 

Łącznie do przejechania mamy około 7 tys. kilometrów. Ogór przeżył już Pireneje, Alpy i Karpaty, doświadczył Przystanku Woodstock, a w ubiegłym roku, po wyprawie na Zachód (Niemcy, Holandia, Francja, Hiszpania, Włochy, Słowenia, Węgry, Słowacja, Czechy) dojechał do polskiego Wejherowa na złamany śrubokręt i taśmę silver tape. Dlatego wierzymy, że się uda. 

I najważniejsze. Pacyfa. Symbol pokoju, którego tak bardzo teraz na świecie nam potrzeba. Pacyfa jest widoczna na Ogórku, a sam bus zaaranżowany został w hipisowskim klimacie.

 Ogór a Ferrari. Dlaczego wolę Ogóra?

To nie będą zwykłe wakacje. Bo oprócz pasji do motoryzacji i podróżowania stoją za nami pewne idee. Wartości, które w bardzo prosty i wyrazisty sposób ilustruje poniższy mem (stworzony przeze mnie na potrzeby bloga Podróże bez planu). A ponieważ jestem idealistką, która czasem żyje w zupełnie odrealnionym świecie, będę powtarzać to do znudzenia. Żyjemy w świecie, zżeranym przez konsumpcjonizm. W świecie, w którym liczy się grubość portfela. W świecie, w którym kluczyki do luksusowego samochodu, telefon z odgryzionym jabłkiem i apartament z basenem znaczą, że jesteś kimś. W świecie, w którym rezygnuje się z wartości, takich jak miłość, na rzecz wspinania się po szczeblach kariery. W świecie, w którym odrzuca się ludzi po to, żeby zarobić na ferrari lub lambo. 

Czytaj też: Od Ferrari do Ogóra, czyli dlaczego chcę wejść na pokład Statku Miłości?


Kiedyś też uczestniczyłam w tym pędzie. I takie samochody jak ta berlinetta na górze poniższego obrazka robiły na mnie wrażenie. Był pazur, była szybkość i adrenalina. Tyle że to tylko blacha. Zrozumiałam to w ubiegłym roku, po krótkim wyjeździe do Berlina i swoim pierwszym w życiu Woodstocku. Dlaczego tylko blacha? Bo pójdzie na złom, jeśli za mocno przyciśniesz pedał gazu, przecież przy dużej prędkości o zderzenie nietrudno. A Ogór? Trochę pozipie, ale wyciągnie maksymalnie 90 km/h. I kiedy coś się w nim zepsuje, to z mocą tkwiącą w relacjach międzyludzkich zdołamy to naprawić. Bo Ogór to nie tylko blacha. To przede wszystkim ludzie i woodstockowy klimat. Trochę tak jak w związkach: te budowane w pośpiechu, te najbardziej intensywne szybko się spalają. Te oparte na szacunku i przyjaźni oraz te, w których żyje się chwilą obecną, podobno mogą trwać wiecznie.

Na pokład Statku Miłości wchodzimy 20 lipca 2016 roku. Peace, love, music.

Jeżeli chcecie na bieżąco śledzić naszą wyprawę, zapraszamy do polubienia naszych fanpejdży: Podróże bez planu oraz Statek Miłości - Bus w podróży



Ogór 2016. Planowana trasa [aktualizacja]

Wejherowo (Polska)
Łódź (Polska)
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Odessa (Ukraina)
Bran (Rumunia)

Bukareszt (Rumunia)
Warna (Bułgaria)
Stambuł (Turcja)
Saloniki (Grecja)
Skopje (Macedonia)
Prisztina (Kosowo)
Tirana (Albania)
Dubrownik (Chorwacja)
Sarajewo (Bośnia i Hercegowina)
Belgrad (Serbia)
Budapeszt (Węgry)

Powrót przez Czechy i Słowację
Wrocław (Polska)
Wejherowo (Polska)


środa, 16 marca 2016

Od Ferrari do Ogóra, czyli dlaczego chcę wejść na pokład Statku Miłości?


On zmienił mnie, mój *****, *****, to zaczęło się wiosną rok wstecz - mogłabym zanucić za Anią Dąbrowską. Rok wstecz odróżniałam Ferrari Enzo od Berlinetty czy LaFerrari. Nie, nigdy nie byłam blacharą. On (*****) nie miał zresztą nawet prawa jazdy, a luksusowe włoskie samochody były jak American dream - nieosiągalne: ani dla niego, ani dla mnie (choć wyjątkowo często pojawiały się wtedy na wrocławskich ulicach). Nie w tym rzecz. Gdyby nie miniony rok, pewnie nie odkryłabym siebie. Nie jestem pewna, czy wiem już, czego w życiu prywatnym chcę. Wiem na pewno, czego nie chcę. Gdyby nie tamten rok,  nigdy nie porwałabym się na wyprawę Ogórem. Dziś z pełną świadomością piszę, że nie boję się już niczego. Na przekór George'owi R.R. Martinowi mogę jedynie rzec: Noc nie jest już ciemna ani pełna strachów. Prawie.

Pewnie zauważyliście, że w ostatnich wpisach było sporo o miłości. Nie bez powodu. Przed nami wyprawa Ogórem, który zwany jest też... Statkiem Miłości. Ogórek to motoryzacyjne dziecko roku 1975. Osiągalna prędkość? Gdzieś koło 80 km/h. Daleko mu do Ferrari, które rozpędza się do 200 w ciągu 4 sekund.



Co się zmieniło? Dlaczego dziewczyna, która lubi prędkość i adrenalinę, nagle fascynację superszybkimi autami zamienia na zamiłowanie do Mustangów i zipiącego Ogórka? Wróciła moda na styl retro? Nie, ale wiem, że winna Wam jestem wyjaśnienie.

Niecały rok temu miałam poczucie, że rozpadł się mój świat. Czułam się trochę jak w "Incepcji", gdzie sny i marzenia pogrążały się w ruinie, a jedynym sposobem na wybudzenie się z koszmaru było rzucenie się na głęboką wodę. Wszystko waliło się jak klocki domina. Nigdy nie grzeszyłam racjonalnością, więc jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to skoczyć na głęboką wodę: najpierw pojechałam do Berlina (zobacz też: Berlin. To miasto żyje sztuką), pierwszy raz korzystając z couchsurfingu, do którego wcześniej podchodziłam z dużym dystansem, potem pierwszy raz poznałam, czym naprawdę jest Woodstock. Berlińska ekipa mi się wykruszyła, na Wooda też ostatecznie wybrałam się bez towarzystwa. To można było znaleźć już na miejscu, w Kostrzynie.



To nie było tak, że wcześniej gardziłam spontanicznymi wypadami. Ale kiedy ja wychodziłam z inicjatywą autostopowego wyjazdu, byłam gaszona słowami: "Wy Polacy jesteście tacy spontaniczni, ale autostop? To przecież nie jest bezpieczne". W głębi duszy miałam ochotę zaszaleć, wyrwać się ze schematów, planów, a nawet chciałam choć raz nie zdążyć na ten cholerny pociąg. Jednak każde oderwanie od planu dla niego równało się panice, każde zgranie z planem dla mnie było tożsame z brakiem odrobiny szaleństwa i spontaniczności. Mimo wszystko naiwnie wierzyłam, że te różnice da się pogodzić, przecież bohaterom "Jurassic World" się udało - mało tego, tam jeszcze trzeba było uciekać przed tyranozaurem! A wcześniej przed jakimś innym dinozaurem, i to w szpilkach i garsonce! Jogging w szpilkach i bez dinozaurów jest godny pozazdroszczenia. Dlaczego w życiu może być dużo brutalniej niż w Jurajskim Parku? Odpowiedzi na to pytanie nie poznam już pewnie nigdy.

Kiedy jednak wreszcie zaczęłam sklejać wszystko w całość, natrafiłam na informację o wyprawie Ogórem. Nie pamiętam, co mnie zafascynowało bardziej: nazwa Statek Miłości czy fakt, że piętnaście różnych państw mamy pokonać busem z lat 70.? Nie zadawajcie mi tego pytania, bo to tak jakby pytać: co było pierwsze - jajko czy kura? Wysłałam maila do Zuzy i Mariusza z bloga Statek Miłości, chociaż szczerze mówiąc, nie liczyłam wtedy wcale na jakikolwiek odzew. Blog Podróże bez planu miał wówczas bez mała może trzy miesiące, a ja traktowałam go bardziej jako formę autoterapii, oderwania się od rzeczywistości, wrzucenia na luz i szansę na to, by o pewnych rzeczach po prostu zapomnieć. O tym, że mam 27 lat; o tym, że jestem Polką i że jednak ma to jakiekolwiek znaczenie; o tym, że w stosunku do innych ludzi jestem za dobra, a potem zawsze kończy się to twardym lądowaniem. Przeszłam długą drogę od chęci przemiany w zołzę do samoakceptacji. Z zołzy został tylko mocny makijaż, z samoakceptacji dużo więcej: świadomość, że warto uparcie dążyć do celu, spełniać marzenia i robić to, co jest zgodne z własnymi przekonaniami. Wiedza, że nie wolno za żadne skarby porzucać własnej pasji na życzenie innych osób oraz pewność, że szczęście można odnaleźć tylko i wyłącznie w sobie. Nie w pieniądzach ani nie w partnerze.



Kiedy opowiadam znajomym o planach wyprawy Ogórem, często słyszę, że jestem odważna. Niektórzy zastanawiają się, jak można wytrzymać tyle czasu bez klimy w aucie. Szczerze? Mnie wystarczy Bob Marley na głośnikach. Mam świadomość, że to będzie niesamowita przygoda, w czasie której wiele może się zdarzyć. Zdaję sobie sprawę z ryzyka, ale jeżeli chcesz przeżyć niezwykłą podróż, ryzyko jest wpisane jak kolejna pieczątka w paszporcie. I to samo dotyczy miłości: najsilniejsze uczucie wymaga podjęcia ogromnego ryzyka. Bez tego - ani rusz.



Nie boję się wyprawy Ogórem. Ani tego, co może zdarzyć się po drodze. Boję się jedynie tego, że kiedyś znów komuś zaufam. A potem okaże się, że tylko ja potrafię ryzykować i że znów będę sama skakać na głęboką wodę. A przecież umieranie z miłości jest gorsze niż śmierć przez powieszenie, bo w tym pierwszym przypadku trzeba dalej żyć.

Na naszej trasie są dwa miejsca, które mogą okazać się dla mnie emocjonalnie trudne - to zamek Bran (Rumunia) i Węgry, z naciskiem na Węgry. I właśnie dlatego tak bardzo chcę tam dotrzeć.

Mama nauczyła mnie, że sposobem na pokonanie uprzedzeń i strachu jest wyjście im naprzeciw. Mamo, właśnie to robię. Kiedyś uciekałam przed swoimi słabościami. Dzisiaj się z nimi mierzę, patrząc im prosto w oczy.

Czytaj też: Witaj, nieznajomy. Czyli o tym, jak pozbyć się strachu


Statek Miłości. Ogór 2016. Planowana trasa


Lwów - Ukraina
Kijów - Ukraina
Odessa - Ukraina
Kiszyniów - Mołdawia
Zamek Bran (Draculi ) - Rumunia
Bukareszt - Rumunia
Sofia - Bułgaria
Stambuł - Turcja
Saloniki - Grecja
Tirana - Albania
Skopje - Macedonia
Peja - Kosowo
Podgornica - Czarnogóra
Sarajewo - Bośnia i Harcegowina
Zadar - Chorwacja
Zagrzeb - Chorwacja
Belgrad - Serbia
Węgry
Słowacja






czwartek, 25 lutego 2016

Witaj, nieznajomy! Czyli o tym, jak pozbyć się strachu

fot. Burcin Tuncer, freeimages.com
Ta notka adresowana jest do mężczyzn, którzy nie rozumieją kobiet oraz do kobiet, które obwiniają się za błędy mężczyzn. Jeżeli nie należysz ani do jednej, ani do drugiej grupy, po prostu wyłącz komputer. 

Było ciepłe lato. Lipiec albo sierpień - nie pamiętam, bo dni się zacierały z nocami. Sypiałam po dwie godziny na dobę, a w ciągu dnia wypijałam kilka kaw. Kawa, której wcześniej nie znosiłam, stawiała mnie na nogi, rano przyklejałam sobie uśmiech nr 1 i udawałam, że wszystko gra. Za tamtą grę mogłabym dostać Oscara. Bo chociaż uśmiechałam się przed obiektywem, to dzień w dzień wstanie z łóżka graniczyło z cudem. Miałam wrażenie, że codziennie - jeszcze zanim otworzę oczy - toczę ze sobą jakąś ogromną walkę.

Podczas tej bitwy podejmowałam coraz to bardziej nieracjonalne decyzje. Czułam się jak Pink w teledysku do piosenki "So what". Dzisiaj wiem, że był to tylko pewien etap, lekcja, rodzaj wędrówki, podczas której nauczyłam się panować nad strachem. Dziś potrafię ryzykować, odpuszczać i wybaczać.



Bardzo długo zastanawiałam się, czy o tym pisać, czy powinnam się dzielić tak osobistymi przeżyciami. Ale mam też świadomość, że czasem warto się odsłonić. Rozejrzyjcie się: Marika, Dagmara Skalska, Beth Hart, Pink - mogłabym wymieniać w nieskończoność. To silne kobiety, które weszły na szczyt, bo wcześniej musiały zmierzyć się z różnymi przeciwnościami losu. Dziś inspirują innych. Siła nie bierze się znikąd. Przeważnie bierze się z cierpienia, z trudnych doświadczeń. Jeśli całe życie spędziłaś w kokonie, który chronił Cię od trudnych do zniesienia emocji, nie będziesz potrafiła zrozumieć siebie. To zrozumienie przychodzi z czasem i często jest poprzedzone serią ciężkich doświadczeń, w wyniku których podejmujesz niezrozumiałe i nieracjonalne z perspektywy Twojego otoczenia decyzje. Tak jak wtedy, kiedy zapraszasz do domu nieznajomego. Dziś wiem, że wiele w ubiegłym roku ryzykowałam, ale za wszelką cenę chciałam sobie udowodnić, że potrafię jeszcze ufać ludziom.


Oczywiście, jeśli wydaje Wam się, że ugoszczenie w domu nieznajomego, pierwszy w życiu Woodstock czy wyjazd za granicę (zobacz też: Berlin. To miasto żyje sztuką) z dnia na dzień da Wam odwagę, to muszę Was zmartwić - to jest proces, który trwa, któremu potrzeba czasu. Wcześniej znajdziecie się w stanie hipotermii.



Zanim dotrzecie do momentu, w którym naprawdę poczujecie, że pokonałyście w sobie lęk, że nie ma już gorzkiego rozczarowania, będziecie krok po kroku odkrywać siebie. Zaczniecie na przykład zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nie warto się zmienić, zasłonić twardym pancerzem, założyć zbroję, wziąć miecz i tarczę w delikatne dłonie i się chronić. Kobiety stają się chłodne, zimne i egoistyczne wtedy, kiedy boją się, że znowu ktoś je skrzywdzi lub wtedy, gdy dały z siebie wszystko, a ktoś po prostu miał je w dupie. Ktoś, na kim im zależało. Tak właśnie rodzi się Kraina Lodu w sercach dobrych, pięknych kobiet.



Nie chciałam stać się oziębłą, zimną suką. Nieczułą na uczucia, obojętną na gesty, taką rodem z Pokolenia Ikea. Siedziałam na białej kanapie, wpatrując się raz po raz w białą ścianę, a potem w białe chusteczki - chociaż wiedziałam, że ich nie wykorzystam - i zadawałam sobie pytanie: kim mam być? Kim opłaca się być, żeby nie zrobić tego samego błędu po raz kolejny? Jak to wszystko skalkulować? Miałam wtedy mętlik w głowie. Dzisiaj wiem, że żadne kalkulacje nie mają sensu. Dzisiaj doceniam każdą chwilę, staram się nie narzekać, rozdaję dobro i pozytyw. Jestem wdzięczna za każdy moment.

Jeżeli wchodzisz w grę zwaną Miłość, musisz liczyć się z tym, że to jest jak wejście do kasyna. Ryzykujesz wszystko. Niektórym zdarza się wygrać, inni spłukują się do cna i muszą konstruować swój majątek od nowa. Nie jest wcale powiedziane, że ten nowy będzie gorszy czy uboższy. Może się okazać, że czeka Was coś zdecydowanie lepszego, bo NOWE zostanie zbudowane w oparciu o świadomość i życiowe lekcje, dzięki którym unikniesz kolejnych błędów. To jak budowanie domu: jeśli pierwszy w trakcie budowy się zawali, zbudujesz kolejny, ale na lepszych, mocniejszych fundamentach.

Najpiękniejsze piosenki powstają w wyniku trudnych doznań. Bo czasem trzeba pozwolić na to, by coś się zawaliło. A kiedy już pozbierasz gruz, stworzysz coś pięknego. Uwierz.





wtorek, 23 lutego 2016

Włosi? Już nie Ferrari, tylko Lamborghini

Ci, którzy regularnie zaglądają na Podróże bez planu, wiedzą, że mam słabość do włoskiej kultury. Zaczęło się zupełnie niewinnie, od wakacji spędzonych na Sycylii. Od rajskiego krajobrazu, jaki można dostrzec ze wzgórz Etny. Od unikalnego smaku sycylijskich gelato. Już wtedy miałam ogromną chęć i zapał do nauki tego języka. Języka, którego dwa lata później wolałam unikać jak ognia. Niestety lub stety - bezskutecznie. Jestem skazana na włoską kulturę i tak już chyba zostanie. Tyle że teraz już nie uciekam, bo przed czym? Przed sobą, przed własną historią, lekcjami wyniesionymi z życia? 

Przed przeszłością uciekać nie warto, bo to lekcje i wspomnienia, które odciskają trwałe piętno na osobowości (czytaj też: Nie bój się przeszłości. Zderzysz się z nią w podróży) . Jedną z nielicznych stałych w życiu jest zmiana. Bo wszystko się zmienia: przy tych odrapanych blokach, w których kiedyś mieszkałaś, wybudowano stadion. Na scenie grał George Michael, ale jeszcze dwie dekady temu nie było tam nawet Biedronki. I Ty też się zmieniasz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jeśli wolisz powiedzieć: "Taka już jestem", dodaj słowo "teraz". Bo za rok będziesz już kimś innym. Kimś mniej naiwnym, bardziej sarkastycznym, ostrożniejszym w dawaniu i braniu, za to milion razy bardziej nieracjonalnym. Czasem, oglądając się wstecz, uśmiecham się z ironią, ten uśmiech podobno rozkłada na łopatki jak Mollo Zimnocha.

Możliwe, że przez te kilka miesięcy będziesz unikać tego, co miało cieszyć, a sprawiło Ci ból. I zanim się zorientujesz, że to bez sensu, będziesz stać przed dylematem odinstalowania wszystkich węgierskich i włoskich lekcji, spalenia włoskich fiszek i podarcia węgierskich podręczników.

I kiedy absolutnie nie chciałam już mieć nic wspólnego ani z włoską, ani z węgierską kulturą, przyszło mi się spotkać z węgierskim aktorem i ponownie rozpocząć naukę włoskiego. Nawet w mojej ulubionej cukierni sprzedają bezy włoskie obok węgierskich ciastek. Kilka razy próbowałam się zapisać na hiszpański - jak na złość nijak nie dało się ich zmieścić w grafiku. Za to włoski? Godziny zajęć pasowały idealnie. To nie przypadek, nie wierzę w przypadki. To Twoja walka i musisz udowodnić, że nie jesteś Zimnochem, że się nie poddajesz, że nie ulegasz uprzedzeniom, że w dalszym ciągu jesteś dobrym człowiekiem, chcącym dawać szczerość, dobro i miłość. Nawet jeśli przez te kilka miesięcy bylo cholernie ciężko.

 Oczywiście, będą chwile, kiedy znowu zaboli. Jak ta, w której prowadząca zajęcia włoskiego zapyta o nazwę czerwonego samochodu z otwieranym dachem, a Ty bez zastanowienia odpowiesz: Ferrari, zastanawiając się, czy popisać się znajomością modeli Berlinetta, Enzo, LaFerrari i Spider, czy też nie.

Prowadząca uśmiecha się. Widać, że jest doprawdy rozbawiona. - Nie, w Ferrari nie ma żadnych trudnych zgłosek. Lamborghini. Niektórzy mylnie czytają Lambordżini. "Gh" wymawiamy jak "g" - mówi, a ja znów zderzam się z własnymi wspomnieniami. Przecież wiem, jak się wymawia Lamborghini.

Wróciłam do nauki włoskiego. Tym razem robię to już tylko dla siebie. Podręczniki z węgierskiego wyrzuciłam, choć prawdopodobnie będę na Węgrzech jeszcze w tym roku. Z własnego wyboru. Zbudzona o trzeciej w nocy w dalszym ciągu wiem, co znaczy "mindjart talalkozunk", "jó napot kívánok", "szazat velem" i "viszontlátásra". Pewnych rzeczy nie da się zapomnieć. W świecie wirtualnym to jest takie proste: delete, escape, cofnij, zablokuj. W realu to tak nie działa. Ale to nie ma już dla mnie znaczenia. Nie zacieram wspomnień, nie uciekam od przeszłości, akceptuję rzeczywistość. A pewnym rozdziałom w swoim życiu już 31 grudnia 2015 roku powiedziałam: "Addio". A Wam chcę powiedzieć: nie uciekajcie, nie uprzedzajcie się w żadnym razie. I jak zwykł mawiać jeden z moich przyjaciół: "Nie ma obcokrajowców, są ludzie".


nie uciekaj dłużej bo to tylko Ty
nie uciekam dłużej bo to tylko ja 


Marika



niedziela, 14 lutego 2016

Tak, Facebooku, dzisiaj są walentynki. O czym myślę?


fot. freeimages.com
O tym, że to kicz. Tak jak kiczem są te wszystkie obrazki i słodkie piosenki, które wrzucasz na ścianę nowo poznanej dziewczyny. Tak, oto XXI wiek - czas, w którym "the only one" to tylko jedna z wielu i czas, w którym prawdziwa miłość trwa trzy miesiące. 

Nabrałaś się, tak?  Myślałaś, że to takie, cholera, romantyczne? Te zdjęcia na Facebooku, piosenki, obrazki jakiejś koreańskiej artystki, ilustrujące, czym jest miłość. A teraz wiesz, że gówno prawda, że to tylko mechanizm stosowany przez niejednego palanta wyłącznie po to, by zdjąć ci stringi.

Dziękuję Ci, Facebooku, za poinformowanie mnie, że dzisiaj są walentynki. Tylko że ja, drogi Facebooku, ich w tym roku nie obchodzę. I chcę ci oznajmić, że nie uda ci się też przypomnieć za kilka miesięcy wspomnienia sprzed roku, bo je skasowałam. Z Facebooka, oczywiście, bo z pamięci się niestety nie da. Cholera, w dzisiejszych czasach to takie proste: usuń zdjęcie, klik, gotowe. Usuń ze znajomych, klik, gotowe. Zablokuj użytkowniczkę, której naopowiadałeś milion kłamstw - klik, gotowe. Proste? Proste.

Dużo trudniej jest na przykład zadzwonić, porozmawiać, powiedzieć "dziękuję" lub "przepraszam". Bo ona na to zasługuje - nie na tanie facebookowe chwyty. Na szczerość. Na to, że to nie jest na pokaz, że to istnieje - nie na Facebooku, ale w realnej rzeczywistości. Ona nie jest przedmiotem ani zabawką, którą można bez słowa wyjaśnienia rzucić w kąt.

Wrzucisz dzisiaj zdjęcie z ukochanym/ukochaną na Facebooku? To wrzuć. Pamiętaj tylko, że...

Miłość nie zazdrości,
(...) nie szuka poklasku,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego


Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.


[fragment Hymnu o Miłości, Paweł z Tarsu]

... miłość wszystko przetrzyma. A jeśli ma się okazać prawdziwa, nie będzie potrzebowała kilkudziesięciu lajków na Facebooku.

Jeśli to czytasz i jesteś tą, którą ktoś kiedyś potraktował jak zabawkę, zamknij dzisiaj Facebooka. Zrób makijaż. Mocny. Przydymione oko, czarna, gruba kreska. Załóż odblaskowe szpilki. Jesteś  piękna i silna. Niezniszczalna jak rycerz Jedi. I bądź wdzięczna za popełnione błędy. Dzięki nim wiesz już, co to miłość. Bo z Twojej strony była prawdziwa. Dla kogoś istniała tylko na Facebooku. Dzięki temu wiesz już, jak żyć i jak kochać. Nie tylko drugiego człowieka, ale przede wszystkim samą siebie.


wtorek, 2 lutego 2016

Dlaczego dzisiaj trudno o prawdziwe uczucia?

fot. freeimages.com
Pomarszczeni, naznaczeni czasem wsiadają do tramwaju i zajmują miejsca naprzeciwko mnie. Oboje mają prawie po siedemdziesiąt lat, może więcej. Nie narzekają. W ich oczach tli się radość. Wracam z powrotem do lektury książki "Trzynaście powodów", ale zaraz potem staruszkowie rozpoczynają konwersację. Odrywam wzrok i o ile oczom wciąż wierzę, to uszom już nie. 

Starsza pani trenuje taniec. Prawdopodobnie tango argentyńskie albo taniec klasyczny, bo wątpię, by chodziło o taniec z elementami akrobatyki. Za parę dni ma występ. I prosi starszego pana, by to sfilmował, bo chce mieć pamiątkę. Ten po prostu się zgadza. Bez wymówek, bez pustego hasła: "nie mam czasu". Konwersacja ciągnie się dalej. Rozmawiają tak, jakby poznali się przed paroma dniami, chociaż znają się od kilku dekad. W ich wzajemnych spojrzeniach widać szacunek, zrozumienie i empatię dla drugiego człowieka. Ani na chwilę nie milkną.

Tramwaj powoli dojeżdża do mojego przystanku. Wstaję. Zbliżam się do drzwi. W rogu siedzi tleniona blondynka. Trzy paznokcie różowe, dwa limonkowe. Druga dłoń to samo. Tipsy. W ręku trzyma telefon. Przyciskam STOP, tramwaj zaczyna hamować. I wtedy zauważam nick na ekranie wyświetlacza. Blondynka rozmawia na Messengerze z użytkownikiem pod tytułem Łysy Łysy. Być może właśnie do niego jedzie. Być może Łysy Łysy przeleci ją jeszcze dziś. Być może ona będzie krzyczeć: "O kurwa". Po trzech miesiącach się rozstaną. Ona pomyśli o nim "skurwiel", on nazwie ją suką. Bo puściła się z innym. Albo on miał inną na boku.

Dlaczego dzisiaj trudno o realizm uczuć? Bo dzisiaj jesteś tylko Łysym Łysym albo Kotkiem69. A człowiek to ktoś więcej niż jego profil na Facebooku. Dzisiaj masz problem, bo jeśli chcesz realizmu, musisz posiadać odpowiednie zasoby - głównie zdrowie, pieniądze i czas. Jeżeli masz choć jedno z wyżej wymienionych, możesz uważać się za szczęściarza. Niestety prawdopodobnie jak każdy młody człowiek, który spędza przed ekranem monitora więcej czasu niż wyciskając siódme poty na siłowni, nie masz ani zdrowia, ani pieniędzy, ani czasu. I balansujesz na krawędzi, bo myślisz, że wszystkie kobiety są takie jak te puste lalki z Instagrama. Podświadomie pragniesz tego samego, czego pragnął Twój ojciec i dziadek: zrozumienia. Ale go nie dostajesz, bo swoje relacje spłycasz do tego, co znajdujesz w sieci. Bo w sieci na wyciągnięcie ręki masz piękne, nagie modelki. Tyle, że one nie rozumieją Twoich problemów. Nie mają czasu, bo są zbyt zajęte zakupami od włoskich projektantów. Są idealne, ale tylko przez pryzmat monitora LCD. Na co dzień wolałbyś taką z niedoskonałościami, ale taką, z którą można pogadać. O jej ostatnim treningu czy filmie, który razem widzieliście, o życiu. Wtedy zacząłbyś wierzyć, że za kilka dekad bylibyście razem jak ci staruszkowie - dobrzy kumple z iskrą miłości w oczach.

Zobacz też: Tego nie wiecie o mężczyznach, czyli 8 cech nieidealnej księżniczki

Nie bez powodu piszę o miłości. Jest coś takiego jak Statek Miłości i uwaga - nie chodzi wcale o serial na Romance TV. Chodzi o Mariusza i Zuzę - dwójkę młodych ludzi, którzy podróżują czterdziestoletnim ogórkiem. Cudowna inicjatywa, która zachwyciła mnie momentalnie. I mam nadzieję, że choć raz będę mogła do nich dołączyć i poczuć na sobie niesamowitą atmosferę, którą tworzą w swoich wyprawach ogórkiem. A teraz zapraszam Was na pokład Statku Miłości - zajrzyjcie na ich Facebooka i bloga.




poniedziałek, 4 stycznia 2016

Trzy powody, dla których nie robię postanowień noworocznych

fot. freeimages.com
Psychologowie twierdzą podobno, że warto. Tymczasem ja postanowień noworocznych nie robię wcale. Kiedyś robiłam. Część z nich nawet udawało mi się rok w rok zrealizować. Dzisiaj, po minionym roku 2015 uważam, że spisywanie postanowień noworocznych jest jak budowanie domu, począwszy od dachu. Tak się po prostu nie da. 

Dlaczego nie robię postanowień noworocznych? 

Po pierwsze: Nie palę. Nie palę, w związku z czym nie mam czego rzucać.

Po drugie: lipiec roku 2015 pokazał mi doskonale, ile warte są słowa bez pokrycia. Dlatego nie planuję. Nie napiszę, że w tym roku będę w dziesięciu krajach tego świata, bo tego nie wiem. Bo wolę pisać o tym, co już zrealizowane, a nie o pomysłach na siebie.

Czytaj również: Nie miej planu. Miej cel... i marzenia. Trzy rzeczy, dla których warto je spełniać


Po trzecie: wolę też pisać o celach, nie o planach. Realizacja planu nie zawsze zależy od nas, na cel wpływ mamy tylko my sami

Czytaj również: Nie miej planu. Miej cel

Czym różni się cel od postanowienia? Przede wszystkim, że cel jest czymś, do czego dążę. Czymś, co wiem, że się stanie, bo zależy wyłącznie ode mnie. Czymś, co zrealizuję, choć nie jestem jeszcze pewna, czy uda się to w tym roku.  Zdarza się, że by zrealizować jakiś cel, musimy spojrzeć sobie w oczy, poddać analizie swoją percepcję świata. Niejednokrotnie jest to bardzo trudne - czasem wymaga nawet umiejętności wybaczania sobie samemu. Nie, nie komuś. Sobie. Mogłabym o tym pisać, ale wydaje mi się, że autorka bloga Krasnoludki przy sterach dogłębnie wyczerpała ten temat - jeżeli chcecie, zajrzyjcie więc do niej - KLIK.

To, że jest już 2016 rok, znaczy tylko tyle, że zaczął się nowy rozdział. Jaką treścią go wypełnicie, to już zależy od Was. Jasne, warto wyznaczyć sobie cele - sama mam ich kilka przed sobą, ale nie do każdego jestem przekonana (czytaj również: Nie miej planu. Miej cel... czyli jak zostać aktorką pierwszoplanową. Może zmienię swój image, kolor włosów, może wrócę wreszcie do nauki włoskiego. Chciałabym też znów pojechać na Woodstock i spełnić chociaż jedno marzenie z dzieciństwa. A co zrobię na pewno? Tak na 100 procent? Poza tym, że zacznę trenować aerial dance? Nie wiem. Wiem, że będzie to coś szalonego. To jedno wiem na pewno.



I wiem też, że najprostszą drogą do zrealizowania wyznaczonego celu jest podjęcie próby. Dlatego mogłabym powtórzyć Wam milion razy tak jak Pink: Try, try try. I kiedy już przekonacie się, że próba może być skuteczna, a Wasz cel jest w zasięgu ręki, nie pozostanie Wam nic innego, by poczuć się tak cudownie jak Katy Perry w piosence "Roar". To właśnie charakteryzuje prawdziwe, silne kobiety - szczerość, autentyczność w przeżywaniu emocji i wola walki. I kiedy uświadomicie sobie, że to jest Wasz największy atut, to przestaniecie się wreszcie obwiniać o rzeczy, których nie zrobiłyście albo na które nie miałyście wpływu. Bez względu na to, co za Wami, będziecie celebrowały każdą zmianę, z jaką przyjdzie Wam się zmierzyć.

Carpe diem!

I got the eye of the tiger, a fighter
Dancing through the fire
Cause I am a champion




Polub na Facebooku